sobota, 9 czerwca 2012

Ukryta opcja Niemiecka

Jak to z tymi Niemcami było...

Mało który przeciętny zjadacz chleba zdaje sobie sprawę jak bardzo systemy propagandowe, także te funkcjonujące obecnie, wpłynęły na pojmowanie historycznej rzeczywistości przez współczesnego człowieka. Mówię tu głównie o propagandzie radzieckiej czasów wczesnego PRL-u., na zasadzie "my tu nie od wczoraj" definiującej rdzenną słowiańskość ziem odebranych Niemcom po ostatniej wojnie. O problemie etniczności społeczeństw środkowej Europy słów kilka.

Generalnie przyjęło się podręcznikowo dzielić Europę na strefy wpływów kościoła wschodniego i zachodniego, granica przecinała Wielkie Księstwo Litewskie i Koronę. Po części jest w tym trochę racji. Bardzo ważnym zjawiskiem, a sporadycznie branym pod uwagę przez rekonstruktorów jest proces migracji ludności z zachodu (głównie niemieckiej, bo ci mieli najbliżej) na ziemie leżące w strefie wpływów dynastycznych zmieniających się dynastii władców Polski, krótko mówiąc: Koronie. Imigrację motywowało przeludnienie na zachodzie i wyludnienie wielu ziem i miast spowodowane m.in. najazdami mongolskimi. Proceder ten jest szerzej znany pod nazwą "kolonizacja niemiecka", ale przez część badaczy jest interpretowany jedynie jako przejmowanie prawa niemieckiego (zwykle magdeburskiego i lubeckiego). Jak na mój gust - absurd. Ktoś przecież musiał wprowadzać te zmiany przyjeżdżając na wyludnione ziemie, osiedlając się na nich i wprowadzając bardziej zaawansowaną kulturę. Tym bardziej, że mimo upływu lat jest na to krocie dowodów.

Ziemie, dawniej zasiedlone przez Słowian, na zachód od Odry były podzielone na Marchie jeszcze we wczesnym średniowieczu i ludność je zamieszkująca stopniowo asymilowała się. Pod koniec wczesnego średniowiecza są też pierwsze wzmianki o osadnictwie ludności niemieckiej na Pomerelii (Pomorzu Wschodnim/Gdańskim) i na Śląsku. Duchowieństwo z Niemiec osiedlało się jeszcze w XI wieku, w fundowanych przez władców klasztorach np. w Mogilnie, w Tyńcu. Fakt że księstwa śląskie i pomorskie pozostawały we władzy dynastycznej książąt z dynastii słowiańskich nie świadczy o składzie etnicznym tych terytoriów w danym czasie, choć wielu tkwi w przekonaniu, że to to samo. Niemców na ziemiach obecnej 3. RP było dużo jeszcze przed Krzyżakami. Nie zapominajmy że rozmnażali się jak wszyscy.

Ale pogląd, że ziemie na zachód i północ poza granice Korony jaką zostawił po sobie Kazimierz Wielki w 1370 roku, były skolonizowane przez Niemców robi się w miarę upływu czasu oczywisty. Pisze o tym np. Norman Davies - obserwator z zewnątrz - ani Polak, ani Niemiec. Tak więc idąc dalej na wschód i nie odbiegając od Kazimierza Wielkiego, sprowadził on Niemców także na Podkarpacie. Chętnych do zgłębienia tematu odsyłam do pojęć Taubdeutschen, Walddeutschen. Oczywiście ludność Niemiecka w Krakowie była już wcześniej. Podobnie jak inne miasta w Małopolsce tak jak i na Rusi Halickiej były skolonizowane przez Niemców, nie tylko Kraków: Wieliczka, Bochnia, Przemyśl, Lwów, Sącz. Do czasów nowożytnych w kościele NMP w Krakowie msze odprawiane były po niemiecku, a do 1600 roku niemiecki był urzędowym językiem sądów krakowskich.

Obecność elementu niemieckiego na wschód od granic Cesarstwa przejawia się też w imionach figurujących w dokumentach. I tak o ile mając do czynienia z imionami uniwersalnymi dla kręgu kultury rzymskokatolickiej, np. Jakub, Mateusz, Józef, ciężko stwierdzić czy mamy do czynienia z etnicznym Niemcem czy też Polakiem, o tyle mając do czynienia z takimi imionami jak Herman, Lambert, Hans, Ginter - etniczność jest jasna. Dlaczego używam pojęcia etniczność - pojęcie narodu jak wiadomo wykształciło się dopiero w wieku dziewiętnastym. Ciężko mówić tu o ludach, więc etniczność jest tu chyba najbardziej pasującym określeniem. Wyznacznikiem etniczności jest tu - zdaje się - w głównej mierze język.

Jak to się przekłada na rekonstrukcje? Narzekamy na słabo przekopane ziemie i że mamy mało znalezisk. Czemu więc, wobec migracji ludności z Niemiec - nie stosować tamtejszych znalezisk jako materiału zgodnego z etnicznością znacznej części ludności? Czy nie lepiej byłoby dać sobie spokój z kapalinem z Plemiąt o wątpliwym datowaniu i stosować bardziej odpowiedni chronologicznie model z Norymbergi, który odpowiada ikonografii epoki? Oczywiście należy przy tym pamiętać o spójności sprzętu - jeśli bazujemy na źródłach niemieckich to po całości.

