sobota, 26 lutego 2011

de Phobiae olla fracta

"Ceramika, ceramika i jeszcze raz ceramika..."
                                znajomy archeolog o tym co wygrzebują z ziemi.
..
...dość dobrze obrazuje jakie utensylia kuchenne były używane w epoce. Dziś klarujemy temat naczyń w średniowieczu. Dlaczego glina, a nie coś innego?

Badania archeologiczne pokazują że przytłaczającą większość znajdowanej ceramiki stanowiła nielakierowana glina, wypalana głównie na czerwono bądź w atmosferze redukcyjnej. Znaleziska ceramiki nieemaliowanej stanowią niewielki jej odsetek - powodem jej wystawiania w muzeach i częstego pojawiania się w opracowaniach jest jej nietypowość, oryginalność w stosunku do ogółu; także wzory odciśnięte na emaliowanych naczyniach często bywają interesujące, co ten powód potęguje. Ekspozycje nie byłyby ciekawe, gdyby zawalić je tonami glinianych skorup bliżej nieokreślonego kształtu.

Szkło było bardzo drogie, w związku z czym znajdowało się jedynie na stołach arystokratów. Technologia wytopu szkła była znana w Europie środkowej jeszcze w czasach starożytnych, jednak wytapiano głównie paciorki szklane - znajdowane finezyjnie wykonane puchary to importy rzymskie bądź bizantyjskie. O z dawna już istniejącej hucie szkła w Szklarskiej Porębie na Śląsku mamy wzmiankę z 1366r w dokumencie księcia świdnicko-jaworskiego Bolka II. Szkło dobrze zachowuje się w ziemi, bowiem krzemionka (SiO2), która stanowi główny składnik szkła jest bardzo odporna na czynniki atmosferyczne i procesy biodegradacji zachodzące w glebie, co jest powodem dość dużej ilości zabytków naczyń szklanych.

Podobnie jak ze szkłem sprawy mają się z cyną. Konwisarstwo, tj. rzemiosło zajmujące się wyrobem naczyń cynowych, upowszechnia się dopiero w połowie XV wieku. Co prawda sporadycznie występuje wcześniej, np. w dworach krzyżackich, tzn. wśród elit. Podobnie naczynia miedziane czy mosiężne - koszta wytworzenia były wysokie, co skutecznie ograniczało ilość właścicieli takichże przedmiotów zbytku. Z praktycznego punktu widzenia - piwo z cynowego kufla o metalicznym posmaku to już nie to samo, do tego nie można pić z cyny gorących napojów - szybko się nagrzewa i szkodliwie wpływa na zdrowie. Do tego ciężko znaleźć wzory naczyń cynowych występujących w epoce, bowiem to co jest dostępne na rynku produkowane jest głównie na rynek myśliwski (wyobrażenia scen z polowań na kubkach z allegro, et cetera).

Zastanawia pytanie, czy naczynia drewniane były powszechne? - wydawać by się mogło że tak - drewno drogie jak nie było tak nie jest. I faktycznie, występowały. Liczne znaleziska potwierdzają wykonywanie z drewna łyżek. No i w zasadzie na tym koniec, bo toczonych misek znajduje się niewiele, a klepkowe jeszcze rzadziej. Na konstrukcji klepkowej opierały się raczej wiadra, cebrzyki i beczki, a klepkowe kufle do piwa to zdaje się wymysł XXI-wiecznych rekonstruktorów, podobnie jak ręcznie strugane miski, z etykietą bo były tańsze niż toczone (de facto znaleziska struganych nie potwierdzają, a toczone tak). Jeśli zostawić na zimę miskę w ciepłym miejscu - lubi się rozsychać i pękać. Poza tym gliniane miski są tańsze.

Na rynku całkiem niedawno pojawiły się naczynia z kamionki siegburskiej. Tworzywo to jest o tyle ciekawe, że wiąże się z Hanzą. Znaleziska naczyń kamionkowych występują w większości w miastach należących do Hanzy; w Polsce znane są fragmenty takich naczyń z Gdańska i Kołobrzegu. Były to naczynia importowane, nie produkowane lokalnie w przeciwieństwie do czerwonej gliny, co wiąże się z ich wyższą ceną. Jednak nie mogła to być cena na tyle wygórowana żeby ograniczać naczynia kamionkowe tylko dla elit. Myślę, że mógł sobie pozwolić na naczynie kamionkowe nawet niezbyt zamożny mieszczanin, jednak nadal lokalnie wypalana glina dominowała. Tak więc kamionkę można pozostawić jako ciekawostkę.

