piątek, 30 listopada 2012

Ogłoszenie parafialne №1

Pojawiły się ostatnio słuchy i plotki, zatem aby rozjaśnić jak sprawy wyglądają, oficjalnie pragniemy obwieścić że Projekt przybrał formę organizacji. Zrzeszamy rekonstruktorów z całego kraju.


M  A  N  I  F  E  S  T

Na mocy Art. 58 konstytucji RP gwarantującego wolność zrzeszania się obwieszczamy, że z dniem 30 XI 2012 Projekt Volk, decyzją zarządu z dn. 15 VII 2012 przekształcił się w organizację rekonstrukcji historycznej, i funkcjonuje z dniem dzisiejszym jako zrzeszenie.

Organizacja powstała z powodu pomijania rekonstrukcji postaci niezamożnych i zbyt częstego wybierania rekonstrukcji elit społecznych mimo braku podstaw materialnych do takiej rekonstrukcji. Społeczeństwo średniowieczne nie składało się z rycerzy i księżniczek. Powstała ogromna luka którą wypełniają nieliczni. Projekt Volk stawia sobie za cel tę lukę wypełnić.

Ogłasza się również, że rekrutacja do Projektu została otwarta. Nie ograniczamy się czasowo do rekonstruktorów konkretnej epoki (XIV w), zapraszamy również rekonstruktorów 1. poł. XV w., pełnego i wczesnego średniowiecza. W myśl hasła "Als Adam grub und Eva span, wo war denn da der Edelmann?" warunkiem jest rekonstrukcja przeciętnych obywateli średniowiecznego społeczeństwa, bez inklinacji do rekonstrukcji postaci zamożnych. Zależy nam przede wszystkim na osobach doświadczonych, które wiedzą dlaczego nie rekonstruują spieszonych rycerzy i mają utarty kierunek rozwoju w obrębie społeczności rekonstruktorskiej. Tym nie mniej nie zamykamy się na osoby zupełnie nowe.

Po krótce o założeniach:

* Zajmujemy się rekonstrukcją przeciętnych przedstawicieli społeczeństwa średniowiecznego. Elity zawsze stanowiły niewielki odsetek społeczeństwa, my odtwarzamy normalnych ludzi.

* Stawiamy na historyczność i autentyczność w tym co robimy, nie akceptujemy ustępstw wobec historycznej poprawności. Maszynowo szyte ciuszki, nawet jeśli są ładne, nie mogą równać się z ręcznie szytymi. Ponadto cenimy własny wkład pracy zamiast kupowania wszystkiego w postaci gotowej.

* Zrzeszamy rekonstruktorów z całej Polski, zarówno tych z kilkuletnim stażem jak i zupełnie świeżych.

* Projekt ma charakter ponadbractwowy; nie ma konieczności opuszczania dotychczasowego lokalnego bractwa/drużyny/stowarzyszenia (chyba że tak stanowi jego statut). Zapraszamy także osoby indywidualne, niezrzeszone w żadnych bractwach.

* Główny nacisk stawiamy na rekonstrukcję kultury materialnej, a nie walki, zatem wszelkie treningi pozostawiamy w gestii rekruta, także ze względu na ogólnopolski zasięg terytorialny Projektu. Jednak na płaszczyźnie walki stawiamy na walkę kontaktową a nie smarowanie się tyczką o tyczkę. Hełmy i halabardy nie służą do kolekcjonowania tylko do walki. 

zgłoszenia i pytania kierować na mail: projektvolk@gmail.com

z nierycerskim pozdrowieniem,
Ojciec Założyciel.

środa, 24 października 2012

Zwiad, 19-21 X 2012

Sprawozdanie z imprezy. Jak było powiedziane na początku, Projekt stawia na imprezy niekomercyjne, z wysokim poziomem poprawności historycznej. Minioną wyprawę można z powodzeniem okrzyknąć pierwszą imprezą pod banderą PV.

Zjechaliśmy się do Owidza w piątek wieczorem, 19 X 2012. Nocowaliśmy na grodzie, wyruszyliśmy w sobotę 20 X z grodu Owidz. W założeniu mieliśmy zrobić trasę łącznie 33km, z czego w sobotę zrobiliśmy 18km, w niedzielę zaś - 15. Wyprawa w składzie Ja, Kaspian, Mateusz, Tybald.

Mapkę naszkicowałem w oparciu o zdjęcie satelitarne, ale nie wyszła zbyt dokładnie co też było zamierzone i w efekcie na szlaku czasami przychodziło nam kluczyć. W epoce nie mieli google maps, ale o coś trasę oprzeć wypadało... Szliśmy głównie polnymi i leśnymi drogami, czasami przez pola i łąki, fragmentami na przełaj przez las; niestety asfaltu uniknąć się nie dało.