Przy temacie języka warto poruszyć temat musztrowania piechoty np. na Grunwaldzie. Czy to jest historyczne? I jak Ty sobie wyobrażasz musztrować po niemiecku polską chorągiew? Ano zwyczajnie. Unifikacja komend, wprowadzenie jednego zestawu jako ogólnie przyjętego będzie zjawiskiem tylko na plus. Bez tej unifikacji, gdy spotka się na jakiejś imprezie poza Grunwaldem piechota z polskich i zakonnych chorągwi, padnie komenda "mit zwo" - i połowa ludzi nie wie o co chodzi. Nie trzeba władać biegle średniowysokoniemieckim żeby rozumieć te komendy. Pacierza po łacinie da się nauczyć, kilkunastu komend po 2-3 krótkie słowa - też. No chyba że ktoś żyje od grunva do grunva i nie widzi możliwości organizacji imprez przeznaczonych dla piechoty, np. w wariancie inscenizacyjno-bitewnym, a nie dla spieszonego rycerstwa, w wariancie turniejowym.

wtorek, 22 maja 2012

O rekonstrukcji walki...

"Wojna... wojna nigdy się nie zmienia..."
Kto choć trochę interesuje się kulturą masową, zna ten cytat. Rekonstrukcja historyczna, jako taka, nie ważne który okres bierzemy pod uwagę, sprowadza się właściwie zawsze do walki. Jako że późne średniowiecze jest tematem najgorętszych rozmów, a ja jako człowiek interesujący się tym okresem obiorę je sobie na cel. W praktyce chodzi o to że walki późnośredniowiecznych są najmniej wiernymi rekonstrukcjami starć zbrojnych w Polsce. Nie chodzi mi o nie historyczne uzbrojenie, i innego rodzaju patenty... chodzi tym razem o co innego. Wszystkie walki które nie są inscenizacjami jakiś bitew ograniczają się do turniejów 1vs1, 5vs5, 21vs21 (21 gdy nasi jadą naparzać się ze wschodem) i ewentualnie czasem jakiś duży bohurt gdzie mamy luźną zbieraninę bohurtowców. Fakt faktem, udział w takich konkurencjach sprawia walczącym wiele radości, jednak z punktu widzenia rekonstrukcji jest zwyczajnie nie historyczny.

Mimo iż taka forma konkurencji jest jak najbardziej poprawna jeśli chodzi o wyłanianie kto jest najlepszy w kraju albo na świecie, trzeba pamiętać że nie jest właściwa jeśli chodzi o rzeczywiste prowadzenie bitwy w późnym średniowieczu. Brakuje zbyt wielu zmiennych by móc nazwać to nawet historyczną potyczką, właściwie jest to starcie tylko dwóch drużyn i ich wąskich taktyk, brak jest wpływu ukształtowania terenu, dysproporcji sił i dowodzenia całą armią, całego łańcucha dowodzenia bez którego żadna armia nie byłaby w stanie funkcjonować, nie zależnie jakiego rozmiaru. Bitwy w średniowieczu ani w żadnej innej epoce nie odbywały się nigdy na zupełnie neutralnym gruncie, bez przewagi liczebnej po żadnej ze stron. Omijając te wszystkie aspekty tracimy prawdę mówiąc najlepszą część "zabawy w wojnę" odbieramy ważne aspekty pola walki i sami tak naprawdę na tym cierpimy. Starcia tego typu są najciekawsze, gdyż jak się okazuje, karność i dyscyplina na polu walki, w połączeniu z odpowiednią taktyką mogą doprowadzić do pokonania mocniejszego przeciwnika. Przykład tego typu starć mamy w Rosji i na Ukrainie: dwie strony, podzielone na oddziały, którymi dowódcy przewodzą w rzeczywistości wykorzystując w miarę możliwości swoje pozycje, ustawienie i ukształtowanie terenu. Przykłady: Izborsk i Koriela oraz Ritterswerder. Nawet gdy starcie przypomina po prostu zderzenie dwóch mas piechoty, walka w ścisku jest wspaniałym doświadczeniem, zupełnie innym niż starcia luźnych oddziałów. Rosjanie skutecznie wzbogacają swoje masowe bohurty, wykorzystaniem fortyfikacji polowych, dysproporcją sił czy również wozami taborowymi jak to miało miejsce na Izborsku. Celem rekonstrukcji jest maksymalne zbliżenie do danych realiów, nigdy to nie jest w 100% możliwe, jednak każdy rekonstruktor sensu stricto rozumie, że trzeba się zawsze zbliżać ku wyznaczonemu celowi. Powoli, lecz zawsze zbliżać, nigdy oddalać.

Niestety w Polsce coraz częstsze są trendy odwrotne. Tak więc zbliżenie do możliwe najwierniejszej formy prowadzenia walk powinno być celem ludzi zajmujących się odtwarzanie zbrojnych z tego okresu. Tego typu walki dają szanse słabszym formacjom, bo jak się okazuje, Bern (który uchodzi za najlepszą grupę w Rosji) nie raz został rozbity przez przeciwnika słabszego, za to lepiej wykorzystującego swoje pozycje, przykładem mogą być ich porażki na bohurcie w Korieli i Dmitrowskim Szturmie oraz osławiona walka w piątkach na Grunwaldzie 2010. Ekwipunek bojowy bywa naprawdę różny, na wschodzie podczas takich masowych starć, można spotkać osoby naprawdę lekko opancerzone, które biorą aktywny udział w walce, wystarczy, jak się okazuje unikać chamstwa, zamiast trzaskać po nieopancerzonych partiach ciała, przyłożyć solidnie w opancerzone, nikt nie ma z tym problemów dlaczego u nas mają być?

