wtorek, 24 lutego 2015

Zwiad III.

Od ponad roku nie było nowości w temacie wypraw sezonu pozasezonowego. Rakietą zima-zima od okolic sylwestra 2013/14 do 2. połowy lutego 2015 wracamy do cyklicznej już imprezy pt. "Zwiad". Tym razem przenosimy się do pełnej zwierzyny wszelakiej Puszczy Ostródzkiej. Tak, pilnie patrolujemy tereny pograniczne państwa zakonnego. To już trzecia odsłona Zwiadu, odsyłam do 2 poprzednich relacji:
Zwiad I
Zwiad II

Myślę, że każdy przyzna, że marsz w warunkach zamarzającego i topniejącego gruntu nie należy do najprzyjemniejszych. Ale kto mówił że będzie lekko? Grudy lodu wrzynają się w stopy, marznące błoto lepi się do butów. Od ciepła oddawanego przez stopy woda wsiąka w skórę buta, później przesiąkając w wełnę wychładza stopę. Jeśli wybierasz się na jakikolwiek marsz zimowy, 2 pary skarpet obowiązkowo wpisz na listę podstawowego szpeju. Bez tego ani rusz. A wszystko w stuprocentowej wełnie, bo - jak powszechnie wiadomo - nawet 5% domieszki zauważalnie zmienia właściwości termoizolacyjne wełny. Jakkolwiek podobnej pogody po końcu lutego można było się spodziewać, mieliśmy nadzieję na mróz i śnieg. Zastaliśmy trochę jednego i drugiego, ale to jednak nie do końca to, co chcieliśmy oglądać. Marzą się jednak białe Mazury pokryte świeżym śniegiem.

Zrealizowaliśmy trasę 54,5km (12+32+10km) i 2 noclegi w terenie w ciągu 48h bytowania w warunkach historycznych. Szlak nie należał do płaskich, bardzo często mieliśmy pod górkę. Niestety nie obeszło się bez odcinków pokrytych asfaltem - w takich momentach pozostaje pobocze, ale bliskie towarzystwo samochodów psuje nie tylko widoki, ale i klimat. Mimo to, ok. 80% trasy, która wiodła przez dzicz, pozwoliło nam sprawdzić bieżący szpej w warunkach marszowych. Zdecydowałem się ograniczyć wyposażenie do zbędnego minimum - jak na wyprawę zimową, oczywiście.

Mimo to okazało się go za dużo. To była moja 8. wyprawa i muszę przyznać, z upływem czasu każdy woodrunner zrzuca szpej, w ideale dążąc do zestawu medieval-Rambo: nóż [koniec listy]. Ale wróćmy do realiów wypraw zimowych. Zapasowe nogawice to mus, jeśli używa się nogawic ze stopką. Nogawice nie zajmują wiele miejsca, można zmieścić je w "baleronie" na plecach razem z innym inwentarzem drobnym, który nie wymaga bezpośredniego dostępu (jak np. nóż, zawieszony u paska). Prowiant zabrałem klasyczny, bez rewolucji: suszona kiełbasa, pieczywo żytnie, żurawina, ser kozi, ser bawoli w ziołach, jaja na twardo, litr wody w glinianej manierce.

Z praktycznych stron szpeju przetestowałem kieszenie w tunice, wykańczane krawędzią tkaną na tabliczkach (pozdrowienia dla Tesi, która je zrealizowała). Przy niskiej temperaturze są bardziej wygodne i praktyczne jak rękawice, ale przy mrozie wypada już włożyć na dłonie coś więcej. I przez otwory w tunice wieje, więc tuniki z kieszeniami wypada nosić na innym ubiorze wełnianym (w moim przypadku: koszula wełniana).

Warunki marszowe ciężkie, ale - jak pokazuje praktyka - osiągalne. Tako rzeczę ja, jeden z partycypantów, pozdrawiając czytelników spod grubego koca, z ciepłą kawą w kubku. Na koniec, kilka zdjęć:


piątek, 13 lutego 2015

Głodziec

No i stało się. Volkowy sektor XV w. ruszył na Grodziec. Dość tłumnie, bo 8 osób. Jak na tą porę roku i lokalizację w lewym dolnym rogu mapy - zacnie.

Poza tym że wyprawa z drugiego końca kraju (tak, Poznań, macie lepiej) to dość poważne przedsięwzięcie logistyczne, impreza okazała się być nad zwyczaj udaną. Zimowe wyjazdy to zawsze dobra okazja do sprawdzenia szpeju w praktyce: czy jeśli zdaje egzamin latem, sprawdzałby się także zimą?

