piątek, 16 września 2011

Seitenwehr, cz. I - Baselard

Bardzo popularny w całej zachodniej Europie, w ikonografii powszechny w zasadzie wszędzie, znaleziony nawet w Polsce. Jeszcze sztylet czy już miecz? Kilka słów o baselardach.

Pierwsze wzmianki pisane dotyczące tego typu broni pojawiają się w 1. połowie XIV wieku, szybko zyskuje na popularności. W różnych wersjach językowych pojawiały się nazwy: baselard, basillard, Baslermesser, baselardus, bazelaire, Basler; rdzeń nazwy nawiązuje do szwajcarskiego miasta Bazylea (Basel), zapewne to właśnie tam powstały pierwsze egzemplarze tego typu broni. Podobnie młoty lucerneńskie wiąże się z miastem Lucerna. Halabarda, Młot lucerneński, Baselard... mieli ci Szwajcarzy łeb od wynalazków...

Baselardy były używane zarówno przez Volk jak i rycerstwo, jednak na nagrobkach rycerzy pojawiają się sporadycznie. O wiele częściej widać je na nagrobkach cywili. Także źródła pisane wiążą te niebezpieczne zabawki raczej z mieszczanami niż z rycerstwem.

W XIV i XV wieku pojawiają się niemieckie zapisy traktujące o zakazie noszenia baselardów po mieście.
"man hat verboten [...] daz dhein burger weder in der stat noch auzwendig niht sol tragen dhein silberin gürteln [...] dhein welhisch messer noch dheinen basler"
 Norymberga XIV w.
"wel man zu Meinze inne woninde ist, der rutinge dregit odir swert odir beseler, der sal uz Meinze varin ein vierteil iaris"
Moguncja, 1300 r.

Niektóre piętnastowieczne przykłady baselardów są wyposażone w blaszkę (wzmacniającą drewniane okładziny), umieszczoną w analogicznym do jelca miejscu. Podobne rozwiązanie było dość często stosowane w późnorzymskich spathach. Nie mniej nie chcę tu doszukiwać się korzeni baselarda w późnorzymskiej broni. H-kształtna rękojeść baselardów dawała dość dobrą osłonę dłoni, zwłaszcza w późniejszych egzemplarzach o dość szerokim protojelcu zaopatrzonym w blaszkę i wąskim chwycie. Z tych względów można traktować baselardy jako broń pomiędzy mieczem a puginałem. Tym bardziej że do początku XVI wieku klaruje się podział baselardów na Schweizerdolch (Dolch=sztylet) i Schweizerdegen (Degen=szpada). Druga nazwa określała broń, która wyewoluowała od tych właśnie wielkich baselardów, które w ikonografii czasami wyglądają na nie mniejsze od typowych mieczów.

Ostrze tego typu sztyletów występowało w rozmaitej postaci. Często znajduje się je z jednosieczną klingą, występują też egzemplarze z obusieczną głownią, często zaopatrzoną w zbrocze, choć znane są także egzemplarze graniowe. W późniejszych wersjach spotyka się także egzemplarze z więcej niż jednym zbroczem.

Niestety baselardy nie doczekały się jeszcze swojego Oakeshotta. A szkoda, bo sama popularność tego typu broni aż się o niego prosi. W/w artykułu proszę nie traktować jako stricte naukowego opracowania, przebadałem w tym celu zbyt mało materiału źródłowego. To jedynie próba przybliżenia specyfiki tej broni na płaszczyźnie rekonstrukcji historycznej.

czwartek, 8 września 2011

Jeszcze duny nie zginęły...

Od niedawna toczy się dyskusja jakiej broni używała piechota miejska w Polsce. Wcześniej rekonstruktorzy nie robili sobie z tym problemu biorąc do rąk dowolną broń drzewcową - halabardę bądź glewię najczęściej. Z czasem my - rekonstruktorzy (ale to dumnie brzmi) zdaliśmy sobie sprawę że w Polsce brak znalezisk broni drzewcowej a ikonografia jest zdawkowa - mamy poliptyk grudziądzki, ale to źródło krzyżackie, mamy kilka przykładów czeskich i wzmianki o glewiach legnickich, ale to tereny poza KKP. Dziś przykład rozwiązania wychodzącego poza schemat halabarda-glewia-włócznia. O toporach na długim drzewcu.

Od dłuższego czasu przyglądam się co jakiś czas rycinie największego z toporów wykopanych w Plemiętach. Ma to ustrojstwo długość żeleźca 28cm, co - przynajmniej według mnie - dyskwalifikuje go jako broń jednoręczną. Podobnego rozmiaru topory na niejednoręcznym drzewcu widać w ikonografii dość często. Nie chciałbym klasyfikować tu plemięckiego topora jako broń typowo analogiczną do halabard czy glewii; raczej zaproponowałbym rozwiązanie... że tak to nazwę "półtoraręczne"*. Topór taki miałby drzewce długości do przepony (120-130cm), opcjonalnie do 20cm dłuższe. Podobnych gabarytów topory (ale o mniej srogim żeleźcu od tego plemięckiego) stosują do walki wcześniaki. Jest to dwuręczna odmiana słowiańskich toporów analogiczna do toporów duńskich. Długość drzewca opiera się u nich na znalezisku z jeziora lednickiego o długości którą można zdefiniować "do przepony". Takie właśnie topory chciałbym zaproponować jako uzupełnienie luki w zasobach polskich rozwiązań na broń drzewcową. Obok wszędobylskich, standardowych włóczni, których w Polsze nie brakuje.


Jak pokazuje ikonografia, topory o podobnym rozmiarze drzewc były w użyciu w epoce, więc nie jest to wymysł z kosmosu. Wzory żeleźców należy czerpać najlepiej ze znalezisk z odtwarzanego regionu - to daje gwarancję poprawności co do szczegółów konstrukcyjnych. A znalezisk takich w Polsce nie jest mało: Nowy Korczyn, Plemięta, Raciąż i zapewne kilka innych, których zdjęcia/ryciny mam ale bez skali, która stwierdzałaby ich dwuręczność i bez miejsca znalezienia.