Jako prowiant zastosowaliśmy suszoną kiełbasę, jajka na twardo, chleb żytni i razowy, sery wędzone, żurawinę suszoną, wodę z winem.

Nocleg w terenie nastręczył nam nieco problemów związanych z obecnością dzików. W niedzielę rano ślady dzików w ziemi widać było już jakieś 40m od obozu. Warty wyznaczyliśmy na całą noc ok 12h, niewiele spaliśmy. W niedzielę widoczność dalszych obiektów utrudniała mgła i duża wilgotność powietrza, która podczas przemarszu na przełaj przez las w godzinach przedpołudniowych powodowała coś w rodzaju deszczu, a także mokre buty (mimo impregnowania) przez pozostałe 2/3 niedzieli. Problemem u świeżych było też zorganizowanie tobołka, różne dziwne patenty często zawodziły i wymagały poprawiania "w praniu".

Z własnych doświadczeń: wypróbowałem gliniany grapen w warunkach wyprawowych - nie ma problemów z transportem, nie zbił się, a wodę zagotować się dało. Mógłby być mniejszy jak 1 litr. Używałem też ceramicznej manierki, kapitalnie trzyma niską temperaturę wody przy czym nie ciąży aż tak jak się spodziewałem. Grunt to dobry montaż.

Przemarsz oczywiście w pewnym stopniu zmilitaryzowany, choć nie stawialiśmy szczególnie na opancerzanie się. Ja zabrałem pawężkę, włócznię i kord, Tybald - toporek i włócznię, Mateusz - glewię, kord i puklerz, Kaspian - kord i puklerz. Poza tym oczywiście nóż u każdego. Prawie wszystkie egzemplarze kute.

Na koniec kompletna fotorelacja z wyprawy. Enjoy.

piątek, 12 października 2012

Rekonstrukcja lokalna a multikulti

Od momentu rozpowszechnienia Internetu, czyli w zasadzie od początku funkcjonowania rekonstrukcji historycznej w Polsce, przez łatwą dostępność do źródeł obcych pojawia się coraz większe zainteresowanie rekonstrukcją orientu. Dochodzi nawet do pojawiania się rekonstruktorów dalekiego wschodu. Często motywowane jest to niedostatkiem źródeł w naszym spektrum geograficznym. Zaczęło się od zatrzęsienia Rusów w najstarszych czasach które pamiętam jako rekonstruktor. Rozszerzyło się o próby rekonstrukcji Szkotów i Piktów, zapewne po kolejnym obejrzeniu filmu "Braveheart". Dziś zauważa się rekonstruktorów samurajów. Miałoby to jeszcze sens gdyby brać pod uwagę bliskie kontakty międzykulturowe; takie, których przedstawiciele mogli się rzeczywiście spotkać w epoce. Jednak kiedy dochodzi do obecności saracenów albo samurajów na wybrzeżu Bałtyku (chyba że zakłada to scenariusz imprezy) to coś tu jest nie tak...

Rekonstrukcja postaci spoza zamieszkiwanego terytorium to nie tylko problem tworzenia multikulti jakiego nigdy nie było. To także problem rzetelności. Poszukiwanie profesjonalnych materiałów do rekonstrukcji to nie tylko google.com, ale także biblioteki. Z kolei ten faktor tworzy kolejny problem - znajomość języka obcego. Np. odtwarzając Chazara z VIII w. wypadałoby dobrze znać rosyjski z rozszerzonym słownictwem nt. archeologii, bowiem większość materiałów źródłowych jest właśnie w tym języku. Rekonstruując Szweda z XII wieku wypadałoby mówić po szwedzku na przyzwoitym poziomie, z wymienionego wyżej powodu. Oczywiście nie rzecz w tym żeby na imprezach jako postać-mieszkaniec Rusi Kijowskiej mówić po starorusku, tak jak i średniowieczny polski rymcerz - załączać nawijkę sienkiewiczowską staropolszczyzną. Nawijkę staropolem zaobserwowałem głównie u tych, którzy próbują nadrobić tym swój sprzęt na żenującym poziomie. Próby rekonstrukcji języka z epoki to ciekawe przedsięwzięcie dla filologów specjalizujących się w językach wymarłych. Wymaga jednak dobrego przygotowania gramatycznego i leksykalnego. Bez tego wychodzi z tego parodia.