Co tyczy się taktyki. Wschód używa lekkozbrojnych z halabardami. U nas w zasadzie wszyscy są mniej lub bardziej oblaszonymi rymcerzami w hełmach zamkniętych. O ile u Rosjan część walczących stanowi taktyczne czołgi a reszta, bardziej mobilna służy do oskrzydlania, o tyle w Polsce jest to średnio możliwe ze względu na zamknięte hełmy i pełne blachy u wszystkich. Zaś niedopancerzanie blach kolczugą nie dość że odbiera walczącym siłę przebicia, w niektórych przypadkach kończy się boleśnie (wypadek Wołka na BN). Nawet reprezentacja USA po części miała kolczugi....

W Polsce potrzebujemy podobnych bitew w późnym średniowieczu. Melee rozumiane jako "ostra walka" jest obecnie domeną dość wąskiej grupy osób. Można to zmienić na wzór przyjęty w Rosji, lub jeśli szukamy wzorców bliżej, rekonstruktorzy zajmujący się wczesnym średniowieczem przeprowadzają podobne starcia. W kręgach późnośredniowiecznych zazwyczaj kończy się na małych manewrach w lesie, może to czas by pójść kilka kroków naprzód? Zwłaszcza gdy wielu zapytanych rekonstruktorów odtwarzających ciężko czy lekko zbrojnych nie ma nic przeciwko ostrzejszej walce na jasno określonych zasadach. Nie oszukujmy się zresztą, nawet melee przestało być dziką jatką bez zasad. Uwzględnione jest użycie hełmów otwartych, odczepienie jakiegoś elementu opancerzenia podczas walki itd. Większość reprezentacji na BN (w tym nasza) nie miała problemów z przestrzeganiem tych zasad, dlaczego nie powinno być problemów z przestrzeganiem podobnych podczas walk nie zarezerwowanych tylko dla wąskiej grupy reprezentującej Polskę podczas BN. Okazałoby się również że wiele taktyk jak i elementów uzbrojenia stosowanego w obecnych mało historycznych walkach nie znalazłyby skutecznego zastosowania w omawianej koncepcji walk. Być może udałoby się stworzyć zupełnie nowy wymiar walk właściwych pod względem historyczności używanego sprzętu oraz taktyki zarówno jednostek jak i całych oddziałów. Jednocześnie dyskredytując uzbrojenie o wątpliwej historyczności np. wcześniej wspomniane rotelle, czy nadmierną liczbę ciężkozbrojnych którzy jak wiadomo bardzo źle się czują walcząc na nierównym terenie w hełmach zamkniętych. Warto się zastanowić nad tą koncepcją prowadzenia walki. Otwiera ona spore możliwości przed polskim RR. Zwłaszcza dla przedstawicieli późnego średniowiecza, daje ona możliwość wzięcia udziału w walce zbliżonej do dyscypliny sportowej, ale będącej jednak bardziej wiernym odtwarzaniem sposobów walki z odtwarzanego okresu.

Mnie pozostaje mieć tylko nadzieję, że słowa te dotrą do właściwych uszu i zmienią się w czyn, a nie rozbiją się, jak to zwykle bywa, o skały zgnuśnienia, lenistwa i braku wiary w nowe idee.

niedziela, 13 maja 2012

Kapalin - błędy w rekonstrukcji

Ile razy nie biorę udziału w jakiejś imprezie, tyle razy walą po oczach błędy, których nie sposób nie poruszyć. Próżne gadanie do każdego z osobna. Śmierdzące mordorem wypierdki allegro są nadal na porządku dziennym. Dziś o błędach w kapalinach.

Błędem, który widać nawet u rekonów postrzeganych, kolokwialnie mówiąc, jako ultrasów, jest noszenie kapalina na kaptur pikowany. Tak, to też jest błąd. Kaptur powinien być kolczy, pełny. Najlepiej podszyty Podobnie jak w przypadku blacharzy przyłbica bez czepca kolczego jest niekompletna, w przypadku nosicieli kapalinów niekompletny jest goły kaptur pikowany. Przypadki gołego kaptura pikowanego spotykane są w ikonografii sporadycznie, zwykle w dziwacznych przedstawieniach. Regułą jest plecionka kolcza pod kapalinem. I tego się trzymajmy. Samo nasuwa się  pytanie: czy lepiej mieć kaptur nienitowany czy nie mieć go w ogóle? Jednoznacznie odpowiedzieć się nie da. Dopuściłbym dwa warianty. Albo nie mieć - ale wówczas wszyć w kapalin pikowany kosz i nosić go na kapturze wełnianym, cywilnym. Albo mieć, podszyć wełną i lnem (opcjonalnie naszyć na cienki kaptur pikowany) i nosić. Opcję samego kaptura pikowanego pod hełmem odrzucają źródła. Kolejne pytanie jakie może się nasunąć to czy wszyscy muszą mieć pod kapalinem pełny nitowany kaptur kolczy. Nie wszyscy. Takiego rozwiązania dowodzi spis z Jawora z 1386r - na 12 kapalinów na stanie zbrojowni znajdowały się 4 kaptury. Tekstylne, wełniane kaptury były na stanie garderoby przeciętnego obywatela. Co prawda źródła dowodzą także noszenia kapalina bez żadnej osłony szyi, ale czy to przyjemne nagrzanym bądź zimnym rondem macać się po karku?