Nasuwają się same pytania czy taka broń nie będzie zbyt sroga jak na warunki walki lekkiej piechoty. Używana umiejętnie podobnie jak włócznia - krzywdy nie zrobi. Gorzej jak trafi w ręce oszołoma, ale w takim przypadku każda broń bezpieczna nie jest.
___________________________________
*przez półtoraręczność rozumiem tu analogiczne użytkowanie do miecza półtoraręcznego. De facto określenie takie występuje tylko w nazwie bo używa się go z reguły oburącz. Wypuszczanie ciężkiego topora w walce na jedną rękę (celem dosięgnięcia przeciwnika bez wystawiania się na cios) jest niedopuszczalne.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Trudne barwniki: indygo, urzet i marzanna. Dlaczego nie?

Farbiarze wczesnośredniowieczni próbują farbować z użyciem rozmaitych elementów roślin. Czy jednak w epoce stosowano je wszystkie jako reagent farbiarski? Czy także eksperymentowano z rozmaitymi roślinami czy raczej znano powszechnie zestaw barwników, z których korzystano? Czy wiedzę farbiarską przekazywano z pokolenia na pokolenie, czy obarczona była cechową tajemnicą?

Jak narodziło się farbiarstwo w ogóle? Można tu spekulować i wysnuwać wiele teorii, najpewniej zaczęło się że ktoś ubrudził sobie ciuch jakimś owocem o intensywnych właściwościach farbiarskich (dajmy na to maliną czy jagodami), na ciuchu została czerwona/fioletowa plama. Plama się spodobała, więc postanowił sobie na taki kolor upie*dolić cały ciuch. I tak zaczęto farbować najpierw na sucho, potem na mokro, ale zimno, aż w końcu zaczęto gotować materiał w wywarze barwiącym. Przynajmniej taką kolejność sugeruje logika. Współczesny ruch rekonstruktorski daje nam wiele możliwości, wiele informacji wyciągniętych z pozycji naukowych nt. farbowania barwnikami pochodzenia naturalnego. Wiemy że orzechy włoskie farbują na zielono/brązowo lub prawie czarno, kora dębu na brązowo, pokrzywa na zielono, nawet dokopano się w toku poszukiwań do barwników dających niebieski i czerwony kolor. Pytanie zasadnicze - czy używano ich jako reagentów farbiarskich w epoce?

Istnieją pewne źródła poza XIV wiekiem świadczące o pozyskiwaniu niebieskiego barwnika z urzetu barwierskiego; czerwonego zaś z marzanny barwierskiej. Jak wspomniałem w jednym z wcześniejszych wpisów o tekstyliach, nie były to barwniki najłatwiejsze do uzyskania. Zwłaszcza niebieski, który wymagał procesu fermentacji wywaru barwiącego w odpowiedniej temperaturze. Urzet jednak zawiera bardzo małą ilość barwnika, więc nie mógł dawać efektu intensywnie niebieskiej wełny; co najwyżej błękit. Bardziej intensywnie niebieskie wełny i jedwabie mogły być uzyskane później, po sprowadzeniu indygowca barwierskiego do Europy. Indygowiec bowiem zawiera więcej barwnika niż urzet. Marzanna barwierska występowała dość powszechnie, jednak farbowanie tym reagentem (korzeniami marzany) wymaga ich zbioru, czyszczenia, zasuszenia. Przygotowania dostatecznej ilości korzeni do wywaru. Na większą skalę wymagało to uprawy marzanny. Średnio wyobrażam sobie poszukiwanie pojedynczych roślin do pozyskania wystarczającej ilości reagentu do otrzymania wywaru.

Innym problemem są 2 procesy których wielu domorosłych farbiarzy nawet nie bierze pod uwagę: "otwieracz" do włókna i utrwalacz barwnika. Tylko niektóre reagenty same w sobie zawierały utrwalacz, np. kora dębu. Podobnie niewiele jest reagentów na tyle intensywnych aby zabarwić włókno bez procesu przygotowawczego, jak łupiny orzecha włoskiego. Większość osób argumentujących za farbowaniem albo podaje że można było ubrudzić całą tunikę trawą czy jagodami, albo podaje tylko proces gotowania w wywarze z danego reagentu. Nie sądzę żeby przeciętny zjadacz chleba w średniowieczu był na tyle ogarnięty w dziedzinie alchemii aby przygotować te właśnie 2 procesy plus farbowanie. Co prawda samo moczenie tkaniny w roztworze ałunu nie wymaga specjalnej wiedzy, gorzej z pozyskaniem tego reagentu i wiedzą że związek ten utrwali barwnik we włóknie.

Szczerze wątpię żeby przeciętny mieszkaniec Europy w okresie średniowiecza w ogóle, zajmował się poszukiwaniem reagentów i farbowaniem stroju. Raczej szukał rozwiązania jak wyżywić rodzinę od żniw do żniw i zapłacić podatki feudałowi, co zrobić żeby z dachu w chacie nie kapało itd. Z pełnym żołądkiem przeżyć można, w ładnej tunice - niekoniecznie. Daje to do myślenia zwłaszcza wówczas, gdy czyta się dowolne roczniki z XIV wieku. Wzmianki o gradzie który zniszczył plony czy wprost - klęski głodu występują bardzo często. Wynikało to z bardzo nieefektywnego rolnictwa - większość chłopów była w stanie wyprodukować zboże tylko na własny użytek, w dodatku część zazwyczaj zabierał feudał jako formę podatku. Warto liczyć się także z grabieżami, co było wówczas na porządku dziennym.

