środa, 19 listopada 2014

[Recenzja] Michel Pastoureau - Niebieski. Historia koloru

Jakiś czas temu wpadła mi w ręce dość ciekawa książka, także z uwagi na krytykę koloru niebieskiego, którą wcześniej podjąłem. Okazuje się, że prof. Pastoureau w treści danej książki dowodzi wielu kwestii, które poruszyłem wcześniej: niebieski był drogi, reglamentowany, skomplikowany w produkcji, etc.

Pastoureau porusza także kilka kwestii, których nie zgłębiłem dotychczas i chciałbym się nimi podzielić.
Inną książkę tego autora recenzowała już Owka.

Europejczycy do XII wieku nie widzieli lub nie potrafili nazwać koloru niebieskiego. Taką tezę przedkłada Pastoureau. Do XII w. Wyróżnia sie 3 zasadnicze kolory: czerń, biel i czerwień, które są w jakiś sposób nacechowane symbolicznie. Do tego dochodzą w XIII wieku żółć i zieleń. Nazwy tych pierwszych mają przydzielone znaczenie symboliczne jeszcze od starożytności. I to właśnie ich symbolika przekłada się na ich zastosowanie w zdobnictwie, malarstwie a także farbiarstwie. Kluczem do zrozumienia dobierania danych barw jest myślenie ludzi nadanym etapie rozwoju cywilizacji. Na etapie średniowiecza góruje tu symbolika barw.

Urzet a indygo. Epoka jeansów a epoka nogawic.
Powinniśmy nauczyć się, że obecne myślenie na temat niebieskiego i jego wszystkie skojarzenia i konotacje wynikają z dziedzictwa epoki nowożytnej, zaś w kontekście samego ubioru - XIX i XX w. To czasy odkrycia i wprowadzenia do produkcji błękitu pruskiego - sztucznego barwnika, który zrewolucjonizował farbowanie na niebiesko i radykalnie obniżył jego cenę i - przede wszystkim - uniezależnił jego produkcję od importów indygo zza morza. Pamiętajmy że w pewnym momencie indygo wyparło urzet i mimo kilku prób reaktywacji jego upraw, ostatecznie uprawa urzetu zakończyła się fiaskiem.
W kwestii urzetu prof. Pastoreau także zajmuje stanowisko. Na handlu pastelem (zmielonymi liśćmi urzetu sprasowanymi w kostki) niektóre miasta zbiły fortunę; nie znaczy to jednak, że farbowały masowo, ale raczej jakościowo. Tym bardziej, że autor wspomina o odbiorcy produktów - był to głównie dwór. Autor nie podaje cen urzetu, ale odsyła do tych treści. Wystarczy wspomnieć, że istniał wyspecjalizowany zawód zajmujący się farbowaniem na niebiesko, któremu zakazywano farbowania na czerwono (i odwrotnie), a łamanie tego typu przepisów związane było z poważnymi sankcjami.

W ogólnym zarysie, osoba, która przeczytała niniejszą książkę może przyjąć, że niebieski był popularny, jeśli tyle o nim piszą. I po części należy przyznać czytelnikowi rację. W kontekście epoki nowożytnej, ma się rozumieć. Od wprowadzenia indygo do produkcji tkanin niebieskich. To właśnie import indygo, którym farbuje się na niebiesko łatwiej, bardziej równomiernie i efektywnie, dokonał pierwszej rewolucji w farbowaniu na ten kolor. Wcześniejsze praktyki związane z obróbką urzetu były zdecydowanie bardziej skomplikowane, co ponownie dowodzi, że musiał zajmować się tym fachowiec.

Książka oczywiście nie jest pozbawiona mankamentów. Ale gdzie ich nie ma? Moim zdaniem, autor kładzie zbyt duży nacisk na symbolikę kolorów, co bardzo łatwo usprawiedliwić faktem, że Pastoureau to specjalista w zakresie mediewistyki i nauki o symbolach. Jednak nie wykluczam, że jest to swojego rodzaju przełom w odkryciu pewnego pola myślenia ludzi średniowiecza, "ugryzienie kanapki z drugiej strony". Pastoureau wspomina oczywiście o tym, że starożytni Celtowie umieli farbować na niebiesko. Jednak jak dobrze wiemy - nie ma bezpośredniej ciągłości kulturowej między nami a starożytnymi Celtami. Z tego też zręcznie wyprowadza, poprzez renesans karoliński, XII i XIII wiek aż po reformację, która zmieniła wiele. Jako ciekawostkę wspomnę, że ciekawym doświadczeniem byłoby przeczytać książkę drugi raz, wspak. Z naciskiem, na to, co miało miejsce w historii kulturowej koloru niebieskiego między średniowieczem a dniem dzisiejszym.