Fakty w epoce wyglądały tak. Cudzoziemcy brali udział w bitwach (np. Grunwald, Worskla, Visby, Legnica), w postaci najemników lub stron walczących, byli kupcami - w miejscach intensywnego obrotu handlowego (przy czym kupcy to ludzie bogaci), w postaci mniejszości osiedlonych na stałe w miastach (ludność żydowska), studenci (Akademia Krakowska od 1364), pielgrzymi (choć sanktuariów nie zliczyłem wiele). Tak więc obecność "orientalnych" podczas imprez rekonstruktorskich jest uzasadniona w wyżej wymienionych sytuacjach. Podobnie jak obecność kobiet-rycerzy - tylko wówczas, jeśli mamy udokumentowany konkretny przypadek (np. Joanna d'Arc). Poza tym - zjawisko zbyt upowszechnione. Podobnie jak kapaliny typu "kredka", przyłbice, miecze hanwei czy "syndrom Visby" u rycerzy.

Kilka słów na temat okrajania zjawiska lokalności. Osobiście przejechałem się na tym w rekonstrukcji wczesnego średniowiecza ograniczając się terytorialnie do Mazowsza. Niemal niemożliwe jest oparcie swojej rekonstrukcji na jednym mieście, gródku czy wsi. Jeśli nawet mamy komplet z Plemiąt: płaty, hełm, kusze, ceramikę - butów stwierdzam brak. Podobnie jak znalezisk tekstyliów. Można określić centrum skupienia uwagi, np. na miasto Szczecin i wśród znalezisk poszczególnych kategorii (np. buty, noże, ceramika, odzież, broń) wybierać te zlokalizowane najbliżej. Tylko wówczas z pełną odpowiedzialnością można powiedzieć "jestem rekonstruktorem pomorskiego draba z połowy XIV wieku". Można oczywiście dojść do wniosku przeglądając opracowania że np. znaleziska noży z Londynu i Norymbergi, czy kształt podeszw butów z Utrechtu i Sztokholmu za bardzo się nie różnią. Owszem, pewne czynniki dla szerszego terytorium są wspólne. Co nie znaczy jednak że to usprawiedliwia wszystko. Zawsze to większa autentyczność mieć w pełni lokalny komplet sprzętu.

Warto jeszcze poruszyć rozmiar wspomnianego spektrum. Nie da się określić jednoznacznie jego rozmiaru. W dużej mierze warunkuje je ilość źródeł dostępnych tamże. Może to być Marchia Brandenburska, może to być miasto/gród - Nowogród Wielki, może to być też całe państwo - jak Państwo Zakonu Krzyżackiego. Sensu natomiast nie ma ograniczanie swojej rekonstrukcji według współczesnych granic politycznych. Żeby nie szukać przykładu daleko - Polska w momencie śmierci Kazimierza Wielkiego (1370). Jako odrębne podmioty polityczne należy odkroić od III RP Państwo Zakonne, księstwa Pomorskie i Śląskie, Nową Marchię i Mazowsze, dodać zaś Ruś Halicką. Grają tu dużą rolę kwestie wpływów politycznych i kulturowych. Analizując znaleziska z terenów dzisiejszej RP należy wziąć pod uwagę rzecz bardzo ważną. Czy dane miejsce wchodziło wówczas w zakres granic państwa polskiego? Biorąc zaś pod uwagę szersze spektrum które powinno nas interesować, tj. spektrum kontaktów kulturowych - będzie to Europa Centralna. Mniej więcej od Renu po Dniepr, od Inflant i południowej Skandynawii po Karpaty i Alpy.

Oczywiście nikt nie może zabronić rekonstruować innym samurajów, fińskiej konnicy czy berberyjskiego króla. Pozostaje mieć nadzieję że ogólny obraz etnicznej struktury rekonstruowanych postaci nie będzie bardziej przemieszany niż ma to miejsce w obecnej RP w XXI wieku. Poza tym sądzę, iż rekonstrukcja powinna być lokalna*.
__________________________________________
*parafraza słów Katona "Ceterum censeo Carthaginem delendam esse" (Poza tym sądzę, że Kartaginę należy zniszczyć). 

piątek, 7 września 2012

Buty

Temat butów w średniowieczu to temat-rzeka. Znalezisk jak i typów jest wiele, a analizować jeszcze więcej. Tak na prawdę to temat dobry na obszerną rozprawę naukową. Ja jednak postaram się ująć w formie jednego wpisu to, co najważniejsze. jest dość trudny. Buty zrobione co najmniej tak jak należy weszły do polskiego RR właściwie niedawno, jakieś 2-3 sezony temu. Mam tu na myśli oczywiście buty szyte na wywrotkę. I choć nawet wśród nich często zdarzają się kwiatki typu doszywana podeszwa z bieżnikiem, skóra tapicerska na przyszwie czy stosowanie niepoprawnych wzorów dla odtwarzanej epoki, postęp nad wymienianiem butów w środowisku na poprawne jest zauważalny, choć powolny.