Poza tym nie było zbytnio sensu farbować tkaniny na ubiór noszony do pracy - mógł się zniszczyć. Co prawda w miarę zużywania stroju można dojść do wniosku że każdy strój wyjściowy z czasem się zużywał i stawał się roboczym. Nie mniej to już jest naginanie zasady, bo wówczas możnaby tłumaczyć że jeśli mamy wzmiankę o 1 chłopie z XV wieku, który miał jedwabną szatę, którą mu ukradli, a farbowanie było w zasięgu ręki bo mieli ubiory wyjściowe, to przeciętny cieśla w pracy nosił podszywaną futrem robe zapinaną cynowymi guzikami (jeśli nie srebrnymi), uszytą z czerwonego jedwabiu bo było to w zasięgu jego możliwości. I nie demonizuję w tej chwili, dlatego nie powinno się naginać możliwości do stanu rzeczywistego, a raczej przedstawiać to, co było pewne przed teoretyczne możliwości posiadania farbowanego stroju. Nudzę o tym po raz kolejny, choć i tak nie wszyscy zrozumieją. A zrozumieć warto.

Chciałbym zaproponować bardzo proste rozwiązanie eliminacji mrocznych barw strojów. Co prawda wielbiciele barw innych niż naturalne (zieleni, różów, żółci, fioletów i wszystkich kolejnych niezgodnych z maścią owiec) mogą się obrazić, że rozwiązanie niniejsze nie jest sprawiedliwe. Ale działa. Mianowicie wszystkie ciuchy o kolorze innym niż te, które można uzyskać z owiec bez procesu farbowania (szary, brąz, ecry, czarny i ich mieszanki) powinny mieć obowiązek farbowania samodzielnego, przy fotodokumentacji i użyciu barwników potwierdzonych i dostępnych w danym regionie i czasie historycznym. Nie chodzi tu o sprawdzanie czy ktoś jest wystarczająco historyczny żeby wpuścić go na imprezę - niektórzy poprostu nie mają na to czasu ani/albo smykałki do drążenia tego tematu. Tym więc pozostawię wcześniejszy cykl o tekstyliach na tym blogu i nadzieję na zgodę co do teorii o wyższości naturalnych kolorów wełny i lnu nad farbowanymi. Nie ma to sensu dlatego też, bo znam mało ludzi którzy pozbywali się swojego estetycznie uszytego przez krawca stroju ("maszynowo z ręcznymi wykończeniami", a jakże by inaczej) tylko dlatego że przeczytali ten wpis. Nie ma to sensu również dlatego, że nie wszyscy zgodzą się z teorią że farbowanie nie było w zasięgu możliwości przeciętnego obywatela centralnej Europy doby XIV wieku i dalej będą śmigać po grunwaldzie z cepem bojowym w żarówiastoniebieskiej tunice (bo taką miał chłop w bogatych godzinkach księcia de Berry). Nie mniej taka propozycja prędzej czy później padnie i trzeba się z tym liczyć.

Słowo o ikonografii, kwestią przypomnienia. Zauważyliście zjawisko że w konkretnym manuskrypcie funkcjonuje konkretna paleta barw? Chciałbym zwrócić uwagę na te manuskrypty w których paleta barw jest najbardziej okrojona, gdzie to zjawisko widać. Na przykład Heidelberger Sachsenspiegel z początku XIV wieku. Poza barwą konturów rysunku(ciemnobrunatny, prawie czarny), funkcjonują 3 barwy - brudna czerwień, jasna zieleń i żółć, sporadycznie indygo (kolor, nie barwnik) i szary. Czy taki zestaw barw odzwierciedlał stan rzeczy? Na pewno NIE odzwierciedlał. Czyżby Niemcy nie znali różu, choć w innych źródłach występuje? Co z brązem i szarością - naturalnymi barwami wełny, a może nie występowały tylko farbowanie było nieodłącznym procesem powstawania stroju? Bzdura. To kolejny wybitny przykład dlaczego nie stosować ikonografii jako potwierdzenia na dany kolor stroju.

Problemem Archeologii Eksperymentalnej jest fakt, że próbują użyć wszystkiego co farbuje jako barwnik. Nie wszystko znano, nie wszystko czego używano jako barwniki znamy na dzień dzisiejszy, nie wszystko było popularne, powszechnie występujące. Bardzo dobrze że AE eksperymentuje, dzięki nim wiemy wiele na temat dostępnych kolorów w ogóle, wiemy że lnu raczej nie farbowano a wełnę i jedwab tak, itd. Jednak znaczna część współczesnych rekonstruktorów nie bierze pod uwagę że człowiek średniowiecza nie miał dostępu ani do facebooka, ani do odpowiedniej literatury, ani do frehy. Zdany był na to co usłyszał od innych potencjalnych domorosłych farbiarzy (zawodowi najpewniej obarczali to tajemnicą cechową jako że stanowiło to źródło ich utrzymania) lub czego doświadczył metodą prób i błędów. I po raz kolejny wracamy do punktu wyjścia - większości ubiorów nie farbowano.

środa, 17 sierpnia 2011

Skóra jako surowiec

Do produkcji butów i innych skórzanych utensyliów stosuje się rozmaite skóry. Często w proto- czy jak kto woli - okołogrunwaldzkiej widać skóry garbowane przy użyciu chromu, farbowane na rozmaite kolory. Faktem jest, że taka skóra w epoce była nie do osiągnięcia, przynajmniej ta, którą mam na myśli - np. jaskrawoczerwona. Na pewno nie w takim wydaniu jak dostępna na rynku skóra tapicerska. Dziś od strony technicznej o skórze jako surowcu stosowanym do rekonstrukcji historycznej średniowiecza.

Tak jak zwracamy uwagę w przypadku wełny czy lnu żeby był to 100% materiał powinniśmy zwracać uwagę na poprawność "chemiczną" skóry. Tzn proces, w wyniku jakiego otrzymaliśmy taką skórę jaką kupujemy w sklepie/na allegro. Jedyną poprawną na chwilę obecną, spośród tych oferowanych przez garbarnie w kraju, jest skóra garbowana roślinnie. Łatwo ją poznać po tym że upuszczona na nią kropla oleju roślinnego niemal od razu przyciemnia jej kolor z cielistego do głębokiego brązu. Tak, kolor cielisty (w różnym odcieniu, od bladego do prawie pomarańczowego) jest tym poprawnym.