Z punktu widzenia rekonstrukcji.... polecam na półkę przede wszystkim każdemu domorosłemu farbiarzowi.

piątek, 31 października 2014

Przeprowadzka

Już wkrótce zapraszamy pod nowym adresem:

http://www.projekt-volk.pl/

Trwa budowa strony.

poniedziałek, 27 października 2014

Mons Silentii

Ludzie mają różne pomysły co zrobić w październikowy weekend. Można oczywiście rozwodzić się nad różnymi przykładami, o ile jest na to miejsce i czas. Dla nas zupełnie normalne jest przebrać się za włóczęgów, zebrać ekipę wyprawową i pohasać po skałach.

Ślęża ma całkiem dużą wysokość względną (ponad 500m) , nie jest to pagórek, choć wyrasta z niemal całkiem płaskiego przedgórza sudeckiego. Było kilka zdecydowanie stromych odcinków. Zdjęcia nie są w stanie tego oddać. Specyficzne podłoże dość boleśnie ale skutecznie uczy używać replik obuwia.

Jako prowiant zabraliśmy głównie suszone mięso, jabłka i orzechy, chleb żytni domowego wypieku, jajka na twardo, ser bawoli w ziołach, ser wędzony.

Ruszyliśmy w składzie pięcioosobowym. Wyprawa nastawiona na dwudniowy marsz z Sobótki do Kątów Wrocławskich. Byliśmy nastawieni na Dolinę Bystrzycy i zdobycie Ślęży. Udało się tylko to drugie. Po nocnym schodzeniu z góry mieliśmy dość, zatem Dolinę Bystrzycy odkładamy na kiedyś.

Z osobistych doświadczeń podzielę się kilkoma. Po pierwsze: redukujcie ilość szpeju na szlaku, albowiem nigdy nie wiecie ile nadbagażu dostaniecie w sytuacji awaryjnej. Po drugie - pojedyncza podeszwa w butach nie wróży odcisków po marszu przez kamienistą drogę, ale to kwestia indywidualna. Po trzecie - krajka kapitalnie sprawdza się jako pas nośny do ceramicznego bukłaka. Po czwarte - przygotowanie kondycyjne to dobry pomysł. Po piąte - przemyślany prowiant nie przekroczy wagowo 0,5kg na 2 dni, jeśli pozbawić go wody.

Łącznie zrealizowaliśmy ok 23km trasy dzielone noclegiem "na krzakach". W poziomie. Ciężko powiedzieć ile w pionie. Trasa nie należała do najłatwiejszych, choć sprawę znacznie ułatwia doświadczenie.






piątek, 26 września 2014

O łączeniu standardów

Od pewnego czasu obserwuję w otoczeniu pomysły łączenia 2 standardów lnu. Mam tu na myśli przeszywki, w których ręcznie tkana jest tylko wierzchnia warstwa, w lepszym wypadku - wierzchnia skrajna i spodnia skrajna; wewnętrzne warstwy pozostają tkane fabrycznie. Chciałbym dziś rozważyć sens takiego rozwiązania.

Po pierwsze. Czym różni się na pierwszy rzut oka ręcznie tkany len od fabrycznego? Myślę że nawet dla wprawionego oka obserwującego z odległości 2 metrów - niczym. Można oczywiście debatować o siermiężności, dobiciu wątku, specyfice krawędzi (ale jak, jeśli są obszyte), et cetera. Zatem w jakim celu pojawiła się taka koncepcja?

Po drugie. Dlaczego chcemy pokrywać przeszywki ręcznie tkanym lnem? Miałoby to sens, jeśli pokrywałoby się je np. aksamitem jedwabnym (Charles VI, Malatesta), otrzymując w ten sposób wyrób luksusowy, ładny. Do czego w tym kontekście prowadzi zastosowanie ręcznie tkanego lnu jako jedynie wierzchnią warstwę? W ciemny zaułek.