Z punktu widzenia gotowania ciekawy patent można podpatrzeć u wczesnośredniowiecznych kolegów-rekonstruktorów. Mianowicie zamiast wykładać gotówkę na trójnogi, kociołki i kremaliery niektórzy wkładają gliniany gar prosto w żar ogniska i w nim gotują. Glina równomierniej niż stal przewodzi ciepło, dzięki czemu mniejsze jest ryzyko przypalenia obiadu, łatwiej także utrzymać w czystości gliniany gar, nie wspomnę już o cenie, kilkakrotnie niższej. Jedyny minus - gliniany garnek może się stłuc. I ta właśnie fobia stłuczonego gara jest bolączką społeczną świata rekonstruktorskiego, którą trzeba leczyć. W transporcie ceramiki świetnie sprawdza się karton i styropianowa otulina; co prawda mroczne, ale działa. Tak czy inaczej - bilans cenowy wychodzi na plus dla ceramiki.

niedziela, 20 lutego 2011

O operatorach broni dystansowej

Mało kto zastanawia się nad problemem sensu bytu łuczników w rekonstrukcji późnośredniowiecznej. Łucznicy są, bo ktoś musi strzelać pacynkami żeby było zabawnie, a posiadanie kuszy jest nielegalne. Teoretycznie posiadanie miecza także podeszło już pod paragraf. Dziś słowo o kusznikach, łucznikach i strzelcach w 2. połowie XIV stulecia.

Biorąc pod uwagę wojnę Korony i Litwy z Zakonem, a w szczególności konflikt z 1. dekady XV wieku należy zwrócić uwagę na małą popularność łuczników w tym okresie i regionie Europy. Łucznicy byli bardzo powszechni wśród Anglików, ale wiązało się to z angielską tradycją łuczniczą. Stąd pełno ich przedstawień w zachodnioeuropejskiej ikonografii, np. w Wielkiej Kronice Francuskiej. Łuk jako broń był używany także wśród Tatarów, ale byli oni łucznikami konnymi. W Europie środkowej został wyparty przez kuszę. Droższą, ale bardziej skuteczną. Kusza w przeciwieństwie do łuku była w stanie przebić pancerz płytowy. Łucznicy wymagali długotrwałego szkolenia, w przeciwieństwie do kuszników, którym w zasadzie wystarczyło pokazać jak napinać cięciwę, założyć bełt i oddać strzał. Ze spisów zbrojowni miast śląskich wynika że łuk nie był używany, za to często w spisach pojawiają się kusze. Podobnie ze źródeł pisanych dotyczących Korony nie mamy przesłanek o używaniu łuku jako broni bojowej, za to jest potwierdzony jako broń myśliwska. Zastanawia mnie jaki jest powód tak dużej popularności łuku w okołogrunwaldzkiej rekonstrukcji; bo zdaje się - zakrawa to o fantasy. Oczywiście mogła przybłąkać się wśród wojsk krzyżackich jakaś grupka sagittarii Anglorum w służbie Zakonu, ale to tylko domysły. Jestem niemal pewien że nie był to duży oddział, jeśli w ogóle był. Zjawisko robinhoodyzmu boli, bo oparte jest na filmach o tematyce historycznej (np. Krzyżacy) a nie na źródłach. No ale dla mas elfickich jakaś rozrywka też być musi, no nie?