Dla zupełnie zielonych. Szycie butów na wywrotkę polega na szyciu mizdrą (włochatą stroną skóry) na zewnątrz, po czym but moczy się i wywraca na prawą stronę, tzn licem (gładką stroną skóry) do wierzchu. Zasadnicze pojęcia: podeszwa - spodnia część buta, przyszwa - górna część buta, cholewka - część powyżej kostki, w przypadku wysokich butów, otok - listwa uszczelniająca między przyszwą a podeszwą, zapiętek - segment wszywany od środka za piętą, Obcas - zazwyczaj D-kształtny kawałek grubej skóry doszywany do otoka pod piętą; zelówka - dodatkowa podeszwa przyszywana do otoka w części przedniej. Po wywróceniu but wygląda w przekroju mniej więcej tak:


Krawędź grubszej skóry podeszwy przecięta jest szydłem ze skosa. Lico pozostaje nienaruszone. Między przyszwą a podeszwą wystaje na zewnątrz otok - podczas szycia należy pilnowac żeby otok trzymał się krawędzi przyszwy i podeszwy. Otok w znaleziskach pojawia się gdzieś w XIII wieku. Umożliwił proste naprawy obuwia przez doszywanie doń kolejnych warstw. Znane są egzemplarze przetarte do tego stopnia że naszyte jest kolejno jedna na drugą nawet 5 warstw skóry. Po przyszyciu dodatkowej warstwy przekrój buta wyglądał mniej więcej tak:


Celowo nie operuję tu pojęciem "dodatkowa podeszwa", a "warstwa". Niektórzy badacze są bowiem zdania że warstwowe podeszwy to dopiero XVI w, choć ich źródeł należy dopatrywać się wcześniej - warstwowe patynki skórzane z 1. poł. XVw. Pewne zaś i niepodważalne są doszywane zelówki i obcasy. Na ich miejscu skóra zużywała się najszybciej. Potwierdzają to zarówno znaleziska jak i nieliczne przedstawienia w ikonografii.

Dobra, mamy mniej więcej rozjaśnione kwestie dolnej części buta, trzeba przejść do wyższych partii. Nie można jednoznacznie określić jakie buty nosiło pospólstwo i chłopstwo. Czy jest jakiś określony wzór, jedyny i poprawny? Raczej nie. Pewne jest że wysokie buty były zbędne, służyły głównie do jazdy konnej. Poza tym znany jest zapis z Jawora z 1363 r, w którym cena wysokich butów z cholewkami - 18 groszy przeciwstawiona jest cenie trzewików - 6 groszy, czyli 1/3 ceny wysokich butów. Także zupełnie niskie buty, nadają się przede wszystkim dla dworzan, nie dla ludu. Szczególnie te zdobione: ażurowe, haftowane itd.. W XIII i 1. poł. XIV wieku wiele jest przedstawień butów za kostkę, z górną częścią dopasowaną do goleni przez ściągnięcie rzemieniem, umieszczonym w specjalnych nacięciach. Przykładem znaleziska jest but z Raciborza (XIII-XIVw). Oczywista jest jedna kwestia. Im wyższe buty tym więcej skóry i więcej szycia, a co za tym idzie - wyższa cena.

Zapięcia butów były różne. Sznurowane z przodu, sznurowane z boku, sznurowane punktowo, sznurowane na okrętkę, ściągane w kostce rzemieniem, okręcane rzemieniem po całej wysokości cholewki (rzemień przeciągnięty przez nacięcia w cholewce), zapinane na guziki, zapinane na sprzączki, wciągane bez żadnego zapięcia. Oczywiście sprzączki do zapięcia butów to dodatkowy koszt tak w epoce jak i dziś. Nazbyt luksusowy dodatek.

Niektórzy wciąż zastanawiają się nad powodem wyższości szwu na wywrotkę nad szwem zewnętrznym, potencjalnie prostszym w wykonaniu; w dodatku dającym możliwość połączenia twardej, gotowanej podeszwy z miękką przyszwą. Temat był wałkowany na freha kilkakrotnie, a pożądanych skutków do dziś nie widać. Przypomnę, że powód był prosty - lniana dratwa ścierała się w błyskawicznym tempie i wymagała ukrycia w środku. Znaleziska to potwierdzają. Różnica między życiem codziennym ówczesnych ludzi a weekendowymi wyjazdami latem wśród rekonstruktorów polega na czasie ich eksploatacji - w przypadku ludzi średniowiecza było to 365 i 1/4 dnia w roku, zaś w przypadku rekonstruktorów - z reguły do 25 dni w roku. Ta druga wartość motywuje powstawanie prostszych rozwiązań, które zazwyczaj dają stopie komfort zbliżony do tego, który dają współczesne buty (np. pantofle).

