poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Cebulak w okularach?

Ciągle staramy się podciągać poziom rekonstrukcji poprawiając różne jego elementy. Jednak po macoszemu traktowana jest sprawa współczesnych okularów, które czasem są jedynym elementem psującym krajobraz na imprezie.
Oczywiście można powiedzieć: noś soczewki albo na czas imprezy zrezygnuj w ogóle z korekcji. Jednak są sytuacje gdy nie jest to możliwe. Co wtedy?

 

Wynalezienie okularów


Nie wiadomo dokładnie kiedy człowiek zauważył, że wypykłe szkło powiększa obraz widziany przez nie. Prawdopodobnie między rokiem 1000 a 1250 powstały prymitywne "kamienie do czytania". Angielski franciszkanin Roger Bacon (1220-1292), w swoim dziele "Opus Majus" (1286) zauważył, że litery są większe i wyraźniejsze, gdy się na nie patrzy przez szklaną półsferę. Jego eksperyment potwierdził teorię wypukłej soczewki, opisanej przez Alhazena (965-1038), arabskiego matematyka nazywanego "ojcem nowożytnej optyki".

Za datę wynalezienia okularów uznaje się rok 1286, przez rzemieślnika mieszkającego w Pizie. Data ta została ustalona na podstawie zapisu kazania wielkopostnego wygłoszonego w dominikańskim klasztorze Santa Maria Novella we Florencji, 23 lutego 1306 roku:

Nie minęło jeszcze dwadzieścia lat jak odkryto sztukę tworzenie okularów (Occhiale), dla dobrego widzenia, jedną z najlepszych i najważniejszych sztuk, którą ma świat.

Okulary te miały formę dwóch wypukłych soczewek zrobionych ze szkła lub kryształów kwarcu. Każda otoczona była obręczą zakończoną uchwytem (czyli tak jak wyglądają klasyczne lupy). Końce uchwytów były nitowane razem - tak aby można je było zacisnąć na nosie lub przytrzymać ręką od góry.

Pierwszym dużym centrum optycznym była Wenecja, gdzie w 1284 roku został utworzony cech (gildia) rzemieślników obrabiających kryształy ("cristalleri"). W kwietniu 1300 roku, jeden z pierwszych statutów cechowych, wprowadza pojęcie "dyski dla oczu" ("roidi da ogli" lub "vetri da occhi"). Ten sam statut zabrania tworzenia oraz handlu przedmiotami szklanymi mającymi udawać kryształy kwarcowe. Dodatkowy przepis wprowadzony w kolejnym roku dopuszczał produkcję i sprzedaż "szkieł do czytania" ("vitreos ab oculis ad legendum"), pod warunkiem złożenia przysięgi, że będą oznaczone jako okulary ze szklanymi soczewkami. Może to oznaczać, że już wtedy wykształcił się podział na tanie, popularne szklane soczewki oraz drogie, wykonane z kryształów. W 1321 roku senat Wenecji wprowadził cło eksportowe (5%), co wskazuje, że skala eksportu była już wtedy znacząca.



(Tommaso da Modena, 1351-1352, freski w klasztorze San Nicolo w Treviso, Włochy)


(Konrad von Soest, 1403, okulary Apostoła w ołtarzu kościoła Bad Wildungen, Niemcy)

Do połowy XV wieku nie ma wiarygodnych wzmianek o okularach do dali, wszystkie okulary służyły do czytania i ogólnie do poprawy wzroku dla dalekowidzów.

 

Ceny

 

Pierwszy udokumentowany zapis dotyczący cen okularów pojawił się już w 1306 roku! Para okularów wraz z pokrowcem (“occulis de vitro cum capsula”) kosztowały 6 bolońskich szylingów (“soldi”), na podstawie rachunków dominikańskich inkwizytorów przedstawionych biskupowi Bolonii (“Collectoriae”, vol. 133 f. 133v).
Dla porównania mamy informację, że w tym samym roku szklarz z Murano (okolice Wenecji) zarabiał wtedy 7.5 szylinga dziennie. Czyli już w pierwszym wieku od wynalezienia, okulary nie były towarem luksusowym i były dostępne dla rzemieślników a nawet zwykłych robotników.