Operatorzy broni dystansowej innej niż kusza stanowili mniej niż dziesiątą część wszystkich operatorów broni dystansowej wśród piechoty w tym okresie. I nie jest tu tłumaczeniem że łuk miał większą szybkostrzelność teoretyczną (mam tu na myśli bitwę pod Crecy, a tam byli w/w Anglicy). Najzwyczajniej w świecie łuk nie ma wystarczającego potwierdzenia źródłowego i powinien jak najprędzej wyjść z użycia. Łuki używane na imprezach mają niewielki naciąg, pozwalający na używanie ich na inscenizacjach. Najczęściej waha się w przedziale 10-15kg. Oczywiście kusze wprowadzane do inscenizacji nie powinny mieć naciągu takiego jak ich historyczne odpowieniki (np. 140kg), bowiem nie mają służyć jako narzędzia do usuwania na odległość niedopancerzonych pieszych blacharzy, a rekonstruktorski odpowiednik kusz pozwalający na ich bezpieczny udział w inscenizacji. Także ów "zabawkowy" naciąg nie powinien budzić obaw u stróży prawa, bowiem inny temat do rozmowy będzie stanowiła kusza o przeznaczeniu kłusowniczym, przebijająca blaszany garaż na wylot, a inny kusza która wyrzuci bełt na zaledwie 20 metrów do przodu. Warto zaznaczyć że łuczyska metalowe weszły do użycia dopiero w XV wieku. Wcześniej używano kusz z łuczyskiem kompozytowym - z rogu, drewna i ścięgien; w XII-XIII w były jeszcze w użyciu prymitywne łuczyska drewniane. Łuczyska kompozytowe były w XV wieku używane równolegle z metalowymi i w Europie Centralnej były przeważające liczebnie.

Zastanawiać może (wobec w/w argumentów przeciw łucznikom) czy poprawnym rozwiązaniem będzie hakownica/piszczel. Niestety, także ze względu na małe rozpowszechnienie tej broni w okresie okołogrunwaldzkim trzeba sobie darować funkcję strzelca, przynajmniej w polu. Broń palna dopiero wchodziła do użycia i była używana do oblężeń, dopiero później w polu. I tak hakownic używano na murach, gdzie można było zahaczyć ją o krawędź muru i oddać strzał, zaś artylerii do burzenia murów. Trochę inaczej jest z piszczelami, które - w przeciwieństwie do hakownic - mogły być używane zarówno z murów jak i w polu. Pierwsza wzmianka dotycząca użycia broni palnej (pixide) znajduje się w kronice Janka z Czarnkowa (1383), który tak opisuje to wydarzenie:
Zdarzyło się, przedtem nim miasto zostało oddane ziemianom, że pewien rzemieślnik Bartosza wyrzucił z powietrznej piszczeli kamień do bramy miejskiej, który, przebiwszy dwa jej zamknięcia, uderzył w przyglądającego się temu, a stojącego na ulicy miasta po drugiej stronie bramy, plebana z Biechowa, Mikołaja, z tak wielką siłą, iż od tego uderzenia padł on i natychmiast wyzionął ducha.
Nie mniej do końca średniowiecza (1453) broń palna jest mało powszechna, szerzej używana w Europie w zasadzie tylko przez Husytów. Większą popularność zyskuje dopiero w 2. połowie XV wieku i później.

Mimo teoretycznego braku możliwości posiadania kuszy jest ona w użyciu. Jak widać - można.

Wniosek - nie rób z Grunwaldu wioski indian, porzuć łuk.

niedziela, 13 lutego 2011

Czy tylko naalbinding? Tekstylne rozważania, cz.III

Od kilku sezonów popularne na rynku są wyroby naalbindingowe, tj. wykonane metodą ściegu igłowego (norw. nål-igła). Traktowane są jako jedynie poprawne i historyczne ze względu na wysoką cenę (biorąc pod uwagę zasadę że jak coś jest drogie to musi być "mega historyczne"). Dziś wpis w rodzaju MythBusters - czy tylko naalbinding?

Naalbinding jest najstarszą metodą wykonywania dzianiny znaną człowiekowi. Historia naalbindingu sięga neolitu. Ścieg igłowy zachował się do dziś w krajach skandynawskich jako rzemiosło ludowe, stąd znamy technikę jego wytwarzania. Są zachowane skarpety, rękawice itp. z wszystkich kolejnych epok aż po czasy współczesne.