Błędnym wyborem jest też kapalin typu kredka. Co prawda jest on prosty w wykonaniu przez wygięcie blachy i zespawanie jej w odpowiedni sposób. Nawet wizualnie przedstawia się całkiem nieźle. O ile w przypadku tarcz czy broni bocznej w ikonografii należy z różnych powodów przebierać, mamy ogrom przedstawień kapalinów. Między innymi z tego względu ciężko przeprowadzić jakieś statystyki - przedstawień jest dużo ale na wielu z nich przedstawione jest wiele kapalinów naraz. Część z nich ciężko sklasyfikować jako konkretny typ. Jedno jest pewne - w całym tym zbiorze kredki to wybiórcze przypadki. Podobnie jak występowanie innych nietypowych cech u kapalinów: wizury, nosal itp. Kapaliny z 1 kawałka blachy dzielą się zasadniczo na 2 rodzaje ze względu na dzwony: kuliste i spiczaste i te formy winny dominować w środowisku rekonstrukcji historycznej. Czy to spawane - w tańszej wersji czy klepane na gorąco z 1 kawałka blachy (rzecz jasna - lepsze). Nitowanie nie zawsze jest dobrą alternatywą do spawania. Sprawdza się jeśli robimy starszy model kapalina, gdzie nitowanie blach występowało. W młodszych egzemplarzach, a przynajmniej na to wskazują zachowane zabytki, nitowania nawet między rondem a dzwonem - nie ma. Jest za to szereg otworów do wnitowania lub wszycia kosza. Jako że spawanie lepiej naśladuje to rozwiązanie - jest morfologicznie bardziej poprawne, ale nie możemy już o hełmie powiedzieć "tak był zrobiony, tak kiedyś robiło się hełmy".

Więcej kapalinów typu kredka widoczne jest w XV wieku, zarówno wśród zabytków jak i przedstawień. Około połowy XVw. pojawiają się kapaliny z grzebieniem, o konstrukcji zbliżonej do kredki. Z przełomu XIII i XIVw. jest jedno przedstawienie z Krems an der Donau, poza tym ta forma kapalina funkcjonowała na Rusi w XIII w.  w znacznie bardziej spiczastej formie. Trzeba też pamiętać że kształt dzwonu nie był jakąś nowością - niewiele różni się od pekilhube czy litewskiego hełmu z Kaisiadoriu. Jako ciekawostkę można też wspomnieć że umba o kształcie zbliżonym do kapalina-kredki kuto w Europie jeszcze na początku tej ery. Jednak ta forma kapalina została upowszechniona w źródłach dopiero w połowie wieku XV i trzeba się z tym liczyć. Tak jest, źródła bywają bezlitosne.

Jeśli już trzymać się koncepcji wykombinowania kapalina po minimalnych kosztach to chyba najkorzystniejszą opcją jest dospawanie ronda do hełmu normandzkiego. Nie, nie namawiam do spawania, oczywiście najlepszą opcją jest klepać kapalin z 1 kawałka blachy. Ale nie wszystkich na to stać. Dość często pojawiają się takie na allegro, często używane, często za śmieszne pieniądze. Kredki nie są do końca mrocznymi hełmami ale są zdecydowanie zbyt powszechne. To tak jakby dopuścić na grunwaldzie rękawice mediolańskie z połowy XV w. tzw. łychy - konstrukcja dwupalczasta (niem. Mitten) występowała co prawda wcześniej zarówno w rękawicach kolczych jak i skórzanych, cywilnych, ale sama forma na Grunwald jest naciągana. Jedno przedstawienie reguły nie tworzy, możliwe że to przedstawienie na swój sposób szydercze. To trochę tak jak z powszechnością spieszonych rycerzy - niby sprzęt mają oparty na źródłach, estetyczny i niekiedy godny uznania, ale brak im zasadniczego elementu definiującego ich nazwę - wierzchowca. Kredki też są ciekawe i proste w wykonaniu ale to jednak nie to o co chodzi w rekonstrukcji. Dotyczy to zwłaszcza kredek malowanych. Malowanych zwykle po to, by zakryć krzywy spaw.

Syndrom plemięcki. 
Andrzej Nadolski proponował kilka możliwych datowań dla wieży rycerskiej w Plemiętach. Spośród nich najbardziej prawidłowe wydaje się datowanie całego tego sortu na 1. połowę XIV wieku. Krótko mówiąc: bliżej Łokietka jak Jagiełły. Na Grunwald za stare, a wśród "kapaliniarzy" popularności im nie brakuje. Choć z drugiej strony do płatów spod Visby pasuje niemal idealnie. Nie wiem, może to ze względu na lokalność znaleziska? Że jest takie polskie? O ile dobrze orientuję się w geografii Plemięta leżą w Kulmerland, znany szerszemu gronu odbiorców jako Ziemia Chełmińska. A obszar ten znajdował się zarówno w czasach wojny głodowej 1414 jak i w 1. połowie XIV wieku w rękach Zakonu Krzyżackiego. To tak kwestią sprostowania.