Dla kontrastu mamy wzmiankę o dużo droższych okularach będących częścią majątku zmarłego w 1364 roku biskupa Orvieto, Giovanniego di Magnavia. Pozłacane miedziane okulary z kryształowymi soczewkami z pokrowcem (“unum occhiale de scristallo incatastatum in ramine deaurato, habet casam”) oraz również kryształowe ale z oprawkami z czarnej kości (“unum occhiale de cristallo cum casa incatastatum in osse nigro”). Wycenione na półtora złotego florena (czyli jakieś 100 szylingów).

W 1385, zakonnice z klasztoru Santa Maria del Fiore, zapłaciły 8 szylingów za 4 pary szkieł do okularów, a w 1402 - 16 szylingów za parę okularów oraz za wymianę szkieł w innych (bez informacji o materiale oprawek i rodzaju soczewek). Jest to pierwsza wzmianka o kobietach używających okularów.

Podobnych wzmianek, zawierających mniej dokładnych danych, ale pokazujących popularyzację okularów jest sporo. W 1318 roku syn notariusza, z powodu zaawansowanego wieku, potrzebował swoich okularów by potwierdzić autentyczność dokumentu sporządzonego przez jego zmarłego ojca. A w 1329 notariusz z Bibbieny wracając z Florencji został obrabowany, między innymi z okularów.

Ale wróćmy do handlu okularami.

Najwcześniejsza wzmianka o okularach w Anglii pochodzi z 1326 roku i znowu jest to pośmiertny spis majątku biskupa, Waltera de Stapeldon. Są to okulary z dwoma soczewkami warte 2 szylingi (“unum spectaculum cum duplici, precii ijs”), ale również lustro warte jednego pensa (“unum speculum, preci jd”), 3 kryształy berylu, jeden duży i dwa małe (“unum berillum grossum, precci xijd and ij berelli (sic) minores, precii ijs”), warte po jednym szylingu każdy. Dla porównania dniówka cieśli wynosiła wtedy trochę ponad 3 pensy (a w Londynie zarobki były o około połowę wyższe). Wysoka cena tych okularów jest spójna z wyżej opisanymi okularami biskupów włoskich - prawdopodobinie miały kryształowe soczewki i były złocone.
Zapisy portowe wskazują, że w 1384 roku w ciągu tylko 3 miesięcy (od lipca do września) do Londynu zaimportowano 1152  par okularów na nie-angielskich statkach. Analogicznie w maju i czerwcu 1390 roku: 764 pary oraz w kwietniu i maju 1391: 4104 par. Oprócz tego importowano duże ilości szkła oraz kryształów, które mogłyby być oszlifowane w soczewki. Te dane nie są oczywiście kompletne i dodatkowo trzeba doliczyć przemyt, które był przecież od zawsze. Tym bardziej zadziwiające jest duże zapotrzebowanie na towar wynaleziony ledwo sto lat wcześniej, przez kraj, z dużo słabszą ekonomią niż w średniowiecznych włoskich miastach.

Co ciekawe angielska literatura praktycznie milczy na temat okularów. Jedyny zapis pochodzi z około 1395 roku i jest autorstwa Geoffreya Choucera: “Pourte a spectacle is as thynketh me Thurgh which he may his verray freendes se”. Co może wskazywać, że artystów nie obchodziły, bo były tak powszechne na angielskich nosach.