Po trzecie. Jeśli już używamy samodziałów, to robimy to dla siebie, dla własnej świadomości jakkolwiek rozumianej "koszerności" wyrobu. A na ile wyrób będzie w naszej świadomości prawilnym jeśli zdajemy sobie sprawę z wsadu? Czy nie oszukujemy wtedy samych siebie?

Po czwarte. Łączenie maszynowo tkanego lnu z samodziałem, podobnie jak używanie współczesnej apreturowanej nici do jego szycia, to podobny mankament jak dokładne szlifowanie zespawanej blachy lub tulejki włóczni, żeby zakryć spaw, którego koniec-końców i tak jesteśmy świadomi. To jak stroje szyte maszynowo z ręcznym wykończeniem. Podobnym przykładem jest użytkowanie ceramiki z cepelii, tłumacząc sobie że szkliwiona ceramika była, a wzory są na tyle proste że na pewno ktoś wpadł na nie w epoce. Można byłoby też przyrównać to do kolczugi stykowej z rękawami z nitowańca - bo rękawy nie są przykryte niczym innym. Na różnych gruntach ciężko znaleźć dobre porównanie z uwagi na różnorodność ich specyfiki.

W łączeniu standardów znaleźć też można kroplę egoizmu. W przypadku samodziałów z którymi mamy do czynienia, trzeba mieć świadomość że ich zasoby nie są niewyczerpalne. To zabytki, które kiedyś się skończą, albo będą tak okazjonalne, że trzeba będzie rozwinąć własne technologie żeby zaspokoić potrzeby rekonstrukcji. Takie technologie powoli powstają (pozdrawiam Rosamar), ale na pewno ciężko będzie zaspokoić rynek rekonstrukcji z 1, 2 a nawet i 10 źródeł. Jeszcze bardziej jak pewne jest to, że ceny lnianych tkanin rekonstruowanych od zera nie będą tak atrakcyjne jak dzisiaj dostępne samodziały. Może zapychać nimi szafy dopóki są dostępne? Spieszmy się kupować samodziały, tak szybko schodzą...

Do czego zmierzam? Na pewno nie do hejtowania obecnych posiadaczy podobnych rozwiązań, raczej do zapobieżenia podobnym w przyszłości. Wpis ten, jak wiele innych, jest propozycją: dawajcie, spróbujemy coś zmienić, a może zmienimy na lepsze. Z tego miejsca pozdrawiam obrażonych, którzy odebrali niektóre z wcześniejszych wpisów jako atak.

Na koniec dodam, że należy sobie zadać pytanie gdzie właściwie leży granica rekonstrukcji i czy na pewnym etapie nie należy sobie dać spokój. Oczywiście, należy. Każdy wyznacza sobie ten pułap sam. Jednak albo jeździmy BMW, albo Fiatem. Nie można wyjąć części z BMW i przełożyć tak poprostu do Fiata; w każdym razie na pewno Fiat nie stanie się przez to BMW.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Cebulak w okularach?

Ciągle staramy się podciągać poziom rekonstrukcji poprawiając różne jego elementy. Jednak po macoszemu traktowana jest sprawa współczesnych okularów, które czasem są jedynym elementem psującym krajobraz na imprezie.
Oczywiście można powiedzieć: noś soczewki albo na czas imprezy zrezygnuj w ogóle z korekcji. Jednak są sytuacje gdy nie jest to możliwe. Co wtedy?

 

Wynalezienie okularów


Nie wiadomo dokładnie kiedy człowiek zauważył, że wypykłe szkło powiększa obraz widziany przez nie. Prawdopodobnie między rokiem 1000 a 1250 powstały prymitywne "kamienie do czytania". Angielski franciszkanin Roger Bacon (1220-1292), w swoim dziele "Opus Majus" (1286) zauważył, że litery są większe i wyraźniejsze, gdy się na nie patrzy przez szklaną półsferę. Jego eksperyment potwierdził teorię wypukłej soczewki, opisanej przez Alhazena (965-1038), arabskiego matematyka nazywanego "ojcem nowożytnej optyki".