Buty ażurowe, dość często widoczne na przedstawieniach biblijnych są poprawne, ale raczej dla rejonu basenu morza śródziemnego, gdzie klimat był zbyt ciepły by nosić typowe buty i potrzebna była wentylacja stóp. Buty ażurowe należy też wiązać z wyższymi klasami społecznymi, nie mniej ich koszt nie był kosmicznie wysoki. Bardziej powszechne winny być wśród dworzan niż mieszczan. Jest to historyczna alternatywa do spotykanych czasem na imprezach sandałów, które nie mają w zasadzie uzasadnienia w źródłach. Nie dla Europy centralnej, nie dla XIV wieku. Buty ażurowe, podobnie jak mocno podkrajane w podbiciu trzewiki zapinane na pasek, to wygodne rozwiązanie na lato. Ale należy pamiętać że przeciętny człowiek średniowiecza nie posiadał nie wiadomo ilu par butów żeby przebierać "w tych pójdę do kościoła, w tych do lasu a w tamtych będę chodził zimą". Przez znaczną część roku (kiedy było to możliwe) najubożsi i tak chodzili boso (Biblia Maciejowskiego, chłopi pracujący w polu).

Ci, którzy już kupili buty wywrotkowe u rzemieślnika zapewne boją się o ich żywotność. Nawet przetarte podeszwy da się łatwo naprawić. Warto zaznaczyć że "w epoce" ludzie nie kupowali co 1-2 lata nowych butów, tak jak to robią współcześni rekonstruktorzy, a naprawiali stare, na tyle, na ile było to możliwe (czyt. do momentu aż nie dało się ich naprawić bo rozsypały się na stopach). Współcześni "średniowieczni" wymieniają też buty z innych powodów - bo stare są mroczne, np. na gumowej podeszwie, szyte z badziewnej skóry, albo nie szyte na wywrotkę.

Na koniec chciałbym poruszyć temat płaskiej podeszwy i ślizgania się butów oraz rozmaite sposoby jak sobie z tym ludzie radzą. Nawet ci szewcy którzy doszli już do poziomu szycia butów na wywrotkę kombinują z różnego rodzaju bieżnikami z naszywanych do podeszwy poprzecznych pasków skóry. Nie jest to historyczne. Do chodzenia po mokrej trawie służą patynki. W blachach ciężko walczyć w patynkach, ale to tylko kolejny dowód na to że rycerstwo walczyło konno. Poślizg znacznie zwiększa woskowanie podeszwy.

Można się tak rozpisywać i poruszać jeszcze bardzo wiele aspektów technicznych szycia butów, jak i narzędzi do tego służących. Pozostawiam to nieodkrytą tajemnicą cechową :P Mam nadzieję że powyższy wpis przybliży choć trochę jak buty wyglądać powinny.

sobota, 18 sierpnia 2012

Barwa. Wiek 14. a 17.

Dokonałem niedawno całkiem ciekawego spostrzeżenia. Mianowicie przeglądając ikonografię siedemnastowieczną doszedłem do wniosku że lwia część odzieży (wyłączając wystającą bieliznę - krezy, kołnierzyki koszul i pończochy) to czerń lub brąz; kolorowa odzież zdarza się sporadycznie (Landauer Hausbuch I). Jak interpretować to zjawisko? Jakie ma to przełożenie na XIV wiek?

Ikonografia nowożytna, co rzuca się w oczy już na początku, zakłada większą autentyczność przedstawienia niż ikonografia średniowieczna. Mowa tu przede wszystkim o dokładności przedstawiania, o detalach, proporcji, perspektywie. Ale także o kolorach. Jak zauważyłem wcześniej, w iluminowanych manuskryptach epoki średniowiecza występuje ograniczona: szersza lub węższa paleta barw. Nie oddaje ona zupełnie realiów. Przykładem mogą być niebieskie elementy płytowe. Przypomnę że w manuskryptach nie było priorytetem oddać realia epoki, a dostarczyć klientowi kolorowy produkt, spełniający jego estetyczne oczekiwania. Oczywiście kroje odzieży oddane zostać musiały - tutaj za bardzo nie było czego przekłamywać; mówiąc o realiach mam na myśli w tej chwili jedynie kolorystykę stroju.