W 1415 roku właściciel sklepu z pasmanterią (“merciaio”), Lapino di Lapino kupił od innego sklepikarza, Franciesco di Bonachorso (obaj z Florencji):
- 6 dużych weneckich luster - 17 szylingów (34 szylingów za tuzin)
- 6 weneckich luster - 12 szylingów (26 szylingów za tuzin)
- 6 małych weneckich luster - 8 szylingów 6 denarów (17 szylingów za tuzin)
- 6 par okularów z drewnianymi oprawkami - 4 szylingi (8 szylingów za tuzin)
- 6 par okularów z bukszpanowymi oprawkami - 9 szylingów (18 szylingów za tuzin)
- 6 par okularów z kostnymi oprawkami - 22 szylingi (44 szylingi za tuzin)
- 25 szklanych nieoszlifowanych soczewek - 8 szylingów (32 szylingów za setkę)

Co daje zabójczą cenę 2/3 szylinga za drewniane okulary (lub 1 i 1/3 za bukszpanowe), co prawda w hurcie u producenta.
Dla porównania w tym samym roku we Florencji średnia dniówka wykwalifikowanego robotnika budowlanego wynosiła 17.9 szylinga, a niewykwalifikowanego - 10.7 szylinga. Jak widać obaj mogliby sobie pozwolić na taki zakup.

Niestety nie ma zbyt za bardzo danych co do cen okularów eksportowanych z włoskich miast do innych krajów Europy w XIV wieku. Są za to dane z końcówki XV wieku.

W 1484 roku kupiec Tornaquinci sprzedał 1084 pary okularów: 227 par w Skopje (obecna stolica Macedonii) za 454 tureckich lir (“aspers”), oraz w 3 transakcjach w Andrianopolu, odpowiednio: 172 pary za 268 lir, 525 par za 892 lir i 160 par za 268 lir. Przy ówczesnym kursie 48 lir za jednego złotego florena florenckiego, daje to cenę za parę wahającą się od 3.9 do 5 szylingów.
W tym samym roku, inny florencki kupiec, Taddeo di Tomaso, sprzedał 529 par okularów handlarzowi tkanin wełnianych, Bartolomeo di Piero di Simone Guanti, handlującemu w Brusie, wiodącym centrum handlu jedwabiem na południe od Konstantynopolu. Główna transakcja (523 par) opiewała na 61 florenów i 10 szylingów (2.35 szylinga za parę) i miesiąc później dodatkowe 6 par po 2.33 szylinga za parę. Do kosztów transakcji trzeba jeszcze doliczyć podatek florencki (1 floren i 19 szylingów) oraz koszt transportu z Florencji do Pizy (2 floreny i 1 szyling).

 

Cebulak w okularach? 


Wracając to tytułowego pytania: czy przysłowiowy cebulak mógł nosić okulary?
I tak i nie.
Przede wszystkim mylny jest pogląd, że Projekt Volk obejmuje rekonstrukcję wyłącznie biedaków, żebraków i obdartusów. Założyliśmy, że krąg zainteresowań ograniczamy do dolnych 50% społeczeństwa (pod względem majątkowym). Tym samym dopuszczamy odtwarzanie biedniejszej części mieszczan, np. partaczy (rzemieślników nie będących członkami cechu) lub nawet czeladników mniej bogatych cechów.

Po 40 roku życia u większości ludzi zaczyna pojawiać się nadwzroczność, czyli problematyczne jest widzenie z bliska. Dla rzemieślnika oznaczało by to koniec pracy zawodowej. W tej chwili wchodzimy na grząski grunt gdybologii… Czy pod groźbą utraty źródła utrzymania nabyłby okulary (na które jak mówią źródła, mógłby sobie pozwolić)?

Myślę, że tak. I pogląd ten podzielają historycy dogłębnie badający ten temat.
Nawet jeśli uwzględnimy, że powyższe ceny dotyczą Włoch, ojczyzny przemysłu optycznego.

A jak kogoś razi ostre słońce…

(NLR Germ. F.v. XIV.1. Das Schachzabelbuch, 1350-1399, Stein am Rhein, Szwajcaria)

Źródła:
Vincent Ilardi - “Renaissance Vision from Spectacles to Telescopes”
http://www.antiquespectacles.com

wtorek, 17 czerwca 2014

Jak żołnierz, to kamasze - muß sein?

Utarła się od dłuższego czasu w rekonstrukcji pewna norma, pewien trend nakazujący myśleć, że jeśli odtwarza się postać zbrojną, potrzebne są buty wysokie lub półwysokie. Bo jak żołnierz to i kamasze. Oczywiście nie jest to coś, co dotyczy wszystkich bez wyjątku, ale nieprzemyślane wybory powielane wiele razy prowadzą do precedensu. A to Fehler* - westchnął Seler.