Szydełko było znane Słowianom, co ciekawe - to lokalny wynalazek, przynajmniej w początkowej fazie istnienia. W Polsce znaleziska szydełek datuje się od X wieku, ale nie znaleziono żadnych wyrobów robionych na szydełku pochodzących ze średniowiecza. Wniosek - szydełka w średniowieczu były, ale nie ma podstaw żeby używać ich do dziergania. Mogły służyć do innych celów, np. naprawiania sieci rybackich. Wiadomo, że w Europie zachodniej szydełkowanie rozpowszechniło się dopiero w XIX wieku. U Słowian znaleziska igieł kościanych występują tak jak w całej Europie, a naalbinding jest dodatkowo potwierdzony znaleziskami tekstylnych produktów. Ścieg igłowy jest więc pewny, ale szydełkowanie wątpliwe.

Na drutach wytwarzano wyroby dziane już od XII wieku. Tą techniką są wykonane jedwabne rękawice liturgiczne biskupa Ottona II z końca XII wieku. (dlaczego akurat one się zachowały - można się domyślić) Fakt że łatwiej i szybciej można było zrobić coś na drutach niż igłą przemawia za tym że ta technika była znana wśród ludu, na pewno obok znanego od tysiącleci naalbindingu, jako swojego rodzaju nowinka techniczna. Najstarsze źródła ikonograficzne potwierdzające zastosowanie drutów przy produkcji dzianiny pochodzą z przełomu XIV i XV wieku.
Naalbinding to rzemiosło ludowe charakterystyczne dla Skandynawii, znany był tam jeszcze w czasach pradawnych i powszechny był do XX wieku. Jako taki trafił na rynek rekonstruktorski - rozpowszechnił się wśród rekonstruktorów wczesnośredniowiecznych i szybko infiltrował na sąsiednie epoki. Badania pokazują, że są ku temu podstawy. Wśród rozważań dzierganioznawców na Freha pojawiła się teoria iż część splotów igłowych jest podobna do szydełkowych, a nawet robionych na drutach - to prawda, ale z wyglądu - układają się w linie. Jak to stwierdziła znajoma, która opanowała wszystkie 3 sztuki dzierganioznawstwa (igłę, szydełko i druty) - w przypadku drutów możliwe jest sprucie splotu przez pociągnięcie 1 nici, co w naalbindingu jest niewykonalne - wyroby igłowe są bardziej szyte, niż dziane.

Tak więc naalbinding nie jest jedyną poprawną technologią dziania. Jest poprawny i najbardziej powszechny - a potwierdzają to znaleziska, także późnośredniowieczne. Poprawne, choć mniej powszechne były też wyroby dziane na drutach, co ciekawe - poprawne w przeciwieństwie do szydełka, które jako samo narzędzie nie stanowi podstawy do tego konkretnego zastosowania: równie dobrze szydełkiem można było podłubać w zębach. Niestety, ale to tak samo poprawna hipoteza :)

Odsyłam na koniec do artykułu Ingvara, który podaje dokumentację i trochę zdjęć zachowanych elementów odzieży wykonanej ściegiem igłowym.

środa, 9 lutego 2011

Kosze wiklinowe

Do XIX wieku nie znano w europie powszechnie występującej w sklepach i na wiejskich targach amerykanki (Salix americana), która wyparła z powszechnego użycia wiklinę rodzimą. Głównymi powodami były możliwość maszynowej obróbki amerykanki oraz długie pędy o zrównoważonej średnicy. Amerykanka jest ponadto łatwiejsza w obróbce niż wiklina rodzima. Dziś w sklepach rzadko spotyka się wiklinę nieokorowaną, a zazwyczaj jeśli już jest nieokorowana to należy do gatunku salix americana. A tym samym nie jest materiałem do rekonstrukcji średniowiecznej.

Wiklina może być rozwiązaniem problemów fanów burżujskich barw, którzy przeważnie noszą się w niebieskich i czerwonych wełnach. Rdzennie europejska wiklina występowała i występuje w różnych kolorach kory: zielonym, czerwonym, żółtym, brązowym, fioletowym, purpurowym, a nawet niebieskim. Do dziś można znaleźć w terenie dziko rosnącą wierzbę w tychże kolorach. Nie jest zasadą że kosz ma być brązowy i basta.