Taką skórę należy kupować jako surowiec. Oczywiście nie świadczy to o obowiązku noszenia kaletek czy butów w tym właśnie kolorze, można ją przyciemnić do dowolnego stopnia w wyniku nacierania olejem, łojem lub też woskowania. Skóra roślinnie garbowana się do tego nadaje, zaś niemożliwe jest to w przypadku skór tapicerskich, które ani wosku ani oleju nie chłoną. Takie najczęściej marszczą się pod wpływem temperatury stopionego wosku*, tłuszczy na zimno - poprostu nie chłoną. Sprawdzone doświadczalnie.

Skóry tapicerskie, garbowane chromowo łatwo rozpoznać. Mają jednolity kolor, jakby malowane farbą. Fakturę "zmarszczek" mają bardzo regularną; nadaną przez odciśnięcie na odpowiedniej formie. Nadają się do rekonstrukcji historycznej mniej więcej tak samo jak polar czy surówka bawełniana na strój tekstylny. Czyli cofamy się poziomem mniej-więcej do roku 2005.

Nie protestuję przeciw skórze barwionej w ogóle, bo proces był znany, choć stosowany sporadycznie. Farbowanie sprzętów skórzanych (zwłaszcza butów) nie miało sensu ze względu na proces ich zużywania. Podeszwy ścierały się w błyskawicznym tempie, doszywano nowe, często po kilka warstw. Ale w końcu takie obuwie nadawało się do wrzucenia do rzeki (np. do Tamizy, jak robili Londyńczycy, czemu zawdzięczamy tyle znalezisk londyńskich butów). Buty, zwłaszcza te stosowane przez Volk, nie należały z pewnością do najładniejszych. Buty dworzan, zwłaszcza włoskich czy bizantyjskich były często wycinane, co zapewniało dobrą wentylację stopom. W Europie centralnej takich znalezisk jest niewiele, warunkował to zapewne klimat. Buty miały chronić przed wilgocią z zarosiałej trawy, błotem, ścieraniem się skóry na stopach i podobnymi czynnikami. Nie mniej ze względu na ceny butów, biedniejszy Volk na co dzień nosił łapcie z łyka, podobne do tych jakie zachowały się w folklorze białoruskim, było o tym na Freha.

Na koniec słowo o historycznych kolorach skór. Najbardziej poprawnymi zdaje się być szeroka gama odcieni brązu. Poza tym historyczna jest skóra w kolorze czarnym, oczywiście uzyskana z cielistej w wyniku intensywnego przyciemniania dostępnymi w średniowieczu metodami, odpuśćmy sobie pastę do butów. Pozostałe kolory skóry wymagały procesu farbowania, o podobnym poziomie skomplikowania co farbowanie tekstyliów. Jednak na inne kolory farbowano głównie to, co nie narażone było na ciągłe działanie czynników atmosferycznych i potu, np. obite skórą skrzynie, nie mniej wiąże się to raczej z bogatą, okrojoną liczebnie częścią społeczeństwa średniowiecznego.
_____________________________
*jednak w wosku podgrzanym do zbyt wysokiej temperatury zmarszczy się nawet skóra roślinnie garbowana. Z temperaturą mimo wszystko - trzeba uważać.

sobota, 13 sierpnia 2011

Ręczne tkanie

Na rynku dostępne są ręcznie tkane materiały. Wg niektórych - szczyt ultrasowości, najbardziej poprawny z poprawnych wyznaczników rekonstrukcji. Inni je krytykują, że przez wyznaczanie trendu na ręcznie tkane materiały zbliżamy się rekonstrukcją do żydowskiej koszerności. W dzisiejszym wpisie będę się posługiwał skrótem, żeby nie powielać sekwencji 2 słów: Ręcznie Tkany - RT.

Chyba najbardziej pewnym (choć nie jedynym) wyznacznikiem ręcznego tkania materiału jest jego szerokość. Tkano kilka szerokości do różnych segmentów odzieży. I tak np. 40cm szerokość mogła służyć do rękawów, 60 do korpusu, 80 do korpusu dla ludzi "dużego formatu". 100cm jest jeszcze do zaakceptowania, taka szerokość jest osiągalna na poziomych krosnach. Oczywiście jeśli tkacz się uprze może zrobić także większą szerokość (np. w przypadku płaszcza, choć nawet te bywały zszywane z kilku fragmentów wełny, por. płaszcz z Bocksten) ale tej metrowej granicy winniśmy się trzymać. Szerokości ponad 100cm są z reguły tkane fabrycznie. Najczęściej spotykane szerokości przemysłowe materiałów to 150, 135 i 170cm. Tych trzeba się wystrzegać jak ognia przy dobieraniu RT materiałów.

Kolejny powód dlaczego takie szerokości a nie inne? Unikanie podkrojów w szyciu. Swojego czasu na forum http://halla.mjollnir.pl/ toczyła się dyskusja nt. podkrojów. Podkroje, tzn odcinanie naturalnie obrobionych krawędzi materiału (jako wynik procesu tkania) wymagają jego dodatkowego obrabiania. My, rekonstruktorzy, przyzwyczailiśmy się przy szyciu ciuchów że to norma. De facto przy szyciu z RT materiałów można sobie tego procesu oszczędzić, poprostu unikając podkrojów. Krawędzie nie będą się siepać. Szycie w RT materiałach, zwłaszcza lnie przy użyciu lnianych nici - to nie to samo co w maszynowo tkanych materiałach; ci, którzy próbowali, wiedzą o czym piszę. Dlatego tunika z Bocksten, a nie robe czy dublet(choć i u Bockstensmanna podkroje występowały).

Do znamion ręcznego tkania należą też nieregularne, ciemniejsze pasy na lnie (po kilka kolejnych nici wątku) nierówne krawędzie (w końcu wątek był ściągany ręcznie), a także zbity splot lnu.