Jeśli żołnierz, tzn. piechota miejska (najczęściej praktykowany wariant żołnierza) - to wypadałoby sięgać do znalezisk miejskich, które jednoznacznie wskazują na przewagę obuwia niskiego. Odwołajmy się do konkretów. Analizę typologiczną obuwia przeprowadzono w Kołobrzegu dla butów z 2.poł. XIII, XIV i XVw. Przedstawia się ona następująco:
740 przykładów obuwia niskiego (50%)
537 przykładów obuwia półwysokiego - cholewy nie wyższe jak długość podeszwy (37%)
197 przykładów obuwia z cholewami - cholewy wyższe jak długość podeszwy (13%)
Różnica nie jest tak znacząca jak w przypadku proporcji ceramiki szkliwionej do nieszkliwionej, ale daje do myślenia. Znacznie więcej znaleziono obuwia niskiego jak półwysokiego, zaś wysokie należy do rzadkości. Oczywiście, można spekulować nad udziałem obuwia wysokiego biorąc pod uwagę recykling, tj. przetwarzanie zużytych butów na inne obiekty skórzane, ale czy nie to samo mogło dotyczyć obuwia półwysokiego lub nawet niskiego? Myślę, że jak najbardziej.

Co jeszcze mówią nam źródła? Ano o cenach obuwia. Zachowały się 2 zapisy z 1363r z Jawora o cenie trzewików i butów z cholewami. Trzewiki kosztowały wówczas 6 groszy, buty z cholewami - 18 groszy. Z uwagi na położenie geograficzne miasta Jawor, najprawdopodobniej mowa o groszach praskich. Dość jasne wydaje się więc, że za cenę butów z cholewami można było kupić 3 pary trzewików. Ma to znaczenie wobec ścieralności podeszw i faktu środku lokomocji, z którego korzystała piechota, tj. własnych nóg.

Przejrzyjmy się nieco ikonografii. Szeregowi żołnierze (szeregowość oparta na minimalnej ilości uzbrojenia), 1250-1400:



Oczywiście przedstawienia piechoty w wyższych butach także występują, jednak nieporówywalnie rzadziej. Warto byłoby zrobić zestawienie tej tendencji w późniejszych epokach. Z pobieżnego przeglądu przedstawień landsknechtów wynika, że buty były nawet nie tyle niskie co z odkrytym podbiciem stopy. To raczej kwestia mody, ale przekłada się na wygląd ogólny piechoty tamtej epoki. Pruskie wojska piesze XVII-XVIII w. używały z reguły niskich butów, później uzupełnionych wełnianymi opinaczami (których pozostałości w mundurach paradnych widać do dziś). Kamasze w formie zbliżonej do tych, które kulturowo kojarzą nam się z wojskiem, tj. buty z cholewami długości co najmniej równej długości podeszwy, ale nie przekraczającej "linii podwiązki" pod kolanem wchodzą w użycie na szerszą skalę dopiero w wieku XIX.

Nie wiązałbym więc kulturowo przyjętych butów wysokich z wojskiem na płaszczyźnie średniowiecza i jego rekonstrukcji.
______________________________
*Fehler - niem. błąd

Literatura:
Szwagrzyk J.A. - Pieniądz na ziemiach Polskich X-XX w.
Wywrot-Wyszkowska B. - Skórnictwo w lokacyjnym kołobrzegu XIII-XV w.

piątek, 16 maja 2014

Kiek in de Mark!


Kiek in de Mark mamy już za sobą. Czas na raport. Jak było? Zimno, mokro, bojowo, szaro-buro - słowem: kapitalnie. Impreza dla nas rekordowa pod kilkoma względami. Wymieniamy powoli fabryczne tkaniny i szwy na bardziej wiarygodne, zrobione ręcznie. Eliminujemy spawy na rzecz wyciągania materiału w warunkach kowalskich. Obserwujemy coraz większe nagromadzenie rekonstruktorów dolnej połówki drabiny społecznej w jednym miejscu. Miejscu z dala od oznak cywilizacji, gdzieś na zachodniopomorskich bagnach.