Jak wiadomo z ikonografii i znalezisk - znane były różne rodzaje splotów. Najbezpieczniejsze i najbardziej powszechne są te najprostsze. Trochę źródeł:



Wiklina powinna w RR znaleźć szersze zastosowanie głównie w postaci koszy. W ikonografii widać także przedstawienia potwierdzające zastosowanie wikliny do produkcji plecaków wiklinowych. Dziś dość powszechnym meblem do przechowywania klamotów są drewniane skrzynie z żelaznymi okuciami. Poprawne, ale ich ilość ogranicza wysoka cena. Dlaczego więc nie kosz wiklinowy? Jest przecież o wiele tańszy od skrzyni, proporcja ceny przedstawia się średnio jak 1:10, i prawda - nie jest wodoodporny, ale skrzynia też przecież nie posiada takich właściwości. A zawsze lepiej przechowywać sprzęt w koszu niż w torbie podróżnej schowanej w namiocie.

niedziela, 30 stycznia 2011

O rekonstrukcji statystycznej...

...czyli o tym, czego jeszcze nie było. Mało kto, albo nawet nikt nie zastanawiał się dotychczas nad dość ważnym aspektem rekonstrukcji jakim jest statystyka. Gdyby przyjrzeć się rekonstruktorom na każdej imprezie turniejowej lub inscenizacyjnej, od razu rzuca się w oczy, że większość ludzi to wielmoże. Historycznie wielmoże byli odsetkiem zasadniczo nie przekraczającym 10-20% społeczeństwa. Problem omówię przekrojowo, od początków naszej ery.

W pierwszych wiekach n.e. na ziemiach Polskich dominowały terytorialnie 2 kultury: Przeworska, zajmująca obszary po zachodniej stronie Wisły z wyjątkiem Pomorza i Wielbarska, obejmująca znaczną część Pomorza i tereny na wschód od Wisły. Kultura Wielbarska miała to do siebie, że kojarzeni z nią Goci nie zwykli chować do grobów broni, ani nawet przedmiotów żelaznych, dlatego pominę ją w rozważaniach. Zupełnie odwrotnie sprawa przedstawia się w Przeworskiej, gdzie do grobów wkładano całe arsenały. Z analizy statystycznej pochówków wojowników kult. Przeworskiej można wyciągnąć bardzo prosty wniosek: miecz (spatha) lub seax (długi nóż) znajdował się w co dziesiątym grobie. W pozostałych grobach znajdowały się włócznie. Warto jeszcze nadmienić, że w zasadzie we wszystkich przypadkach grobów z bronią mieczową znajdowano w grobach wędzidła, elementy uprzęży, ostrogi lub nawet szkielet konia. Schematycznie można podsumować to w ten sposób: 10% wojowników to elita, pozostałe 90% - Volk.

Przechodząc do epoki następującej po burzliwym - jeśli chodzi o zmiany kulturowe - okresie wędrówek ludów, tj. wczesnego średniowiecza, można dostrzec zmianę doboru broni. Przytoczę tu wyniki badań z terenów Pomorza i Połabia. Odsetek mieczów to niecałe 20%, toporów 30%. Resztę stanowiły włócznie. Można więc przyjąć że we wczesnym średniowieczu wyższy stan społeczny, tzn. drużynnicy (z których wyewoluowało późniejsze rycerstwo) stanowił do 20% społeczeństwa, jednak ze względu na specyficzny obszar badań proponuję przyjąć margines błędu dla tego odsetku, ze względu na częste wizyty Wikingów na tych terenach i intensywnie prowadzone walki. Wracamy więc do ok dziesięcio-piętnastoprocentowego odsetku protorycerstwa.