Mogłoby się zdawać że dominacja brązów i czerni to moda. Śmiem wątpić. W XVII wieku kolor "munduru" zależał od przynależności do regimentu. Były regimenty w barwach niemal cyrkowych, były też szare szeregi. Kwestia zasadnicza - jak to było z odzieżą cywilną? Landauer Hausbuch pokazuje XVII-wieczne mieszczaństwo dość nowoczesnego miasta jak na swoje czasy - mowa oczywiście o Norymberdze. "Kasty" którą w oczach znacznej części rekonów - było stać na wiele. Poza tym także w Landauerze znajdują się przedstawienia ubiorów typowo farbowanych, np. na pomarańczowo. Mamy więc zatem człowieka kultur przedfarbiarskich, barbaricum + wczesne średniowiecze z tysiącami jarlów i księżniczek, pełne i późne średniowiecze z kolorowymi manuskryptami i malowanymi pogromcami smoków, wiek XVI z landsknechtami w cyrkowych dubletach i nagle nastaje wiek siedemnasty.. szary, ponury, czarnobiały.

W epoce przedindustrialnej obecna dostępność jasnego runa była ilościowo ograniczona. Podobnie jak w przypadku wikliny amerykanki, która zdominowała rynek gdzieś w XIX wieku, biała owca (merynos) rozpowszechniła się w Europie z Hiszpanii w XVIIIw. Do XVIII w. za próby wywozu z Hiszpanii tych owiec karą była śmierć. Nic dziwnego - wełna tych owiec o kapitalnej jakości była intratnym towarem eksportowym dla Hiszpanii. Większość stad była własnością kościoła bądź arystokracji. Oczywiście merynos to nie jedyna owca o białym umaszczeniu. Tym nie mniej pamiętać trzeba że brązowe, szare bądź czarne umaszczenie to dla średniowiecza standard dostępności. Jasne zaś, w szczególności białe, które nadaje się do farbowania - to towar może nie tyle deficytowy, co intratny jako obiekt handlu. Odbiorcami mogły być przede wszystkim miasta zajmujące się produkcją tekstylną, w tym farbiarstwem, np. Wenecja. Produkt końcowy - drogie, farbowane sukna dobrej jakości, stawały się wówczas znów obiektem handlu, z tym że na innych cenach.

Z tego miejsca należy przeanalizować działalność farbiarzy w środowisku rekonstruktorskim. Prawdą jest że mieć ciuch farbowany naturalnie to zawsze postęp względem farbowanego fabrycznie. Natomiast należy zastanowić się nad samym faktem farbowania tegoż. Co innego jeśli farbujemy eksperymentalnie, aby dowiedzieć się co było możliwe, co innego jeśli robimy to na skalę przemysłową.
Choć teraz się to już powoli zmienia, jeszcze niedawno ciężko było dopatrzeć się rekonów w niefarbowanych kolorach wełnianych ciuchów. A doprowadzałoby potencjalnego obserwatora do wniosku, że wszyscy farbowali ciuchy i brązy właściwie nie istniały. Piję tu do szeroko pojętej okołogrunwaldszczyzny. O ile z czernią tego problemu nie było bo jeszcze całkiem niedawno czarne nogawicospodnie były standardem, o tyle z pozostałą częścią barw naturalnych było co najmniej biednie. Tym bardziej dziwi fakt że ogrom reagentów, których farbiarze używają daje brąz: orzech włoski, kora dębu, szyszki olchy...

niedziela, 5 sierpnia 2012

Men-at-Arms

W Polskim RR powszechnie uważa się, że walka spieszonego rycerstwa jest czymś powszechnym, akceptowalnym acz trochę naciąganym. W końcu, na zachodzie Europy, spieszone rycerstwo na polu bitwy było dość często spotykane, więc jak rozumują - mimo pewnych braków na ten temat w źródłach Polskich da się to zjawisko zaakceptować. Przyjrzyjmy się zjawisku spieszania rycerzy na zachodzie.