To co lubimy najbardziej to obozing. Obozing mamy 24 godziny na dobę i 24 godziny na dobę egzystujemy w historycznych warunkach. Zachowując ścisły post w stosunku do nieznanego w średniowieczu prowiantu, pod historycznymi namiotami, wykorzystując repliki narzędzi z epoki, etc.


Działania zbrojne rozpoczęliśmy w czwartek rano. Miały miejsce starcia grupowe 5vs5 na formule GTKL, z jedną zmianą - taktycznym wsparciem kuszy. Z nietypowych w środowisku zabawek przetestowaliśmy także godendag. Tutaj podziękowania dla Drzemika za zaangażowanie w tym temacie. Starcia odbywały się na terenie podmokłym, ale względnie równym.


W czwartek popołudniu - gra terenowa. Obejmowała przeprawy przez cieki wodne, kilkukilometrowy marsz zbrojnych. Wykorzystaliśmy taktycznie zwiadowców, zasieki, teren, akweny wodne, etc. Same starcie odbywało się na ograniczonym przez wodę terenie.


To co udało się najbardziej to fakt, że zebraliśmy w końcu w jednym miejscu pewną grupę przyzwoicie obszytych rekonstruktorów. O co chodzi? Przede wszystkim przez nagromadzenie tekstyliów ręcznie tkanych, głównie lnów. Stwierdziliśmy obecność takich co najmniej 1/3 osób na imprezie. Poza tym - nagromadzenie materiałów w naturalnych kolorach owcy lub farbowanych naturalnie bez wspomagaczy. Z tego miejsca podziękowania i pozdrowienia dla Rosamar i Owki za zaopatrzenie w filcowe czapki z runa prymitywnych owiec



Kolejna impreza projektowa - w sierpniu, na południu. Więcej informacji - wkrótce.

środa, 9 kwietnia 2014

AD 2014

tak, dla większości rekonstruktorów to jednak ta cieplejsza połowa roku jest tą aktywną wyjazdowo. W ramach przygotowań do sezonu, krótki wpis informacyjny.

U nas, póki co - spokojnie: kończymy rozpoczęte projekty, doszywamy, zaszywamy i łatamy, żeby było bjedniej (ale bez przesady), czyścimy sprzęt przed sezonem. Jak co roku w okresie okołowielkanocnym.

Poniżej wykaz ważniejszych imprez/operacji, na których pojawimy się w tym roku większym składem osobowym. Poza tym będzie oczywiście kilka pomniejszych wypraw, biwaków, spotkań, manewrów.


A wy, gdzie pojawicie się w tym sezonie?

sobota, 22 marca 2014

Cel - pal.

Jakiś czas temu zacząłem obserwować rozwój działalności kilku grup, których nazw nie przytoczę, bo nie zamierzam szydzić. Chciałbym jednak dziś dokonać demontażu zorientowania* tych grup; pewnych tendencji, które u tego typu grup zaczynam obserwować. Cała kwestia rozbija się o cel, na który rzeczone grupy są zorientowane.

We własnym otoczeniu nietrudno będzie zaobserwować grupy podobnie nastawione. A mowa o pewnym stopniu komercjalizacji tego, czym się zajmujemy. Pod tym względem, wszystkich rekonstruktorów w skali kraju, Europy, świata - można podzielić jedynie na 2 grupy. Na tych, którzy są zorientowani na siebie (rekonstruktorów) i na zewnątrz (turystów). Problemu nie ma w momencie kiedy ktoś w grupie, a najlepiej cała grupa - pilnuje zdrowego podziału między jednym a drugim końcem kija.