Nie mamy precyzyjnych danych które pozwalałyby na określenie jak duży odsetek stanowił Volk w czasach między XIII a XV wiekiem. Przyczyną może być brak odkrytych współcześnie cmentarzysk (jak w przypadku w/w kultur germańskich), chowanie bogatej części rycerstwa w kościołach (część z nich zburzona podczas późniejszych wojen). O ile możliwe jest określenie szacunkowej liczby rycerstwa z konkretnych ziem np. pod Grunwaldem, o tyle Volk pozostaje do końca nierozwiązaną zagadką. Jednak rozważając zależności feudalne, np. ilu ludzi pracowało dla jednego rycerza - pana feudalnego, można sobie tę proporcję mniej więcej wyobrazić. Załóżmy że dla danego feudała mającego w posiadaniu 3 wsi jako formę podatku składano zboże, len, wełnę, skóry, żelazo itd. Trzeba uświadomić sobie ilu ludzi musiało pracować, aby ten miał za co kupić pancerz, broń, konia itd. Do tego doliczmy część ludności sprawującej służbę u feudała jako formę podatku. Wszystko wzięte razem (optymistycznie kalkulując) daje nam wynik, że rycerstwo stanowiło do 5% ludności, co potwierdzałby fakt kosztowności sprzętu jakim był metalowy pancerz.

Podejście do rekonstrukcji statystycznej nie powinno opierać się jedynie na odtwarzanej postaci. To także dobór poszczególnych elementów sprzętu. Na przykład przy doborze hełmu nie powinniśmy się sugerować tym że znaleźliśmy jakieś ciekawe, wyjątkowe źródło i je rekonstruujemy, bowiem RR nie zajmuje się rekonstrukcją wyjątków a ogółu. Nie wolno też popadać w odwrotną skrajność, przykładowo: łebka z zasłoną występuje w ikonografii najczęściej i jest jedynym poprawnym hełmem dla okresu II połowy XIV wieku. Kapaliny także były dość powszechne i stanowią duży odsetek materiału źródłowego. Trzeba w tym wypadku sugerować się po części intuicją; jeśli spodobał się jakiś hełm, szukamy do niego analogicznych, podobnych. Jeśli występuje dość powszechnie, stanowi podstawę do rekonstrukcji. Jeśli to wyjątek - prawdopodobnie jest to błąd miniaturzysty, albo błąd w interpretacji.

Oczywiście wprowadzenie w życie ściśle poprawnej proporcji elit do Volku nie jest realne. Za dużo ludzi chce walczyć mieczem, zarówno w późnym jak i wczesnym średniowieczu. Nie mniej do takiej proporcji wszyscy powinni dążyć. Czynnikiem ograniczającym na imprezach może być zapotrzebowanie na walczących konkretnej profesji na imprezach, tzn. wprowadzenie miejsc (mandatów) na polu bitwy. Mam tu na myśli np. 60 miejsc dla lekkiej i 30 miejsc dla ciężkiej piechoty, 20 miejsc dla konnych. Do bitwy dopuszczani są najlepiej wyposażeni, wówczas mroczny sprzęt zostałby wyeliminowany drogą naturalnej selekcji.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Dobór kolorów stroju. Wełna. Tekstylne rozważania, cz.II

Przy doborze materiałów do szycia strojów nie powinno się kierować tylko i wyłącznie ikonografią. Jak wcześniej wspomniałem, innych barwników używali miniaturzyści do malowania miniatur, a innych farbiarze do barwienia tkanin. Dobrą podstawą do doboru kolorów tkanin lub ich barwienia jest archeologia eksperymentalna, która pokazuje jakie barwy tkanin były do uzyskania metodami znanymi w średniowieczu. Dziś na temat farbiarstwa - na gruncie wełnianym, wełna bowiem była najbardziej powszechnym materiałem tekstylnym tej epoki.

Wiadomo nam z archeologii eksperymentalnej że niektóre odcienie niebieskiego i czerwieni są do uzyskania przy pomocy marzanny barwierskiej i urzetu (alizaryny/indygotyny). Co do koloru niebieskiego wiadomo że Celtowie malowali ciała wyciągiem z urzetu. Jednak między starożytnymi Celtami a XIV-wiecznymi Europejczykami nie ma ciągłości kulturowej, co nie pozwala na uzasadnione używanie tego barwnika. W epoce wielkich odkryć geograficznych Europejczycy poznali indygowiec, ale w XIV-wiecznej Europie nie był on znany. Nie ulega za to wątpliwości że bardzo powszechne były wszelkie odcienie brązów i szarości. Koloru brązowego jest wiele zachowanych elementów odzieży ze średniowiecza. Niektóre z nich to: tunika, nogawice i płaszcz z Bocksten, tunika Franciszka z Asyżu, znaleziska odzieży z Herjolfsnes. Kolor ten dość często występuje w ikonografii, co ciekawe - także u rycerstwa, podobnie z resztą jak szarość. W archeologii eksperymentalnej jednym z najbardziej popularnych nośników barwnika brązowego jest kora dębowa, niewątpliwie występująca w średniowieczu, podobnie jak łupiny cebuli czy łupiny orzecha włoskiego. Czy stosowano je wówczas jako barwnik – nie wiadomo. Na pewno nie nastręczały większych trudności przy pozyskiwaniu jak zbieranie czerwców czy preparowanie barwnika z marzanny barwierskiej czy urzetu. Należy też pamiętać że farbowanie nie jest obowiązkowym etapem produkcji tekstylnej, a po średniowiecznej Europie nie biegały jedynie białe owce. Wręcz przeciwnie - znacznie częściej można było spotkać owce prymitywnych ras, niekoniecznie białego umaszczenia.