Zacznijmy od najbardziej znanego przykładu spieszania kawalerii – od Anglików. Ich właśnie uważa się wręcz za „wynalazców” tego sposobu walki. "Men-at-Arms", jak nazywają ciężkozbrojną kawalerię mieszkańcy Anglii jest dość niebezpiecznym terminem, będziemy dalej nazywali ich "zbrojnymi". Każdy Rycerz angielski był określany jako zbrojny, czyli ciężko opancerzony, wyszkolony wojownik. Anglicy jednak często podkreślają w literaturze współczesnej (np. Osprey – Campaign – Poitieres), że nie każdy zbrojny był rycerzem. Jak dobrze wiemy, obowiązkiem służby wojskowej obarczani byli również bogaci mieszczanie którzy często wchodzili w skład chorągwi rycerskich.  Już od XII wieku pojawia się podział na ciężkozbrojnych kawalerzystów a rycerzy. Tych pierwszych w łacinie nazywa się „milites gregarii” zaś rycerzy „milites nobiles”. Występują też lokalne odmiany tych określeń, np. francuskie „Homme d’armes”, angielskie „Men-at-Arms” lub włoskie „Condottieri”. Świadczą one o tym, że nie było to zjawisko na tyle sporadyczne, by je bagatelizować. W krajach, w których istniała dość liczna grupa bogatych mieszczan służących w ciężkiej kawalerii osobny termin był po prostu potrzebny. Jak widać, kraje Europy zachodniej z doskonale rozwijającymi się miastami były idealnym środowiskiem dla powstania tego rodzaju kasty ciężkozbrojnych mieszczan. W przeciwieństwie do rycerzy, zbrojni nie uważali, że walka pieszo jest haniebna, wielu z nich oprócz uzbrojenia kawaleryjskiego posiadało broń do walki pieszej – poleaxy, halabardy, gizarmy i glewie.

Wyspiarze podczas Wojny stuletniej jak i Wojny Dwóch Róż często wspierali swoją piechotę spieszonymi kawalerzystami - tymi którzy z pochodzenia byli mieszczanami; tymi, dla których walka pieszo nie była niczym niegodnym. W rejestrach wydatków Czarnego Księcia znajdują się wpisy dotyczące wypłaty (niemałego) żołdu dla zbrojnych uczestniczących w kampanii prowadzonej na terenie Francji. Jak każdy rekonstruktor dobrze wie, rycerz był osobą związaną z władcą przysięgą lenną, wypłata żołdu musiała więc dotyczyć osób nie powiązanych tym kontraktem. Były bowiem to formacje nie złożone z rycerzy (którzy tak czy inaczej na wyprawę musieli się stawić) lecz z bogatych mieszczan, którzy w istocie byli oddziałami zaciężnymi rekrutowanymi na ziemiach angielskich. Faktem jest że oddziały te były formowane przez osoby które otrzymały od Króla zgodę lub rozkaz przeprowadzenia zaciągu na danych ziemiach, najcześciej był to właśnie wasal który oprócz swoich wasali zajmował się organizowaniem oddziału z wspomnianych mieszczan. Jeśli zaś wziąć pod uwagę fakt, iż wielu bogatych mieszczan dosłownie wkupowało się w ówczesną arystokrację, oraz istnienie na zachodzie Europy pełonoprawnych herbów mieszczańskich (traktowanych dość pogardliwie przez prawdziwych rycerzy), zdamy sobie sprawę z faktu, że spieszonych rycerzy właściwie nie było.

W dobie Grunwaldu Królestwo Polskie i Prusy Zakonne też posiadały swoją klase „Zbrojnych”. Bez wyjątku było to bogate mieszczaństwo, które stanowiło warstwę mniej liczną niż na zachodzie Europy. Źródła Krzyżackie i Polskie nie traktują jednak mieszczan walczących konno jako osobną formacje. Powód wydaje się być dość prosty, kawalerzyści w Polsce i Prusach krzyżackich nigdy nie byli spieszani podczas bitew w polu i nie wspierano nimi szeregów piechoty. Kawaleria spieszana była tylko podczas oblężeń i jak możemy się domyślić, nie robiła tego chętnie. Bogaci mieszczanie służący w kawalerii pod Krzyżacką lub Polską banderą nie byli ani licznym ani znaczącym elementem w naszej wojskowości.

piątek, 20 lipca 2012

Pogrunwaldzkie refleksje

Kilka dni po powrocie z Grunwaldu. Nie będzie to wylewanie gorzkich żali nt. jak bardzo komercyjna jest to impreza i jak bardzo organizatorzy skopali sprawę.

Trzeba przyznać że poziom imprezy rośnie. Oczywiście nieuniknione jest torpedowanie obozów turystami, tojkowe koszary i dmuchane zamki na horyzoncie. W tym roku zauważyłem zdecydowanie mniej turystów. Do obozów dobierali się w sumie dopiero od piątku a i tak nie nastręczali wartom tyle problemów co w latach poprzednich. Najwyraźniej gawiedzi impreza zaczyna się nudzić - "co roku to samo". I bardzo dobrze.