Przykładem pierwszym będzie grupa A. Początkowo jej działalność opierała się na bardzo mainstreamowych (lepsze słowo nie przychodzi mi tu do głowy) założeniach, choć we własnym zakresie wygląd grupy przedstawiał się grubo ponad średnią krajową. Mam tu na myśli głównie odwiedzanie imprez powszechnie znanych, typu "festiwal wikingów" czy "turniej rycerski". Mowa oczywiście o modelu imprezy, tj. impreza finansowana przez sponsora (instytucja państwowa/prywaciarz), z udziałem turystów i bannerami reklamowymi, z pokazami w stronę turystów i udziałem życia obozowego jako dodatkiem do całej reszty. Krótko mówiąc (i nie mam tu na celu urągania osobom, którym to odpowiada) - cyrk. Z czasem pojawiły się imprezy living history (LH), niestety na krótko, ale udział imprez o założeniach stricte rekonstruktorskich zaczął się zmniejszać na rzecz promowania rekonstrukcji w mediach, działalność rozrywkowo-oświeceniową itd. Obecnie działalność rekonstrukcyjna nie zanikła, miejmy nadzieję że choć tak pozostanie.

Przykładu B nie będzie.

Przykład C to grupa o podobnym okresie działalności. W "czasach heroicznych" jeździła tam, gdzie wszyscy, nie pojawiło się wiele jednostek, które chciały dalszego rozwoju. Od pewnego momentu jedyną imprezą, na którą jeździli, stał się Grunwald, a poza nim - w zasadzie cała działalność ograniczyła się do pokazów dla gawiedzi. Mówią - każdy robi to co lubi. Nikt pokazów nikomu zabronić nie może, ale pojawia się pytanie z tej samej półki, z której zadaje się PSWR - czy to jest rekonstrukcja? Zapytam zatem: czy to jest działalność oświatowa? Czy daje cokolwiek wykładanie gawiedzi teorii rekonstrukcji, jeśli każdym kolejnym razem idąc z tarczą na plecach przez miasto usłyszysz "zoba synek, rycerz idzie"? Pozostawiam do refleksji.

Jakby samo nasuwa się pytanie - co to ma do rzeczy? Przecież można robić dobrą rekonstrukcję i pogodzić to z udziałem w pokazach. Nie do końca. Zorientowanie na cel przekłada się tu na samą rekonstrukcję, choćby w postaci sprzętu, który używamy. Stawiając na efektowną, dynamiczną walkę - odciążamy blachy do kilkunastu kilogramów. Robiąc pokazy na bruku/asfalcie/betonie - podklejamy podeszwy gumą, albo (w lepszym wypadku) doszywamy dodatkowe warstwy skóry i ewentualnie ćwiekujemy je, choć na znaczny udział takich - archeologia nie wskazuje. Nawet robiąc wystawę muzealną - niekoniecznie dbamy o detale, a później łowcy mroku znajdują pasy sztukowane na aluminiowe nity, albo inne smaczki. A jeśli eksponujemy już artefakty, dobieramy te najrzadsze, najciekawsze dla oka przeciętnego odwiedzającego, a nie tłuczoną szarą ceramikę. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, względnie od celu na który jesteśmy zorientowani.

Wracając do koncepcji organizacji grup warto zasugerować koncepcję dalekosiężnego planowania. Większość grup organizuje spotkania nazywane w rozmaity sposób (walne, wiec, etc.), nie zdając sobie sprawy, że planowanie sezonu przed sezonem to trochę mało. Oczywiście można się tym zadowolić, ale samo sporządzenie listy wydarzeń do zaliczenia w sezonie - nie wystarczy. Warto poruszyć politykę grupy wobec otoczenia, rozwój sprzętu, rozwój kierunków, skarg i życzeń, wyciąganie wniosków z sezonu minionego, etc. Wbrew przekonaniom niektórych, ma to duże znaczenie.

Osoby, które uważają że ktoś tu chce się wyspowiadać/wyżalić - są w błędzie. Chodzi o swojego rodzaju sformułowanie przestrogi, z której wyciągnięcie wniosków na przyszłość może pomóc. Nie jest celem niniejszego wpisu sformułowanie hejta w kierunku pokazów jako takich. Podobne zdanie zdają się przedstawiać koledzy z Poruszaka:
http://poruszak.blogspot.com/2013/10/kiebasiany-rycerz-herbu-buka.html
Z tego miejsca zapraszam do lektury.
_______________________________________
* Celowo piszę "zorientowania", bo "orientacja" przywoływałaby niewłaściwe skojarzenia.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Skąd wzięły się zapiętki w butach?