Za datę wynalezienia okularów uznaje się rok 1286, przez rzemieślnika mieszkającego w Pizie. Data ta została ustalona na podstawie zapisu kazania wielkopostnego wygłoszonego w dominikańskim klasztorze Santa Maria Novella we Florencji, 23 lutego 1306 roku:

Nie minęło jeszcze dwadzieścia lat jak odkryto sztukę tworzenie okularów (Occhiale), dla dobrego widzenia, jedną z najlepszych i najważniejszych sztuk, którą ma świat.

Okulary te miały formę dwóch wypukłych soczewek zrobionych ze szkła lub kryształów kwarcu. Każda otoczona była obręczą zakończoną uchwytem (czyli tak jak wyglądają klasyczne lupy). Końce uchwytów były nitowane razem - tak aby można je było zacisnąć na nosie lub przytrzymać ręką od góry.

Pierwszym dużym centrum optycznym była Wenecja, gdzie w 1284 roku został utworzony cech (gildia) rzemieślników obrabiających kryształy ("cristalleri"). W kwietniu 1300 roku, jeden z pierwszych statutów cechowych, wprowadza pojęcie "dyski dla oczu" ("roidi da ogli" lub "vetri da occhi"). Ten sam statut zabrania tworzenia oraz handlu przedmiotami szklanymi mającymi udawać kryształy kwarcowe. Dodatkowy przepis wprowadzony w kolejnym roku dopuszczał produkcję i sprzedaż "szkieł do czytania" ("vitreos ab oculis ad legendum"), pod warunkiem złożenia przysięgi, że będą oznaczone jako okulary ze szklanymi soczewkami. Może to oznaczać, że już wtedy wykształcił się podział na tanie, popularne szklane soczewki oraz drogie, wykonane z kryształów. W 1321 roku senat Wenecji wprowadził cło eksportowe (5%), co wskazuje, że skala eksportu była już wtedy znacząca.



(Tommaso da Modena, 1351-1352, freski w klasztorze San Nicolo w Treviso, Włochy)


(Konrad von Soest, 1403, okulary Apostoła w ołtarzu kościoła Bad Wildungen, Niemcy)

Do połowy XV wieku nie ma wiarygodnych wzmianek o okularach do dali, wszystkie okulary służyły do czytania i ogólnie do poprawy wzroku dla dalekowidzów.

 

Ceny

 

Pierwszy udokumentowany zapis dotyczący cen okularów pojawił się już w 1306 roku! Para okularów wraz z pokrowcem (“occulis de vitro cum capsula”) kosztowały 6 bolońskich szylingów (“soldi”), na podstawie rachunków dominikańskich inkwizytorów przedstawionych biskupowi Bolonii (“Collectoriae”, vol. 133 f. 133v).
Dla porównania mamy informację, że w tym samym roku szklarz z Murano (okolice Wenecji) zarabiał wtedy 7.5 szylinga dziennie. Czyli już w pierwszym wieku od wynalezienia, okulary nie były towarem luksusowym i były dostępne dla rzemieślników a nawet zwykłych robotników.

Dla kontrastu mamy wzmiankę o dużo droższych okularach będących częścią majątku zmarłego w 1364 roku biskupa Orvieto, Giovanniego di Magnavia. Pozłacane miedziane okulary z kryształowymi soczewkami z pokrowcem (“unum occhiale de scristallo incatastatum in ramine deaurato, habet casam”) oraz również kryształowe ale z oprawkami z czarnej kości (“unum occhiale de cristallo cum casa incatastatum in osse nigro”). Wycenione na półtora złotego florena (czyli jakieś 100 szylingów).

W 1385, zakonnice z klasztoru Santa Maria del Fiore, zapłaciły 8 szylingów za 4 pary szkieł do okularów, a w 1402 - 16 szylingów za parę okularów oraz za wymianę szkieł w innych (bez informacji o materiale oprawek i rodzaju soczewek). Jest to pierwsza wzmianka o kobietach używających okularów.

Podobnych wzmianek, zawierających mniej dokładnych danych, ale pokazujących popularyzację okularów jest sporo. W 1318 roku syn notariusza, z powodu zaawansowanego wieku, potrzebował swoich okularów by potwierdzić autentyczność dokumentu sporządzonego przez jego zmarłego ojca. A w 1329 notariusz z Bibbieny wracając z Florencji został obrabowany, między innymi z okularów.