Czas pokazuje, że z pewnej perspektywy błędem było udostępnienie w RR-owskim internecie zestawu wzorów kapalinów do wyboru. Chodziło o różnorodność, urozmaicenie tego co klepie się w warsztatach płatnerskich. Głębsze wkopanie się w stertę materiałów źródłowych pozwala dojść do kilku wniosków. Przede wszystkim rekonstrukcja stała się za bardzo liberalna i odbija się to zwłaszcza na wizerunku piechoty. Szeregowa piechota nie posiadała hełmów. Żołnierze korzystali z arsenału miejskiego. Tamże umieszczała je Rada miejska, zamawiając po kilka-kilkadziesiąt sztuk u jednego rzemieślnika. Wówczas bardziej możliwe, że wyglądały one jak z taśmy produkcyjnej (może z niewielkimi odchyleniami) jak urozmaicone: szeregowy1 w kredce, szeregowy2 - kapalin z nosalem, szeregowy3 - plemięta, szeregowy4 - znowu kredka. Może najprościej będzie powoli sprowadzać się do najbardziej oczywistych i nie-wyróżniających-się modeli w formie prostego kapelusza żelaznego?

wtorek, 8 maja 2012

Woda

Szkło za drogie, z butelką chowasz się po namiotach, a wodę w czymś nosić trzeba. Zwłaszcza podczas wypraw pieszych, kiedy wodę wiadrem przenieść nie sposób. O średniowiecznych substytutach butelki.

Odnośnie bukłaków z tykwy nasuwają się podejrzenia czy surowiec z którego je wykonywano występował w Europie w XIV wieku. Tykwa pochodzi z rodziny dyniowatych, co wskazywałoby na amerykańskie bądź afrykańskie pochodzenie. I słusznie, wywodzi się z afryki. Jednak uprawiano tykwę w Europie już we wczesnym średniowieczu, o czym świadczy zapis w poemacie Walahfrida Strabo, Niemieckiego mnicha żyjącego w 1. poł. IXw. Pozostaje kwestia czy stosowano je już wówczas jako bukłaki czy tej funkcji doczekały się z czasem. W swoim dziele wspomina że z tykw można robić różnego rodzaju naczynia. Tak więc znane było zastosowanie tykwy jako naczynia. Z pewnością tykwa znana była w basenie Morza Śródziemnego a jej użycie upowszechniło się wraz z epoką krucjat. Jednak jej wykorzystanie w północnych regionach Europy (dajmy na to na wyspach brytyjskich) mija się z historyczną poprawnością. Przede wszystkim ze względu na klimat. Nie można wszystkiego uzasadniać obecnością szlaków handlowych.

Bez wątpienia znane były bukłaki skórzane. Zarówno te sztywne jak i miękkie. Miękkie szyto z koziej skóry. Podobno koza nie poci się skórą, a językiem. Ale pewności nie mam, nie sprawdzałem. Twarde zaś, ze skóry bydlęcej. Grubość stosowanej do bukłaków skóry nie jest jednolita. Znane są bukłaki ze skóry cieńszej jak 1mm, ale nie przekraczają zwykle grubości 3mm. Ma to sens, bowiem grubsza skóra chłonie więcej wosku. A co za tym idzie - więcej waży.
Szperaczom gmerającym w źródłach zapewne nasunął się problem wzorów skórzanych bukłaków. Zasadniczo dzielą się na okrągłe i beczułki. Przedstawienia okrągłych widać tak w pełnym średniowieczu jak i w późnym, z beczułkami gorzej. Beczułki datuje się co najmniej od ostatniej dekady XIVw*. Pojawienie się beczułek nie oznacza jednak wyjęcia z użycia bukłaków okrągłych. Funkcjonowały jeszcze długi czas. Na XIV wiek, którym zajmuje się projekt - sugeruje się jednak okrągłe.

Bukłaki ceramiczne pozostawiły po sobie z oczywistych względów najwięcej znalezisk. Jest niewiele okazów szkliwionych od środka, większość najpewniej zabezpieczano woskowaniem na gorąco. Pod kątem wypraw pieszych mają ten niezastąpiony plus, że można w nich nosić napoje o woltażu wyższym od piwa. Naczynia flaszowate mogące pełnić rolę bukłaków znane są już w czasach rzymskich. Były znane we wczesnym średniowieczu. Najczęściej przybierają one formę 2 "zespawanych" ze sobą misek z wylewką z boku i 2 lub więcej uszkami do montażu kosza. Rzadko bukłaki ceramiczne mają formę wyżej wspomnianej beczułki, jednak była taka znana i fakt ten należy nadmienić.

Dopiero w XV wieku wchodzą w użycie manierki (to jest zdaje się lepsze określenie) wykonane z cyny. I ta forma metalowych naczyń na wodę okazała się najbardziej praktyczna - odporna na stłuczenia, względnie lekka, z możliwością napraw (lutowania pęknięć) - i pewnie dla tego jest używana po dziś dzień. Z tym wyjątkiem że zmieniło się tworzywo - z cyny na stal nierdzewną bądź aluminium.

Korki do bukłaków najłatwiej struga się z miękkiego drewna. Przy umieszczaniu go w szyjce bukłaka ruchem obrotowym wytoczenie kulki czy ostruganie obłej wystającej końcówki nie jest dobrym rozwiązaniem. Zestruganie walca w deskę ułatwi przekręcanie korka. Mało tego, jest potwierdzone w źródłach.

Warto poruszyć temat pojemności bukłaka. Zbyt małe bukłaki wymagają częstego uzupełniania. Zbyt duże montażu na pasku (żeby nie wbijał się w bark) a nie na sznurku/rzemieniu. Z moich przemyśleń najbardziej optymalną pojemnością jest 1-1,2l.
Trzeba przemyśleć też rozłożenie ciężaru. Bukłak to nie tylko naczynie, to też jego zawartość. To nie plastikowa butelka która nic nie kosztuje i wrzucona do plecaka wytrzyma wiele. Dlatego powinien być noszony na wierzchu, najsensowniej - pod pachą. Przy większych bukłakach wygodnie dla równowagi naprzeciw zawiesić broń boczną (o ile nosimy ją na pasie przez ramię).