Trochę LH w praktyce, innymi słowy: bardzo śmierdzący początek roku 2014, lub the smell of medieval cobbler.
Ostatnia wyprawa przyniosła ze sobą dziurę w bucie. Przetarła się nie podeszwa, ale przyszwa w jej najbliższej okolicy - za piętą. Początkowo myślałem że to szew puścił, przeczyszczenie skóry z wgniecionego w nią piachu wykazało niestety coś innego.

Eksploatacja każdego historycznego obuwia, niezależnie od epoki, doprowadza je z czasem do przetarcia pewnych miejsc na podeszwie lub w jej bezpośrednim otoczeniu. Tak też wyszło u mnie, zresztą nie jest to pierwsza przetarta para butów.

Naprawę rozpocząłem od zmoczenia butów i wywrócenia ich spowrotem na lewą stronę. Nie było to szczególnie skomplikowane biorąc pod uwagę fakt, że podczas eksploatacji skóra rozluźniła się, zwłaszcza na przyszwie. Następnie ściągnąłem przetartą linię woskowaną dratwą. Użyłem cienkiej lnianej nawoskowanej dratwy, tak, by zmieścić szew w grubości przyszwy. Skóra jednak okazała się być tak przetarta, że dratwa tak czy inaczej nie schowała się w skórze. Cóż, szew nie wytrzyma zbyt długo...


Oczywiście ściągnięcie przetartego miejsca to nie koniec. Zużyte miejsce będzie przepuszczać wodę. Zasmołowanie szwu dziegciem co najwyżej przepuści dziegieć do środka i ubrudzi skarpetę/nogawicę. I przechodzimy do meritum - tj. skąd wzięły się zapiętki w obuwiu.

Oryginał, na którym się wzorowałem, zapiętka nie miał. Znaleziono 1 but, możliwe że drugi, nie zachowany, taki zapiętek miał. Otóż zapiętki, pierwotnie pełniły funkcję łat, podobnie jak zelówki i obcasy. Początkowo naszywano je na miejsca już uszkodzone, przetarte, z czasem szewcy doszli do wniosku że można takie łaty naszywać profilaktycznie. Dotyczy to także zapiętków.

Z mojego doświadczenia wynika, że przy montażu zapiętków najlepiej sprawdzają się szwy okrętkowe. Kształt zapiętka to szeroki trójkąt - tak jak wydatowane na 2.poł. XIII w. (datowanie zgodne z datowaniem zabytku buta). Po obszyciu zapiętka przyszedł czas na wywrócenie buta na prawą stronę. Skóra była jeszcze lekko wilgotna, więc obeszło się bez dodatkowego moczenia. Przy okazji pozbyłem się wgniecionego w skórę żwiru i trochę oczyściłem ją z nadmiaru dziegciu. Zauważyłem też przetarte obszary lica na podeszwie - mam już prognozę gdzie postawię kolejne łaty.

Wnikliwy obserwator zauważy, że buty nie mają otoka. Zgadza się. Oryginał też nie miał. Jak zatem zamierzam naszyć kolejne łaty? Czas pokaże, w każdym razie planuję naszywać je dokładnie tak jak naszyłem zapiętek - ślepym szwem (ang. blind stitch), przebijając się jedynie przez mizdrę. Łaty będą miały formę zelówki i obcasa, ale naszyję je od środka. Ale na to czas przyjdzie latem lub jesienią 2014.

Jak widać na zdjęciu z prawej, co zapowiadałem na początku tego posta - szew ściągający krawędzie przetartej dziury - wyszedł na wierzch. Niestety, przetrze się dość szybko, ale dalej blokuje dostęp wody do środka łata, tj. zapiętek. Solidne nakarmienie szczeliny dziegciem powinno wystarczyć.