Ale wróćmy do handlu okularami.

Najwcześniejsza wzmianka o okularach w Anglii pochodzi z 1326 roku i znowu jest to pośmiertny spis majątku biskupa, Waltera de Stapeldon. Są to okulary z dwoma soczewkami warte 2 szylingi (“unum spectaculum cum duplici, precii ijs”), ale również lustro warte jednego pensa (“unum speculum, preci jd”), 3 kryształy berylu, jeden duży i dwa małe (“unum berillum grossum, precci xijd and ij berelli (sic) minores, precii ijs”), warte po jednym szylingu każdy. Dla porównania dniówka cieśli wynosiła wtedy trochę ponad 3 pensy (a w Londynie zarobki były o około połowę wyższe). Wysoka cena tych okularów jest spójna z wyżej opisanymi okularami biskupów włoskich - prawdopodobinie miały kryształowe soczewki i były złocone.
Zapisy portowe wskazują, że w 1384 roku w ciągu tylko 3 miesięcy (od lipca do września) do Londynu zaimportowano 1152  par okularów na nie-angielskich statkach. Analogicznie w maju i czerwcu 1390 roku: 764 pary oraz w kwietniu i maju 1391: 4104 par. Oprócz tego importowano duże ilości szkła oraz kryształów, które mogłyby być oszlifowane w soczewki. Te dane nie są oczywiście kompletne i dodatkowo trzeba doliczyć przemyt, które był przecież od zawsze. Tym bardziej zadziwiające jest duże zapotrzebowanie na towar wynaleziony ledwo sto lat wcześniej, przez kraj, z dużo słabszą ekonomią niż w średniowiecznych włoskich miastach.

Co ciekawe angielska literatura praktycznie milczy na temat okularów. Jedyny zapis pochodzi z około 1395 roku i jest autorstwa Geoffreya Choucera: “Pourte a spectacle is as thynketh me Thurgh which he may his verray freendes se”. Co może wskazywać, że artystów nie obchodziły, bo były tak powszechne na angielskich nosach.

W 1415 roku właściciel sklepu z pasmanterią (“merciaio”), Lapino di Lapino kupił od innego sklepikarza, Franciesco di Bonachorso (obaj z Florencji):
- 6 dużych weneckich luster - 17 szylingów (34 szylingów za tuzin)
- 6 weneckich luster - 12 szylingów (26 szylingów za tuzin)
- 6 małych weneckich luster - 8 szylingów 6 denarów (17 szylingów za tuzin)
- 6 par okularów z drewnianymi oprawkami - 4 szylingi (8 szylingów za tuzin)
- 6 par okularów z bukszpanowymi oprawkami - 9 szylingów (18 szylingów za tuzin)
- 6 par okularów z kostnymi oprawkami - 22 szylingi (44 szylingi za tuzin)
- 25 szklanych nieoszlifowanych soczewek - 8 szylingów (32 szylingów za setkę)

Co daje zabójczą cenę 2/3 szylinga za drewniane okulary (lub 1 i 1/3 za bukszpanowe), co prawda w hurcie u producenta.
Dla porównania w tym samym roku we Florencji średnia dniówka wykwalifikowanego robotnika budowlanego wynosiła 17.9 szylinga, a niewykwalifikowanego - 10.7 szylinga. Jak widać obaj mogliby sobie pozwolić na taki zakup.

Niestety nie ma zbyt za bardzo danych co do cen okularów eksportowanych z włoskich miast do innych krajów Europy w XIV wieku. Są za to dane z końcówki XV wieku.

W 1484 roku kupiec Tornaquinci sprzedał 1084 pary okularów: 227 par w Skopje (obecna stolica Macedonii) za 454 tureckich lir (“aspers”), oraz w 3 transakcjach w Andrianopolu, odpowiednio: 172 pary za 268 lir, 525 par za 892 lir i 160 par za 268 lir. Przy ówczesnym kursie 48 lir za jednego złotego florena florenckiego, daje to cenę za parę wahającą się od 3.9 do 5 szylingów.
W tym samym roku, inny florencki kupiec, Taddeo di Tomaso, sprzedał 529 par okularów handlarzowi tkanin wełnianych, Bartolomeo di Piero di Simone Guanti, handlującemu w Brusie, wiodącym centrum handlu jedwabiem na południe od Konstantynopolu. Główna transakcja (523 par) opiewała na 61 florenów i 10 szylingów (2.35 szylinga za parę) i miesiąc później dodatkowe 6 par po 2.33 szylinga za parę. Do kosztów transakcji trzeba jeszcze doliczyć podatek florencki (1 floren i 19 szylingów) oraz koszt transportu z Florencji do Pizy (2 floreny i 1 szyling).