W związku z powyższym, proponuję prosty podział kolorów wełny na 3 grupy wg poziomu trudności uzyskania barwnika:

A - kolory naturalne wełny, tzn. takie, które nie potrzebują barwienia: brąz, ecry, szary, czarny
B - kolory wymagające barwienia, ale przy użyciu powszechnie dostępnych barwników, np. jasne zielenie, fioletowy, malinowy, beż, róż.
C - kolory wymagające trudnych do przygotowania barwników: niebieski, czerwony, granat, purpura.

Podział ten powinien ułatwić dobór kolorów stroju wg stanu majątkowego odtwarzanej postaci. Grupa A stanowi kolory dostępne dla wszystkich. Grupa B dla bogatszych mieszczan, pocztowych, sołtysów, zaś grupa C dla elit: biskupów, królów, książąt, rajców, bogatego rycerstwa, kupców. Żelaznej zasady nie ma: jest np. wzmianka o chłopie który sprawił sobie jedwabną szatę i został z niej okradziony, nie mniej w/w podział jest próbą ujęcia tego, jak kolorystyka odzieży wyglądała ogółem. Nie jest dużym błędem sprawić sobie czapkę w kolorze z gr. B będąc czeladnikiem, nie mniej warto dobierać tańsze kolory wełny do dużych powierzchniowo elementów ubioru. I tak dla Volku tuniki i płaszcze powinny być z kolorów grupy A, zaś nogawice czy czapki mogą zdarzać się w kolorach z grupy B, co jednak nie wyklucza szarych kapturów czy brązowych nogawic.

czwartek, 20 stycznia 2011

Dlaczego szary len? Tekstylne rozważania, cz.I

Zjawisko szycia odzieży z szarego lnu jest w RR bardzo rzadkie. Wszyscy w zasadzie noszą białe lny bielone chemicznie przy użyciu chloru, albo lny barwione, często na ciemne kolory. Obydwa rozwiązania są błędne, choć biały len - zdawałoby się - potwierdza ikonografia. Trzeba wziąć pod uwagę, że miniaturzyści używali innych barwników niż farbiarze i tak naprawdę rzadko kolory na obrazach z epoki odzwierciedlają kolory ubrań takimi, jakie były naprawdę. Dlatego właśnie źródła ikonograficzne nie są dobrą podstawą do doboru kolorów stroju. Temat jest warty przemyśleń - kolory ubrań rzucają się w oczy o wiele bardziej niż buty nie szyte na wywrotkę czy klamra do pasa o za późnym/za wczesnym datowaniu.

Naturalny, słomianoszary kolor lnu bywa sporadycznie wyśmiewany jako "kolor ziemniaczka", co jest jednym z uzasadnień dla powszechnie dostępnego bielonego chemicznie lnu i wytłumaczeniem jego potencjalnej poprawności historycznej. Trudno o bardziej błędne przekonanie. Jestem w posiadaniu ręcznie tkanego lnu, bielonego na słońcu, ługowanego. Jego kolor odbiega w znacznym stopniu od tego który ma w ofercie większość kramów z tkaninami. Jakby przyjrzeć się z bliska, na wierzchu jest bardzo-blado-szary, zaś między włóknami zachowuje naturalny, może trochę wyblakły kolor. Tak więc z pewnością śnieżnobiały len nie był możliwy do uzyskania przez średniowiecznych tkaczy. Kolor lnu bielonego metodami chałupniczymi jest bliższy naturalnemu (szaremu); szary len bielił się samoczynnie podczas użytkowania, np. podczas pracy w polu. Poniżej zdjęcie porównawcze: na górze po lewej ręcznie tkany len bielony na słońcu, na górze po prawej koszula po 2 sezonach użytkowania, na dole po prawej świeży szary len nie wystawiony na działanie ostrego słońca i po lewej na dole len bielony chemicznie.