Przeglądając od czasu do czasu allegro kilka razy natknąłem się na nakręcanie klienta hasłami w rodzaju "jak ręcznie tkany" albo nawet chamskim podpisywaniem szarego lnu workowego o luźnym splocie i szerokości 150cm, podejrzewam że nawet z domieszką innego włókna (konopnego? jutowego?) jako ręcznie tkany. Żeby było żałośniej wspomnę, że ludzie się na to nabierają bo materiał schodzi. Piszę niniejszy wpis, żeby takim zjawiskom zapobiec.

Słowo o samych niciach do tkania. Powszechnie na rynku dostępna jest przędza dwuniciowa, jak sama nazwa wskazuje - skręcana maszynowo z 2 nici. Teoretycznie tkać z tego się da, ale nie będzie to rozwiązanie historycznie. Najlepiej taką przędzę (jednoniciową) wytkać samodzielnie. Wchodzi też w grę rozplątanie skręconej dwuniciówki na dwie osobne nici, wówczas tkanina otrzymana z takiej przędzy będzie morfologicznie poprawna, jeśli komuś nie przeszkadza jej maszynowe skręcenie. Jeśli zaś komuś zależy na kompleksowej rekonstrukcji, trzeba zacząć od przędzenia, ale tu, po więcej informacji odsyłam na bloga http://lucivo.blogspot.com/ .

Najbardziej pewnym rozwiązaniem na otrzymanie ręcznie tkanego materiału jest jego samodzielne wytkanie. Najłatwiej to zrobić z wełny, len bywa bardziej upierdliwy. Chętnych w tej materii zapraszam do lektury w/w bloga http://lucivo.blogspot.com/ , autorzy dzielą się doświadczeniami nt. tkania. Tkanie materiału, czyli otrzymywanie najwyższego poziomu rekonstrukcji stroju można, a nawet trzeba dokumentować. Podobnie jak kowal Einar dokumentował tygodniowy proces otrzymywania maksymalnie historycznego noża z rudy darniowej, tj. od zera. Efekty takiego tkania ze względu na brak doświadczenia z początku mogą być mizerne i zniechęcające, ale próbować warto. Bardziej cierpliwi wyjdą na tym z zyskiem.

Pewnie większość czytelników teraz dojdzie do wniosku, że mi odbiło i poza kolorami teraz będę przyczepiał się tkania materiału. Nic z tych rzeczy. Pewne jest, że większości rekonstruktorów najzwyczajniej w świecie nie stać na zakup RT materiałów do wykonania maksymalnie historycznego stroju, lub zabraknie zdolności manualnych lub czasu do samodziałowego wytworzenia takiego specyfiku. Ponadto podejrzenie fałszywości produktów dostępnych na rynku rekonstruktorskim poddają w wątpliwość poziom tak wykonanego stroju. Jest jeszcze jeden powód dlaczego nie - jest masa innych niedociągnięć - kroje, dostosowanie wzorów, podejście do rekonstrukcji postaci, kolorystyka, miecze wycinane z płaskowników i stykowe kolczugi (nawet te nieocynkowane)... rzeka aspektów, które poprawić można, jeśli się tylko chce i jest się odpowiednio doedukowanym reenactorem. Aspektów ważniejszych niż wykonanie samego materiału. Tyle na ten temat.

piątek, 29 lipca 2011

Dach nad głową

Od niedawna na Freha toczy się aktywnie dyskusja o namiotach indywidualnych dla piechoty. Płachty żołnierskie składane w dwuspadowy daszek lub namioty typu diament przedstawiane są jako najlepsze rozwiązanie dla piechoty. Co do dwuspadu - pozwolę sobie się zgodzić, co do diamentu - nie. Powód? Źródła, a właściwie - ich brak. Namioty indywidualne czy grupowe?

Płachty dwuspadowe, dotykające bokami ziemi lub nie, znane są już w źródłach późnorzymskich. Używała ich późnorzymska piechota. Nic dziwnego - kształt wybitnie prosty, mniej skóry do noszenia (Rzymianie używali namiotów skórzanych) niż starszego typu contubernia (łac. namiot). Ten sam wzór pojawia się w X wieku, czasem naciągany na namioty typu Saxon-Geteld. Podobne pojawiają się w ikonografii piętnastowiecznej. Nie wiadomo czy traktować je należy jako wiaty (raczej nie, to byłoby nazbyt luksusowne dla pospolitych piechociarzy) czy też jako namioty dla biednej piechoty, które w połowie XV wieku uzupełnione zostają trójkątami na frontach. Tego typu namioty wydają się być bardziej zdatne do wprowadzenia na imprezach niż szałasy, które widać w ikonografii. Widać, ale też na które zapewnienie surowca często nie ma możliwości (zauważyliście że dostarczane drewno to zazwyczaj ścinki tartaczne a nie duże liście czy gałęzie?).



Najbardziej optymalnym rozwiązaniem byłby grupowy zakup namiotu w kształcie Soldier tenta, (Czy też jego wcześniejszej wersji - Getelda/Saxona) jednak z bardziej neutralnym wejściem. To w kształcie odwróconej litery U jest datowane na późny XV wiek, nie znam przedstawień wcześniejszych niż 1474 (jeśli ktoś takie ma, proszę mnie poprawić, chętnię się doedukuję). Z góry uprzedzam że bryła była znana już we wczesnym średniowieczu; chodzi tu o sam kształt wejścia. Oczywiście w przypadku takich namiotów, roboczo nazwanych "soldier tent" mówimy o namiotach grupowych, przy podziale na "Zeltgruppy" (jak w późniejszej, XVIIIw. pruskiej armii i wcześniejszej armii rzymskiej). Dlaczego namioty grupowe a nie indywidualne? Odpowiedź jest prosta - 1 namiot na kilku żołnierzy stosowany na wyprawie wojennej był łatwiejszy w utrzymaniu niż namiot dla każdego żołnierza. Wówczas przy samym rozstawianiu 1 osoba okopywała a pozostałe, dajmy na to, 5 osób zajmowało się innymi czynnościami obozowymi - poprawianiem napięcia płachty, rozpalaniem ogniska dla Zeltgruppy (dla nieniemieckojęzycznych: Zelt=namiot) itd. Choćby taka czynność jak okopanie 1 namiotu grupowego wymaga mniej pracy niż okopanie 6 namiotów indywidualnych. To samo z rozstawianiem - 2 osoby trzymają maszty, pozostałe 4 zabijają śledzie i w 5 minut namiot stoi.