 

Cebulak w okularach? 


Wracając to tytułowego pytania: czy przysłowiowy cebulak mógł nosić okulary?
I tak i nie.
Przede wszystkim mylny jest pogląd, że Projekt Volk obejmuje rekonstrukcję wyłącznie biedaków, żebraków i obdartusów. Założyliśmy, że krąg zainteresowań ograniczamy do dolnych 50% społeczeństwa (pod względem majątkowym). Tym samym dopuszczamy odtwarzanie biedniejszej części mieszczan, np. partaczy (rzemieślników nie będących członkami cechu) lub nawet czeladników mniej bogatych cechów.

Po 40 roku życia u większości ludzi zaczyna pojawiać się nadwzroczność, czyli problematyczne jest widzenie z bliska. Dla rzemieślnika oznaczało by to koniec pracy zawodowej. W tej chwili wchodzimy na grząski grunt gdybologii… Czy pod groźbą utraty źródła utrzymania nabyłby okulary (na które jak mówią źródła, mógłby sobie pozwolić)?

Myślę, że tak. I pogląd ten podzielają historycy dogłębnie badający ten temat.
Nawet jeśli uwzględnimy, że powyższe ceny dotyczą Włoch, ojczyzny przemysłu optycznego.

A jak kogoś razi ostre słońce…

(NLR Germ. F.v. XIV.1. Das Schachzabelbuch, 1350-1399, Stein am Rhein, Szwajcaria)

Źródła:
Vincent Ilardi - “Renaissance Vision from Spectacles to Telescopes”
http://www.antiquespectacles.com

wtorek, 17 czerwca 2014

Jak żołnierz, to kamasze - muß sein?

Utarła się od dłuższego czasu w rekonstrukcji pewna norma, pewien trend nakazujący myśleć, że jeśli odtwarza się postać zbrojną, potrzebne są buty wysokie lub półwysokie. Bo jak żołnierz to i kamasze. Oczywiście nie jest to coś, co dotyczy wszystkich bez wyjątku, ale nieprzemyślane wybory powielane wiele razy prowadzą do precedensu. A to Fehler* - westchnął Seler.

Jeśli żołnierz, tzn. piechota miejska (najczęściej praktykowany wariant żołnierza) - to wypadałoby sięgać do znalezisk miejskich, które jednoznacznie wskazują na przewagę obuwia niskiego. Odwołajmy się do konkretów. Analizę typologiczną obuwia przeprowadzono w Kołobrzegu dla butów z 2.poł. XIII, XIV i XVw. Przedstawia się ona następująco:
740 przykładów obuwia niskiego (50%)
537 przykładów obuwia półwysokiego - cholewy nie wyższe jak długość podeszwy (37%)
197 przykładów obuwia z cholewami - cholewy wyższe jak długość podeszwy (13%)
Różnica nie jest tak znacząca jak w przypadku proporcji ceramiki szkliwionej do nieszkliwionej, ale daje do myślenia. Znacznie więcej znaleziono obuwia niskiego jak półwysokiego, zaś wysokie należy do rzadkości. Oczywiście, można spekulować nad udziałem obuwia wysokiego biorąc pod uwagę recykling, tj. przetwarzanie zużytych butów na inne obiekty skórzane, ale czy nie to samo mogło dotyczyć obuwia półwysokiego lub nawet niskiego? Myślę, że jak najbardziej.

Co jeszcze mówią nam źródła? Ano o cenach obuwia. Zachowały się 2 zapisy z 1363r z Jawora o cenie trzewików i butów z cholewami. Trzewiki kosztowały wówczas 6 groszy, buty z cholewami - 18 groszy. Z uwagi na położenie geograficzne miasta Jawor, najprawdopodobniej mowa o groszach praskich. Dość jasne wydaje się więc, że za cenę butów z cholewami można było kupić 3 pary trzewików. Ma to znaczenie wobec ścieralności podeszw i faktu środku lokomocji, z którego korzystała piechota, tj. własnych nóg.