Zauważyłem dokręcanie śruby w obozach niektórych chorągwi. Stroje cywilne wyglądają lepiej jak w zeszłym roku, choć nadal dużo jest "kolorowych". Nadal jednak jest masa obozów w których organizatorzy zlewają wymagania i dopuszczają co się nawinie. Nie mniej jednak widać oddolną chęć utylizacji hełmów z powierzchnią przypominającą zbombardowany Kabul i wymiany żarówiastoczerwonych kufajek na szare, lniane przeszywki. I choć wiele z nich jest jeszcze w użyciu, ich odejście do lamusa to tylko kwestia czasu.

Podobnie jak Wollin dla wczesnej, Grunwald dla późnej jest także imprezą handlową. Niewiele jest miejsc gdzie można obmacać tyle tkanin naraz, przejrzeć i kupić tyle sprzętu bez dorabiania poczty polskiej i firm kurierskich, często w przystępnych cenach. Także i na ten fakt trzeba uważać, brać go na poprawkę. Łatwo nadziać się na wtopy nie mając przygotowania merytorycznego. Jest okazja, nie znaczy że trzeba ją łapać.

Jednym z nielicznych punktów zaczepnych do organizacji "czegoś większego" związanego z piechotą na chwilę obecną jest właśnie Grunwald. Można próbować zorganizować imprezy lokalne, na które zjedzie głównie piechota danego regionu (np. Lubiąż dla Śląska, MMM dla Pomorza i Kujaw), ale nadal nie daje to aż tak wielkich możliwości mobilizacyjnych jak utarta impreza organizowana od lat i odwiedzana w zasadzie przez rekonów z całego kraju.

Jednym z największych szczebli związanych z projektem był turniej kontaktowy lekkozbrojnych. A raczej fakt że turniej się odbył, bo jeszcze w sobotę rano był pod dużym znakiem zapytania. Co prawda było wiele niedociągnięć związanych z historycznością (tutaj bez skrupułów pokazuję palcem na drużynę z Niemiec), ilością sprzętu (Smocza, choć wchodziło to w obręb dopuszczalnego sprzętu), jak i sędziowaniem, ale trzeba to jednak wziąć na margines błędu - turniej na tym gruncie odbywał się po raz pierwszy. Byliśmy postawieni przed wyborem - albo ostro zweryfikować sprzęt pod rozpisany regulamin, albo dać sobie spokój i dopuścić trochę mroku kosztem odbycia się turnieju. Okazało się że ustępstwa popłacają. Turniej odbył się niemal bezkontuzyjnie, jak zauważył pewien weteran z XIIIstki (Yogesh) - był to jeden z bezpieczniejszych turniejów, w dodatku wnosił coś nowego. I z tego miejsca muszę zaznaczyć że śmieszą mnie wypowiedzi maruderów że turniej był niebezpieczny. Każda walka niesie za sobą pewne ryzyko. A ten był wyjątkowo kulturalny, choć spodziewałem się solidnych gongów od osób przywykłych do pełnokontaktowych bohurtów. Dwie rzeczy - przepychanie (zwłaszcza z drzewcówkami w poziomie) i bardzo ograniczone pole były minusem. Ale to jest do przerobienia. Jako współorganizator mam nadzieję na większą ilość drużyn za rok. Zaczęło się.

Tej imprezie zawsze będzie brakowało swojego rodzaju elitarności, swojskości, piechociarskości. Jednak nie tego należy oczekiwać. W rozpisywaniu własnego kalendarium na kolejny sezon wyjazdowy trzeba czasami iść na ustępstwa - albo tworzymy sobie na odludziu getto zajebistości i wzajemnej adoracji, albo jeździmy na imprezy fabularyzowane, albo jeździmy na pokazy za kasę, albo jeździmy na Grunwald. Tego nie sklasyfikuje się pod żadną typologię. To poprostu kwestia gustu każdego indywidualnego rekona.

Pojawiły się wcześniej głosy że Grunwald jest imprezą niereformowalną. Najwyraźniej - nie do końca. Część uczestników (i to znaczna część, choć ciężko określić odsetek) idzie za ciosem i rozwija się, widząc co dzieje się wokół. I - choć rozwijają się w różnym tempie - zawsze jest to progres, a nie zastój bądź regres. Z czego zadowolony jestem najbardziej - zauważyłem sporo osób w tunikach wzoru Bocksten; w brązowych i szarych wełnach. Nadal jest to mniejszość, ale postęp od zeszłego roku jest namacalny, widoczny.

Уважаемые читатели,
Z piechociarskim pozdrowieniem,
Lutobor