Przydział jednego namiotu dla kilku żołnierzy nie jest rozwiązaniem wydumanym, a opartym na ikonografii. Jest bowiem kilka przedstawień grupy zbrojnych wychodzących z 1 namiotu. Co prawda to późny XV w. ale chodzi o sam fakt, że szeregowi mieszkali w grupach. Ciężko określić jak dużych, za pewne podyktowanych wielkością namiotu. Jest kapitalną sprawą, że namioty przy tym rozwiązaniu logistycznym da się zrobić na najwyższym poziomie (szary len z Surtexu, nawet szyty ręcznie). Namiot zamykałby się dla grupy 4-6 lekkozbrojnych (czyli tylu ile średnio liczą grupy lekkozbrojnych w Polsce; większe grupy dysponowałyby analogicznie większą ilością namiotów), którzy musieliby się na niego złożyć. I tak przeciętnej wielkości Soldier Tent (podstawa 3x3m plus apsydki), który przy szyciu maszynowym kosztowałby circa 1500zł, przy rozłożeniu na 6 osób wyniósłby już tylko 250zł. To mniej niż indywidualny bawełniany stożek dla każdego. Co prawda wiąże się to z określonymi niewygodami, jak to z mieszkaniem w grupie, ale ma poparcie źródłowe.

Istnieje teoria (Pozdrawiam barda Kakofonixa, jej autora) nt. zastosowania pawilonów, których w ikonografii z epoki jest najwięcej. Mianowicie że każdy rycerz mieszkał w takim pawilonie wraz z pocztem i służbą podczas wypraw wojennych. To zgadzałoby się w odniesieniu do rycerstwa i jego świty (z punktu widzenia poprawności historycznej - koniecznej, co większość fajterów niestety olewa), niestety w odniesieniu do piechoty miejskiej nie zdaje egzaminu. Pawilony były namiotami wybitnie rycerskimi. Indywidualne namioty zamknięte, np. stożki, mogły być domeną dowódców. Podobnie jak pawilony, choć osobiście stawiałbym na stożki - jeśli zawierzyć teorii (jak dotąd najbardziej sensownej), że w pawilonie mieszkał rycerz+poczet.

Nie zgodzę się z teorią, że pospolita piechota na pewno mieszkała w szałasach. Miasta wystawiające na wyprawy wojenne oddziały piechoty były na tyle zamożne, aby wyposażyć je w namioty. Na pewno nie indywidualne, a zbiorcze. Podobnie dziś w warunkach polowych żołnierze mieszkają w NS-ach, które mieszczą około dziesiątkę ludzi każdy. I popełniłbym tutaj hipokryzję odnosząc średniowiecze do czasów współczesnych, gdyby nie fakt, że ta praktyka ma nie jedną analogię w czasach pomiędzy średniowieczem a współczesnością. Szałasy występują w późnośredniowiecznej ikonografii, jednak możliwe jest że mieszkali w nich albo indywidualni najemnicy albo służba (obstawiam tych drugich). Ewentualnie można podciągnąć to pod piechotę miejską bez namiotów sponsorowanych przez podmiot zwierzchni (miasto), np. w przypadku małych miast, dysponujących zaledwie kilkoma "etatowymi" zbrojnymi, którzy na codzień parali się patrolowaniem ulic. Namioty dotyczą na pewno piechoty ciężkozbrojnej - jakoś nie chce mi się wierzyć żeby miasto inwestowało w płaty czy kolczugi i wysyłało na wyprawę wojenną, gdzie sprzęt miejski narażony był na niesprzyjające warunki atmosferyczne i zniszczenie nie przez wrogie wojska a przez warunki atmosferyczne. Aż przypomniała mi się reklama farby Hammerite... [śmiech]

Kilka słów od strony technicznej.
Użytym materiałem do płachty namiotowej powinien być oczywiście len. I to nie byle jaki len sprzedawany na kramach, ale len wybitnie gruby, o gęstym splocie i gramaturze powyżej 500g/m. Nie jest to reguła ale taki zdaje egzamin nawet przy ciężkim deszczu. Bawełnę zaczęto stosować do szycia namiotów w czasach nowożytnych, i to bliżej współczesności niż średniowiecza. Nie można tu pozwolić sobie na ustępstwa, równie dobrze możnaby stosować na płótno namiotowe poliester, mrok pozostanie mrokiem. Zdaję sobie przy tym sprawę że nadal jakieś 90% namiotów w RR to bawełna - ludzie ignorują najczęściej temat namiotów, uważając go za trzeciorzędny, przedstawiając przed niego najczęściej ładny zestaw blach i strój. Kolejność wydaje się być logiczna, ale niesłusznym jest olewanie poprawności historycznej. Namioty kupuje się ot - żeby były. Zabawnym jest że wielu obiecuje sobie wymianę namiotu, ale najczęściej ten pomysł spala na panewce i zostaje w użyciu bawełniany. Aż do podarcia podczas burzy czy przegnicia w garażu. A potem zacerować, wywalić na allegro i niech ktoś inny mroczy.

Oczywiście nie mógłbym nie poruszyć tematu koloru namiotu. Namiot winien być szary. Tak w epoce jak i dziś uszycie porządnego namiotu wymaga dużych nakładów środków finansowych, trzeba się z tym pogodzić. Biały len jest bardziej powszechny na rynku niż szary i jego stosowanie jest pójściem na łatwiznę, nazywajmy rzeczy po imieniu. Nawet w ikonografii te namioty które wydają się być białe de facto są jedynie wybielone naturalnie na słońcu, nawet bez ługowania. Należy więc na starcie kupić szary namiot, który jaśnieje pod wpływem nasłonecznienia i na pewnym etapie eksploatacji daje taki odcień jaki widoczny jest w ikonografii czy na którymś z namiotów leżących w muzeach. Na pewno nie jest to żarówiasta biel otrzymana w procesie bielenia chemicznego. Myślę że to bardzo istotne. Innym punktem widzenia jest praktyka - na szarym płótnie mniej widać brud niż na bielonym. Po pierwszym kontakcie z błotem na dole namiotu bielonego widać syf, co jest mało widoczne lub niewidoczne w przypadku płótna szarego. Wygląda to bardziej estetycznie i nie wymaga prania namiotu co sezon.