Po lewej prognoza na najbliższe łatanie. Cała naprawa zajęła mi ok 20-30min. Użyte narzędzia: igła, szydło, dratwa, miska z wodą, wosk, dziegieć.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Zwiad II, tj. 2,5 dnia z życia średniowiecznego menela

A więc postanowione, robimy z tej wyprawy operację cykliczną.

Zbieraliśmy się z tym niedługo, zebraliśmy w sumie 4-osobowy skład wyprawy - frekwencja jak w zeszłym roku. Ja, Kaspian, Błażej i Żarów.

Ruszyliśmy z grodziska Owidz k. Starogardu Gdańskiego na wschód, w piątek 27 XII oddalając się od zabudowań zaledwie 3km. Start w godzinach popołudniowych wymusiły drobne problemy z dojazdem do punktu startowego. Wg kalendarza w ostatnie dni roku kalendarzowego słońce zachodzi ok. godziny 15.30, więc niespełna godzinę wcześniej przyszło nam szukać miejsca pod obóz. Znaleźliśmy je na niewielkim płaskowyżu ze stromym zboczem nad rzeką.

Ruszyliśmy dalej w sobotę po świcie. Zwinęliśmy obóz, tobołki na plecy i marsz. W pomorskich lasach nietrudno o zwierzynę, 2 razy natknęliśmy się na sarny. Niestety, brak sprzętu miotającego i uprawnień łowieckich przekreślił nasz ewentualny obiad.
Dnia drugiego przeszliśmy ok 21km, odwiedzając katedrę w Pelplinie. Nocleg przyszło nam organizować kilka kilometrów dalej od zaplanowanego miejsca. Tym razem nad jeziorem.
Trzeciego dnia zrealizowaliśmy trasę 13km docierając do Owidza, skąd wyszliśmy, po drodze odwiedzając miejsce, gdzie kręcono fragment "Krzyżaków" Forda, jez. Jammertal. Tak, to tam stał Spychów.
Noclegi obydwa w terenie, jak na koniec grudnia temperatury były łagodne, raczej nie spadły poniżej zera, choć w niektórych miejscach leżał śnieg.
Drugiej nocy przez kilka godzin padał deszcz. Mimo wilgoci udało się rozpalić ogień krzesiwem na hubce z przepalonego beztlenowo lnu i rozpałce z suchej trawy chowanej za pazuchą. Warto korzystać z suchej trawy która nie leży bezpośrednio na ziemi, a która stoi nad ziemią na wysokość stopy (lub więcej) - zwłaszcza tej o dość szerokich, ale cienkich liściach, które po zmieleniu w dłoni i wygrzaniu za pazuchą genialnie przejmują żar złapany przez przepalony len. Ciepło ciała jest w stanie usunąć wilgoć złapaną przez trawę z powietrza. Zrywając trawę na rozpałkę w połowie dnia, wieczorem mamy gotowy materiał do rozpalenia ognia.
Łącznie trasa wyprawy objęła 37km (wliczając kluczenie po lasach) trasą, którą z grubsza rysują lokalizacje: Owidz - Barchnowy - Ropuchy - Pelplin - Klonówka - Rywałd - Szpęgawsk - jez. Jammertal - Kochanka - Starogard - Owidz.
Mój bagaż wyniósł 15,2kg, w tym:
* plecak "baleron" (koc, płachta lniana, trochę drobnicy, rondel żelazny)  - 6,7kg,
* manierka gliniana - 1,4kg,
* torba z prowiantem - 1,1kg,
* kord - 1kg,
* koc 2kg,
* strój łącznie 4kg.
Niestety nie zważyłem dwuipółmetrowej włóczni. U pozostałych załadunek wyniósł więcej, ok 20-22kg na osobę. Z doświadczeniem każdy odciąża bagaż do niezbędnego minimum.

Wyprawa przyniosła nam kilka doświadczeń. Po pierwsze przed każdym spadającym drzewem chroni nas igłowa rękawiczka. Po drugie - chleb to nienajlepsza poduszka, bo boli od niego ucho. Po trzecie - czapka filcowa to słaby ekran od żaru, lepiej się od niego odsunąć.

Więcej zdjęć tutaj.