Jak widać bielenie lnu historycznie nie dawało takiego efektu wybielenia jak biały len dostępny na rynku. Za wyjściowy należy przyjmować kolor, jaki ma len na początku produkcji. Dopiero taki len zmienia kolor pod wpływem kolejnych procesów wybielania. Śnieżnobiały len to mrok; dowody mówią same za siebie. Zwraca uwagę jak bardzo zmienia się kolor pod wpływem ekspozycji na słońcu. Poza tym, len tkany ręcznie składał się z różnych włókien, które miały niejednolitą podatność na bielenie. Nie jest to regułą, ale wśród ręcznie tkanych lnów można często zauważyć pasy o nieregularnym wybieleniu.

Z punktu widzenia miniaturzysty, który malował chłopów pracujących w polu, czy piekarza w koszuli i gaciach (Tacuinum Sanitatis) można przyjąć za pewnik że nie zastanawiał się szczególnie nad kolorem który maluje (zaś rekonstruktor jak najbardziej - powinien). Słomianoszary len przy słonecznej pogodzie jest jasny (a więc w rozumieniu człowieka średniowiecza "biały"), podobnie jak ciemnoszary czy ciemnobrązowy jest nazywany "czarnym". Miniaturzyści mieli na celu utworzenie pięknej, kolorowej księgi dla możnego, który ją zamawiał. Także ilość barwnika, np. niebieskiego do namalowania kilku elementów na stronę nie była tak duża jak ilość barwnika potrzebnego do sporządzenia wywaru do barwienia tkaniny. Jako ciekawostkę podam fakt, że wikingowie nazywali rdzennych mieszkańców Afryki "blå man", co znaczy "niebieski człowiek". Tak więc zarówno źródła ikonograficzne jak i pisane nie są źródłami właściwymi w przypadku doboru barw stroju, żeby nie powiedzieć "bezużytecznymi".

Barwienia lnu w ogóle źródła nie wykluczają. Zachowała się miniatura podpisana "sklep z lnem" na której widać wyraźnie barwione materiały na ladzie. Warto wiedzieć, że w epoce przedindustrialnej, kiedy barwiono materiały naturalnymi barwnikami, niemożliwe były do uzyskania ciemne kolory lnu. Len słabiej niż wełna i jedwab chłonie barwniki, czego skutkiem są jedynie wyblakłe, pastelowe, mało intensywne kolory. Stąd wniosek jest taki: farbiarstwo lnu było mało popularne, farbowano głównie wełnę i jedwab, ponieważ te włókna miały większy potencjał chłonięcia barwnika. Zwłaszcza jedwab, na którym kolory wychodzą naprawdę żywe i intensywne. Poza tym - po co ktoś miałby barwić bieliznę, która i tak jest pod spodem i z reguły jej nie widać? Jeśli odzież była barwiona, to była to odzież wierzchnia - wówczas było widać farbowany materiał w odmiennym od naturalnych kolorze.

Znaczna część RR nie zastanawia się nad kolorami, dobierając najzwyczajniej w świecie te, które się spodobają. Kupują flausze czy polary - to co znajdą w sklepie z tkaninami za rogiem, kupują używany dublet od kumpla, któremu znudziła się zabawa w "rycerzenie", czy też łapią okazje na allegro i cieszą się, że tanio kupili strój. Żeby było zabawnie - powiem że można jeszcze taniej, ale poprawnie. Wymaga to jedynie minimalnych zdolności manualnych potrzebnych do szycia dwufastrygą i ściegiem okrętkowym, oraz lektury odpowiednich pozycji, lub niniejszego bloga, który jest ich swojego rodzaju streszczeniem.