O ile w różnych dziedzinach rekonstrukcji błędy pojawiają się bardzo często, o tyle w przypadku bukłaków jeśli już takowy jest, jest zrobiony co najmniej tak jak należy. Ot, takie pocieszne spostrzeżenie na koniec.

niedziela, 25 marca 2012

O świadomości rekonstrukcji

słowem wstępu, projekt nie umarł śmiercią naturalną, każdy potrzebuje czasem urlopu, nawet ja.

Ostatnio spotkałem się z teorią (jak mi się to nazwało) świadomości rekonstrukcji. Naszprycowaną przesadyzmem z serią twierdzeń "jak nie masz RT lnu uprawianego na naturalnym nawozie tylko na sztucznym to jesteś takim samym mrokiem jak przeciętny rymcerz w zbrojnikach z brzeszczotów". To jedna z tych przesadzonych teorii. Rekonstrukcja taka pojmowana jako rekonstrukcja muzealna, tj. odwzorowanie czegoś w pełni nie jest możliwe. Nie jest możliwe jeśli trzymamy się takich szczegółów jak skład chemiczny gliny do wypału cegieł czy zawartość celulozy w drewnie z którego robimy tarczę. Warto zaznaczyć o co tu chodzi i gdzie jest granica między rozsądkiem a szaleństwem (która - jak sprecyzował James Jones w swojej powieści - jest tylko cienką czerwoną linią).

Generalnie rekonstrukcja, jeśli trzymać się definicji (na interesującym nas obszarze kultury materialnej), jest odwzorowaniem danego przedmiotu, obiektu kultury materialnej który miał miejsce w rekonstruowanej rzeczywistości i jest odtwarzany wg naszej wiedzy i możliwości. Więc, jeśli nie mamy zbytnio wpływu na skład chemiczny gleby na której uprawiamy len do wytkania odzieży, nie jesteśmy w stanie otrzymać takiej rekonstrukcji, jak ją niektórzy pojmują. Jesteśmy za to w stanie zrekonstruować znane w epoce techniki rzemieślnicze, produkty ich działalności, obiekty militarne na podstawie znalezisk/przedstawień/źródeł pisanych. Zarówno na płaszczyźnie rekonstrukcji samych przedmiotów (dzbany, hełmy), jak i ich cech (np. kolor odzieży), statystyki (ilość hełmów w stosunku do innych elementów uzbrojenia na podstawie ewidencji z epoki). Nie jesteśmy w stanie zapewnić przeciętnemu rekonstruktorowi hełmu z żelaza włóknistego, ale możemy zadbać o to żeby reprezentował on konkretny wzór zgodny z datowaniem postaci. Możemy też zadbać o to żeby wzór ten wyglądał przyzwoicie, tj. miał cechy morfologiczne zachowanych oryginałów, a nie spawanych artefaktów teatralnych z czasów PRL-u. Na pewnym etapie rozwoju możemy zadbać o to żeby wyprodukowanie tego hełmu odbywało się bez ingerencji współczesnych narzędzi, np. spawarki - na gorąco, przy użyciu ręcznych narzędzi; kapaliny wyciągane z 1 kawałka stają się powszechne w Rosji, dlaczego my mamy śmigać w spawakach?

Wracając do dokładności rekonstrukcji. Nie każdego stać na opłacenie wytopu żelaza dymarskiego. Jeszcze mniej rekonstruktorów stać na przerobienie tego na konkretne produkty. I tak niejeden rekon rycerza z 2. połowy XIVw. nazwie mnie zapewne szaleńcem jeśli powiem mu że jest mrokiem, bo nie ma hełmu wykutego z żelaza włóknistego (wytapianego w innej temperaturze jak dymarskie, chodzi o warstwowość), a ubrania ma szyte z fabrycznie tkanej wełny; podobnie - fabrycznie farbowanej. Tymczasem w rekonstrukcji Okresu wpływów rzymskich nie jest dużym problemem zrobić pełną rekonstrukcję inwentarza postaci tak jak należałoby to zrobić z definicji - nóż, umbo i grot włóczni z żelaza włóknistego, tarcza z dartych desek, tunika i spodnie z ręcznie tkanej wełny, ceramika robiona zgodnie ze znaną danej kulturze technologią. Problem w tym że nie nazwę go mrokiem. Nie nazwę, pod warunkiem że dąży do tego żeby jego postać była zrobiona poprawnie, zgodnie z jego możliwościami finansowymi, a nie zamyka się na tym co zrobił (niekoniecznie poprawnie) i jaki to on nie jest zajebisty. Nie nazwę też, pod warunkiem że nie usprawiedliwia się głupio tym, że ma inne priorytety w rekonstrukcji [promowanie kultury rycerskiej(WTF?!), walka, teatrzyki, szeroko pojęta "dobra zabawa"]. Wiedza problemem nie jest - dość materiałów da się wykopać w sieci. Problemem jest lenistwo i olewactwo. Problemem jest też istnienie ciekawszych rozwiązań, o których pisałem wcześniej (walka piesza w przyłbicach, unikalne znaleziska i przedstawienia, szukanie źródeł do kupionego sprzętu a nie sprzętu do znalezionych źródeł).