Impregnowanie - przy doborze materiału na namiot to częsty problem. Przyszły właściciel namiotu boi się że płótno przesiąknie i zacznie na niego kapać. Kluczowym jest dobre rozstawienie namiotu, a ściślej mówiąc: napięcie płachty. Nasiąknięty len o gęstym splocie puchnie i kolejne krople wody po nim spływają. Nie ma więc obaw o drobny deszcz w środku namiotu. Nie potępiam w tym miejscu szarych namiotów impregnowanych. Impregnatu nie widać dopóki na imprezie jest sucho, a samo posiadanie szarego namiotu jest wielkim krokiem do przodu względem namiotów bawełnianych. Impregnat zaczyna być widoczny gdy stoi szary namiot impregnowany pośród nieimpregnowanych. Nieimpregnowane mają kolor ciemnej, zgniłozielonej szarości, a impregnowane wyglądają jak suche. Ale tak szczegółowym problemem rekonstrukcja zajmować się będzie zapewne dopiero za kilka lat, o ile w ogóle. Warto pogrzebać w źródłach czy impregnowano płótno namiotowe. Impregnaty w aerozolu stosowane współcześnie historyczne nie są, a wosk o którym słyszy się na freha, pękałby przy zginaniu płótna, np. przy składaniu go po imprezie. Ale do tematu wrócimy dopiero za kilka lat, o ile w ogóle.

Śledzie - kute czy strugane?
Powtórzę tylko to co napisała/powiedziała/pomyślała (niepotrzebne skreślić) niejedna osoba na freha czy gdziekolwiek indziej. Kute śledzie nie są wzięte z kosmosu i potwierdza istnienie takich przedmiotów za równo archeologia (choć nie do końca wiadomo czy dany przedmiot był akurat śledziem) jak i ikonografia. Jednak samo ich powszechne zastosowanie przy namiotach warunkuje praktyczność. Kołki wypadałoby strugać co sezon, przy dużej aktywności wyjazdowej nawet 2 razy w ciągu sezonu. Kołki lubią się rozpadać przy wbijaniu w twardy grunt. Tych problemów nie ma w przypadku kutych śledzi, które co prawda stanowią przykład burżujstwa, ale stanowią dopuszczalne ustępstwo w obecnym stanie rekonstrukcji (jak szwy maszynowe w namiotach czy sklejka w środku tarczy). Pozdrawiam krzykaczy którzy zaraz wyrwą się ze swoimi racjami jak to bywa często w dyskusjach nt. wczesnego średniowiecza. Oni też mają prawo głosu (xD).

Wypadałoby na koniec opowiedzieć się po którejś stronie rozważań. Zdaje się że poprawne są jednak 2 rozwiązania, takie też są możliwe do wprowadzenia w życie - namioty w kształcie soldier tenta (ale z bardziej neutralnym wejściem, np. między apsydkami a płaszczyzną dwuspadu) i dwuspadowe płachty żołnierskie. Te pierwsze winny być stosowane w przypadku zorganizowanych grup piechoty, te drugie w przypadku indywidualnych rekonstruktorów. Mało jest rekonstruktorów, których stać na zakup 2 namiotów naraz (płachta do wypraw i namiot zamknięty do imprez stacjonarnych). Na wyprawach można umieszczać 2-3 osoby pod 1 płachtą, na imprezach stacjonarnych gościć 1-2 osoby w namiocie zamkniętym. Kwestia znajomości i dogadania się.

czwartek, 21 lipca 2011

Tarcze piechoty

Dziś słowo o tarczach z których korzystały formacje drabów, straży miejskich w polu. Modele, technologia wykonania, mocowanie, wzmacnianie krawędzi, malowanie.

Pawęże
Wywodzą się z rejonów Mazowsza-Prus-Jaćwieży-Litwy i stamtąd właśnie pochodzą najstarsze ich przedstawienia (jeśli rozumieć pawęż jako tarczę z pionową granią/ością biegnącą pośrodku tarczy). Jednak ślady po pawężach mamy na przedstawieniach książąt takich jak: Trojden, Wacław, Kiejstut i Siemowit II. Są to tarcze rozmiarowo niewielkie, zbliżone gabarytowo do tarcz trójkątnych (~70-80cm). Jako tarcze powszechnie używane wśród piechoty możemy zaobserwować eksplozję ich popularności w latach czterdziestych i pięćdziesiątych XV wieku. Od tego momentu datuje się większość zachowanych pawęży. Pawęże są najpowszechniej stosowanymi (obok puklerzy) tarczami wśród piechoty datowania dogrunwaldzkiego. Niesłusznie, nie były wówczas powszechne.

Puklerz
Przedstawień piechoty z puklerzami jest dość dużo. Była to tarcza mała, poręczna, dobra do patrolowania ulic, ewentualnego bezkrwawego spacyfikowania niepokornego łobuza. Tarcza kapitalnie spisująca się podczas walki na murach. Przedstawień jest bardzo dużo, zachował się nawet traktat o walce na puklerz i miecz (Codex I33). Tarcza jak najbardziej poprawna.