Przejrzyjmy się nieco ikonografii. Szeregowi żołnierze (szeregowość oparta na minimalnej ilości uzbrojenia), 1250-1400:



Oczywiście przedstawienia piechoty w wyższych butach także występują, jednak nieporówywalnie rzadziej. Warto byłoby zrobić zestawienie tej tendencji w późniejszych epokach. Z pobieżnego przeglądu przedstawień landsknechtów wynika, że buty były nawet nie tyle niskie co z odkrytym podbiciem stopy. To raczej kwestia mody, ale przekłada się na wygląd ogólny piechoty tamtej epoki. Pruskie wojska piesze XVII-XVIII w. używały z reguły niskich butów, później uzupełnionych wełnianymi opinaczami (których pozostałości w mundurach paradnych widać do dziś). Kamasze w formie zbliżonej do tych, które kulturowo kojarzą nam się z wojskiem, tj. buty z cholewami długości co najmniej równej długości podeszwy, ale nie przekraczającej "linii podwiązki" pod kolanem wchodzą w użycie na szerszą skalę dopiero w wieku XIX.

Nie wiązałbym więc kulturowo przyjętych butów wysokich z wojskiem na płaszczyźnie średniowiecza i jego rekonstrukcji.
______________________________
*Fehler - niem. błąd

Literatura:
Szwagrzyk J.A. - Pieniądz na ziemiach Polskich X-XX w.
Wywrot-Wyszkowska B. - Skórnictwo w lokacyjnym kołobrzegu XIII-XV w.

piątek, 16 maja 2014

Kiek in de Mark!


Kiek in de Mark mamy już za sobą. Czas na raport. Jak było? Zimno, mokro, bojowo, szaro-buro - słowem: kapitalnie. Impreza dla nas rekordowa pod kilkoma względami. Wymieniamy powoli fabryczne tkaniny i szwy na bardziej wiarygodne, zrobione ręcznie. Eliminujemy spawy na rzecz wyciągania materiału w warunkach kowalskich. Obserwujemy coraz większe nagromadzenie rekonstruktorów dolnej połówki drabiny społecznej w jednym miejscu. Miejscu z dala od oznak cywilizacji, gdzieś na zachodniopomorskich bagnach.


To co lubimy najbardziej to obozing. Obozing mamy 24 godziny na dobę i 24 godziny na dobę egzystujemy w historycznych warunkach. Zachowując ścisły post w stosunku do nieznanego w średniowieczu prowiantu, pod historycznymi namiotami, wykorzystując repliki narzędzi z epoki, etc.


Działania zbrojne rozpoczęliśmy w czwartek rano. Miały miejsce starcia grupowe 5vs5 na formule GTKL, z jedną zmianą - taktycznym wsparciem kuszy. Z nietypowych w środowisku zabawek przetestowaliśmy także godendag. Tutaj podziękowania dla Drzemika za zaangażowanie w tym temacie. Starcia odbywały się na terenie podmokłym, ale względnie równym.


W czwartek popołudniu - gra terenowa. Obejmowała przeprawy przez cieki wodne, kilkukilometrowy marsz zbrojnych. Wykorzystaliśmy taktycznie zwiadowców, zasieki, teren, akweny wodne, etc. Same starcie odbywało się na ograniczonym przez wodę terenie.


To co udało się najbardziej to fakt, że zebraliśmy w końcu w jednym miejscu pewną grupę przyzwoicie obszytych rekonstruktorów. O co chodzi? Przede wszystkim przez nagromadzenie tekstyliów ręcznie tkanych, głównie lnów. Stwierdziliśmy obecność takich co najmniej 1/3 osób na imprezie. Poza tym - nagromadzenie materiałów w naturalnych kolorach owcy lub farbowanych naturalnie bez wspomagaczy. Z tego miejsca podziękowania i pozdrowienia dla Rosamar i Owki za zaopatrzenie w filcowe czapki z runa prymitywnych owiec



Kolejna impreza projektowa - w sierpniu, na południu. Więcej informacji - wkrótce.