Rozwodząc się dalej nad problemem pojmowania rekonstrukcji, wróćmy do teorii "świadomości rekonstrukcji". Niewykonalnym jest aby każda jednostka, tj. człowiek będący (brzydko mówiąc) członkiem danego stowarzyszenia/bractwa/drużyny/roty był świadomy tego co rekonstruuje, tj. sam gmerał w źródłach, dochodził dlaczego coś wyglądało/odbywało się tak a nie inaczej, czy też dokumentował to co robi. Tacy też są potrzebni. Żeby zobrazować dlaczego, wyobraźmy sobie sytuację ich zapadnięcia się pod ziemię, zniknięcia. Na imprezy rekonstruktorskie zjeżdżają się sami archeolodzy/historycy/konserwatorzy zabytków/historycy sztuki. I nie piję tu do konkretnych przedstawicieli tychże profesji. Wyobraźmy sobie sytuację przeciętnej rozmowy przy ognisku takich kolegów po fachu "tak właśnie powiedział prof katedry archeologii Uniwersytetu miasta X Krzesimir Iksiński na swoim wykładzie z dnia 01 stycznia 2009 r....". Takie imprezy byłyby zwyczajnie nudne. Oczywiście to tylko takie wyobrażenie sytuacji. Tym nie mniej faktem niepodważalnym jest że tacy "świadomi" nie dostarczają rekruta do rekonstrukcji. Szeregowych rekonów też nam potrzeba. Cała filozofia polega na tym, żeby z miejsca wykrzewić u nich mroczne zapędy, nakierunkować im start. Dalej powinno pójść jak seria z kałasza.

Podsumowując, nie można stwierdzić, że rekonstrukcja historyczna jako taka nie istnieje/jest niewykonalna. Jest osiągalna, a nawet jest w zasięgu możliwości przeciętnego rekonstruktora. Nie jest ona bowiem stanem idealnym odwzorowania minionej rzeczywistości, a samym procesem dążenia do niej. Stan źródeł zmienia się - co roku wykopuje się nowe znaleziska, pojawiają się nowe prace. Czy więc dana rekonstrukcja X zrobiona w roku 1999 (zakładając że wówczas była pojmowana za precyzyjną i dokładną) będzie rekonstrukcją równie idealną co rekonstrukcja tego samego obiektu Y zrobionego dekadę później? Nie będzie. Nie będzie bowiem zmienią się stan badań, podejście, etc.

sobota, 21 stycznia 2012

Nóż - narzędzie elementarne

Każdy świeży rekonstruktor po pierwszych imprezach bez noża szybko uświadomi sobie, że nóż to narzędzie podstawowe, elementarne i jego posiadanie jest bardzo ważne.

Grunt to dobrać narzędzie odpowiednich rozmiarów. Za mały nóż nadaje się co najwyżej do drobnych prac, jako scyzoryk. Za dużym nożem z kolei niemożliwe jest wykonywanie drobnych, precyzyjnych, "scyzorykowych" prac. Dlatego bardzo ważne jest dobranie odpowiedniego rozmiaru ostrza. Z punktu widzenia praktyki najbardziej uniwersalnym i najlepszym na początek jest nóż o długości ostrza 150mm i szerokości 25mm. Dlaczego akurat taki? Tego rozmiaru noże okopowe nosiła pruska piechota podczas pierwszej wojny światowej. To żadne źródło, ale ma tylko zobrazować jakich rozmiarów nóż nadaje się niemal do wszystkiego. O ile duże i nieporęczne bagnety nadawały się jedynie do osadzenia na karabinie i pchnięć, opcjonalnie do rąbania drewna, o tyle Grabendolch (bo tak się ów nóż nazywał) nadawał się zarówno do walki wręcz w okopach jak i jako podręczny nóż ogólnego użytku. Kończąc wywód spoza barier chronologicznych potwierdzę tylko że noże podobnych rozmiarów ostrza także występowały w średniowieczu. Nie jest tu przepisem ten konkretny rozmiar, to jedynie sugestia jaki rozmiar noża jest najbardziej praktyczny i jakim warto się sugerować przy zakupach.

Zasadniczo oprawy noży dzieli się na trzpieniowe i okładzinowe. Przyjęto uważać że trzpieniowe są wczesne, a okładzinowe - późne. Ma to pewne przełożenie na źródła, ale nie jest to dobra teoria, bowiem znaleziska noży okładzinowych we wczesnym występują (Sowinki), podobnie jak w późnym - trzpieniowych (Plemięta). Obydwa rozwiązania są poprawne.
Ciężko stwierdzić jaki odsetek noży w epoce miał rękojeści z rogu/kości. Myślę że niewielki - to też jeden z wielu błędów rekonstrukcji epoki średniowiecza w jego poszczególnych okresach. Ogromna ilość noży w oprawach rogowych, w dodatku (o losie) surowych, nieobrobionych, wędruje między rękami rekonstruktorów. A jest kilka znalezisk opraw rogowych z wczesnego, które można rekonstruować. Np. cały zestaw oprawek z Wolina i kilka z Kołobrzegu, z tym że są to oprawki jedynie początku rękojeści, pozostała część chwytu oprawiona była w drewno. Właśnie, w drewno. Najprawdopodobniej to właśnie w drewno były oprawione setki znalezisk prostych noży z okładzinami trzpieniowymi. Drewno w ziemi rozkładało się w przeciągu co najwyżej kilku lat. Żelazna część zachowała się w ziemi aż do odkopania przez archeologa, a dalej jest interpretowana przez jakiegoś kowala niezaznajomionego ze źródłami w surowy kawałek rogu znaleziony w lesie. Brakuje tylko pochwy ze skóry dzika.