Eischild
Ostatnio zyskującym na popularności w RR, a w zasadzie chyba najbezpieczniejszym i najbardziej poprawnym rozwiązaniem kwestii tarcz jest tarcza owalna/jajowata, nazwana tutaj roboczo z niemiecka Eischild. Model pojawia się jeszcze w starożytności, jest obecny we wczesnym średniowieczu (Situla Akwizgrańska, Codex PER F 17) jednak w tej epoce można go traktować jako ciekawostkę na rzecz wszechobecnych okrągłych tarcz wikińskich. Podobnie jako ciekawostkę, regionalizm można traktować te tarcze w pełnym średniowieczu; w XIV wieku zyskują na popularności, zwłaszcza wśród piechoty, nie mniej domeną piechoty nie były. Przykładem jest tarcza paradna Karola z Trewiru, datowana na ok. 1320 rok. W ikonografii występują dość licznie. W przeciwieństwie do pawęży graniowych występują w okresie okołogrunwaldzkim (Codex Vindobona 1411) i są najbezpieczniejszym technologicznie i potwierdzonym w ikonografii typem tarcz. Poniżej kilka przykładów:


Trójkąt
Bywa, że w ikonografii widzi się straż miejską sensu stricto, przynajmniej wszystko na to wskazuje poza kształtem tarczy. Potwierdzenie, że trójkątów używała piechota teoretycznie jest, ale patrząc z praktycznego punktu widzenia - jednak była to tarcza wybitnie rycerska. W praktyce zdawała egzamin używana konno. Piechota raczej nie pancerzyła nóg, zaś kolana mogła zakrywać tarcza. Takie przedstawienia piechoty z tarczami trójkątnymi powinno się brać na margines błędu - miniaturzysta uwiecznił piechotę z takimi tarczami bo takie akurat widział na turnieju. W ikonografii trzynastowiecznej trójkąty spotkać można także u piechoty. Jednak interpretowałbym to raczej jako wariant/formę ewolucyjną migdała, używaną dopiero w trakcie wykształcania się symboliki rycerskiej. Tarcza trójkątna, nawet długa, nie jest najlepszym rozwiązaniem.

Dużych tarcz straże miejskie nie używały podczas rutynowego patrolowania ulic. Były ciężkie, nieprzydatne. Podobnie dziś policja na patrolach nie nosi dużych tarcz jakich używa do tłumienia zamieszek. Do takich właśnie celów używano tarcz w epoce. Poza tym miały zastosowanie bitewne. Tworzyły ścianę będącą osłoną dla kuszników. Nie mniej ilości kusz i tarcz w spisach arsenałów miejskich nie wskazują na to żeby każdy kusznik miał pawęż i chował się bezpośrednio za nią podczas przeładowania broni.

Tarcze wytwarzano najczęściej z drewna lipowego, ze względu na jego specyficzne właściwości. Już prawo norweskie z XIII w. definiuje je jako tworzywo do produkcji tarcz. Drewno lipowe jest dobre jako materiał nośny tarczy ze względu na brak tendencji do rozszczepiania się. Przytoczę wynik eksperymentu który przeprowadziłem dawno temu na lipowym pieńku. Trzeba było wbić siekierę na 3/4 wysokości pieńka aby się rozszczepił. To był jeden pieniek i ciężko stwierdzić czy każdy kawałek drewna tego gatunku i kształtu właśnie tak by się zachował, nie mniej daje to do myślenia o jego właściwościach. Nie bez powodu zachowane tarcze (i mam tu na myśli w tej chwili nawet trójkątne których zachowało się stosunkowo dużo) nie mają wzmacnianych rantów, co tak powszechnie stosowane jest przez współczesnych "fajterów". Były wykonane z odpowiedniego gatunku drewna, które nie wymagało obijania rantu skórą 4mm i papiakami. Poza tym technika przyjmowania ciosów na tarczę zapewne wyglądała nieco inaczej; tarcze, zwłaszcza te duże, chroniły przede wszystkim przed bełtami i sztychami dowolną bronią.

Trzeba zaznaczyć że tarcze-arcydzieła są specyficzne dla 2. połowy XV wieku. Niektóre technologie zdobnicze dla tarcz rekonstruktorzy protogrunwaldzkiego datowania wykorzystują (jak ktoś to ładnie nazwał) per analogiam do czasów wcześniejszych, np. napis gotycką czcionką wzdłuż krawędzi tarczy i wizerunek świętego w środku. Jak długo wertuję źródła tak nie znalazłem jeszcze potwierdzenia dla podobnych praktyk tak wcześnie. W dość schematycznej ikonografii najczęściej figurują tarcze z prostym, często tylko dwubarwnym motywem, bądź też tarcze jednobarwne. I tej prostoty się trzymajmy.

Słowo o mocowaniu tarczy. W pawężach graniowych dominują imacze centralne w kształcie litery Y. W Eischilder zaś wszystko wskazuje na imacze poprzeczne, podobne jak w tarczach trójkątnych. Taki układ nitów jest w (analogicznego kształtu) tarczy z Wrocławia z literą W, w tarczy Karola z Trewiru. We włoskiej ikonografii widoczny jest także pionowy układ mocowania tarczy (imacz poziomo na dole, pas mocujący przedramię poziomo, powyżej). W przypadku dużych tarcz wskazany jest także montaż pasa nośnego do przerzucenia przez ramię, celem odciążenia lewej ręki. Trzeba poruszyć też temat podkładek do nitów mocujących paski i imacz. Powszechnie stosuje sie ocynkowane podkładki kupowane w większości sklepów budowlanych. Poprawnym rozwiązaniem są podkładki kwadratowe lub kute gwoździe, odpowiednio zagięte i wbite "z powrotem w dechę". Wykonuje się podkładkę najprościej wycinając kwadrat z paska blachy i wiercąc otwory. Dla większej świadomości poprawności historycznej - można takie zamówić u kowala. Podobnie z nitami - półokrągłe łby to jednak nie to. Albo kute gwoździe, albo nity kute samodzielnie z pręta, np. grubości 4-5mm. Grunt to zachowanie poprawnego morfologicznie kształtu tych elementów tarczy.

Historyczne malowanie tarcz to także odrębny temat, podobnie jak spoiwa stosowane do łączenia desek i okleiny. Rozwinę go w kolejnym wpisie bądź aktualizacji niniejszego.