Wśród znalezisk noży występują też rozmaite kształty sztychów. Niektóre zaokrąglone względem prostego tylca, niektóre symetrycznie zaokrąglone w sztych, inne z podwiniętym sztychem, jeszcze inne - tępo ścięte. Ile różnych znalezisk, tyle wzorów. Najbardziej praktyczny jest oczywiście nóż zaopatrzony w sztych.

Co się zaś tyczy zasadniczej części noża, była ona zgrzewana. Zgrzewano żelazny grzbiet ze stalową wgrzewką na krawędzi tnącej. Wgrzewka była z dobrej jakości stali, grzbiet z przeciętnego żelaza. Działo się tak ze względu na ceny stali - żelazo wytapiane powszechnie z rudy darniowej było relatywnie tanie, stal oszczędzano. Wgrzewki miały kilka zasadniczych kształtów - litera V, jednostronnie dogrzana ze skosa, warstwowy przekładaniec, klin, etc. Można rozmyślać nad tym że technologia w XIV wieku była na tyle rozwinięta że nie było problemem wykuć taki nóż w całości ze stali, bez zgrzewania. Jednak masa znalezisk mówi co innego. Najwyraźniej nie tylko o oszczędność stali tu chodziło.

Wiadome jest że nie sposób wytępić z rekonstrukcji wszystkie noże wycięte z resora od malucha czy wykute z pręta zbrojeniowego. A co dopiero noże kupione w ikei/na rynku z wymienioną rękojeścią. Tak, to jest nadal używane wśród tych, którzy nazywają samych siebie "rekonstruktorami". A co dopiero doprowadzić do tego z sezonu na sezon. Grunt to odpowiednie ukierunkowanie, obranie właściwego celu. Nie jest tu argumentem że nóż kuty ze zwykłej stali kosztuje 40zł a nóż zgrzewany 80. To nadal cena przystępna za posiadanie czegoś, co ma choćby znamiona zgodności z przedmiotami będącymi w użytku w odtwarzanej w epoce. I ową namiastką zgodności nie jest już samo kucie, a zgrzewanie. A wypasem nie mosiężne zdobienia i okuta, tłoczona pochwa, ale technologia wykonania. I tego celu się trzymajmy, przynajmniej w perspektywie na przyszłość.

sobota, 31 grudnia 2011

Co jeśli nie Bocksten?

Mija rok od kiedy funkcjonuje projekt Volk, w związku z tym chciałbym nawiązać do jednego z pierwszych artykułów, które pojawiły się na stronach bloga. Z tej okazji chciałbym także podziękować czytelnikom za śledzenie nowych wpisów, konstruktywne komentarze, które często wzbudzały we mnie dodatkowe pytania i motywowały do dopracowywania bieżących treści. Dzięki także za aktywne włączanie się do dyskusji nad odrycerzaniem polskiego ruchu rekonstruktorskiego. To już rok.

Kierowano do mnie pytania o odstępstwa do konstrukcji tuniki z Bocksten i inne przykłady tego typu odzieży z epoki. Przyszedł czas na odkopanie tematu.

Herjolfsnes №43

W literaturze angielskiej jakże dyplomatycznie ciuch ten określany jest kyrtle/cote/tunic/gown. Podobnie jak w przypadku metali kolorowych, wyspiarze mają problem z określeniem się co do brązu i mosiądzu definiując dyplomatycznie znaleziska "copper alloy" (stop miedzi). Ten sam problem mają i w tym przypadku. Żeby nie komplikować tematu przyjmijmy oczywistą nazwę - tunika z Herjolfsnes numer 43, w matematycznym skrócie "H43".


Tunika znaleziona została w osadzie Herjolfsnes na Grenlandii. Wydatowana jak większość tamtejszych ubiorów od połowy XIV do początku XV wieku.

Analizując wykrój rzuca się w oczy jedna rzecz. Główny pas tkaniny pokrywający korpus, różni się od Bockstenowskiej tuniki tym, że został frontalnie pionowo rozcięty na 2 pasy, między które od dołu wszyty został podwójny klin długości mniej więcej od pępka w dół. Zamiast klinów bocznych długości jednakowej z przednim i tylnym zostały wstawione długie kliny sięgające pach. Z obydwu stron podwójne. Razem mamy więc 8 klinów - 4 dłuższe - boczne i 4 krótsze - przednie i tylne. Rękaw kształtem zbliżony do trapezu, którego dolna podstawa uformowana jest w "falkę". Oryginalny rękaw nie zachował się zbyt dobrze, rysunek ciężko zinterpretować jednoznacznie. Ale można posłużyć się rękawem H42, rysunek jest o wiele bardziej klarowny.

Oryginał miał rozcięcie pod szyją. Jako że został znaleziony z kapturem, został zinterpretowany jako ubiór męski, ale rozcięcie można sobie darować - nam, panom nie potrzeba dobywać piersi do karmienia. Chyba że otwór na głowę chcemy zrobić tak mały i zbliżony do szyi że rozcięcie będzie konieczne. A to zmienia postać rzeczy. Ja osobiście jestem zwolennikiem otworów na głowę minimalnie większych od obwodu głowy. Rozcięcia wymagają zapinki, noszone bez zapinki rozciągają się. Najbardziej praktyczna jest okrągła dziura, jak w tunice z Bocksten. Nie z powodów ideologicznych, z czystej praktyki.

Ponownie apeluję o nie doszywanie podszewki do tuniki. W przypadku H43 także nie stwierdzono obecności podszewki. Tunika była jednowarstwowa.