Za co lubimy Grodziec? Za fabułę, za warsztaty, za jedzenie, za gry, za zorganizowanie wszystkiego tak, że nikt się nie nudził i każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

Z tego miejsca dziękuję organizatorom za trud włożony w organizację imprezy, pomysłowe rozwiązywanie problemów, z którymi zderza się rekonstruktor w niskich temperaturach (tak, mam na myśli rosół), kreatywność w planowaniu programu imprezy.
Robertowi, Drzemikowi, Numlockowi, Buce, Arturowi, Matiemu, Zielakowi za mobilizację.
Kolegom i koleżankom z reko za doborowe towarzystwo.
Czechom - za wojskową dyscyplinę, znajomość pieśni wojennych i... komendy :)

Zdawkowy raport pozwolę sobie uzupełnić garścią zdjęć. Temperatury i atmosfery to nie odda, ale to zawsze jakiś przekaz pt. "co się działo". Za obiektywem: Marta K., Konrad Ch., Tomasz S.






sobota, 29 listopada 2014

Powinności wojskowe chłopów, rozbicie dzielnicowe - cz. 1


Wbrew pozorom i obiegowej opinii chłopi nie byli całkowicie uwolnieni od ciężarów wojskowych. Ponadto stwierdzić można, iż ze względu na różnorodność i ilość powinności wojskowych to właśnie oni ponosili główny ciężar obrony kraju. Geneza powinności wojskowych chłopstwa wynikała jeszcze z czasów panowania prawa książęcego. Prawo to nie było kodyfikowane, ale dzięki późniejszym immunitetom i przywilejom w których było znoszone, można prześledzić pewne tendencje, które w nim obowiązywały. Równie ciekawe i ważne dla omawianej sprawy były dokumenty związane z lokacjami na prawie niemieckim. To właśnie w nich znoszono dawne prawa – często nie wszystkie, a także nadawano nowe. W przypadku nie posiadania przez wieś dokumentu – braku lokacji, poddani z tej osady musieli stosować się do prawa zwyczajowego panującego wcześniej na danym terenie. W zasadzie można przyjąć iż w XIII wieku każdy chłop był zobowiązany do służby wojskowej na rzecz swojego pana. Na wyprawę, każdy miał stawić się uzbrojony, wyposażony własnym sumptem i służyć w niej na własny koszt. Mimo to trudno jednak przypuszczać by każdego mieszkańca wsi stać było na odpowiednie uzbrojenie i wyposażenie. Być może, podobnie jak w czasach Warneńczyka, na wyprawienie jednego zbrojnego składało się kilka zagród chłopskich.

Początkowo zbrojni wywodzący się ze wsi służyli we wszystkich wyprawach, również tych poza granice kraju, lecz wraz z upowszechnieniem się prawa niemieckiego i powiązanych z nim immunitetów, rola chłopów w tych wojnach malała. Mimo to niejednokrotnie zdarzało się, że władca w dokumentach wyłączał z ulg obowiązek wyprawy – wtedy mieszkańcy danej osady czy ziemi objętej danym przywilejem dalej musieli służyć we wszystkich wyprawach tak obronnych jaki i zaczepnych, na terenie księstwa a także poza nim.

Innym wyjątkiem, bardzo swoją drogą ciekawym, były regulacje w których udział w wyprawie uzależniano od tego z kim przychodziło walczyć. Zwolnienia z udziału w wojnie w wielu wypadkach mogły nie dotyczyć walki przeciwko poganom. Wydaje się to logiczne jeśli weźmiemy pod uwagę częstotliwość i skalę najazdów Litwinów, Prusów i Jaćwingów pustoszących ziemie podległe Polskim książętom.

Wystawiający dokument władca często zastrzegał, iż zwolnienia nie dotyczyły wojny obronnej jako takiej. Zdarzało się, że ograniczano tą powinność w większym stopniu, wyznaczając w dokumencie, której części władztwa mieli mieszkańcy wsi bronić, przy czym była to najczęściej ziemia na której dana wieś leżała. Dobra kościelne były często zwalniane z obowiązków wojskowych, innych niż wojna obronna. Mimo zabiegów o uchylenie i tych powinności, ze swoich dóbr duchowni musieli dostarczyć żołnierzy na zasadach określonych w dokumentach, bądź regulowanych zwyczajowo. Czasami na udział w wojnie wymagana była zgoda właściciela wsi lub specjalny dokument władcy powołujący poddanych pod broń.

Innym rodzajem walki z bronią w ręku w jakiej brali udział chłopi był obowiązek pogoni. Jak sama nazwa wskazuje polegał on na pościgu i wyłapywaniu rozbitego przeciwnika. Ta powinność była również często poddawana ograniczeniom, gdyż dotyczyła najczęściej tylko przyległych do wsi terenów. Co wydaje się zrozumiałe, gdyż nikt lepiej nie znał miejsc gdzie wróg mógł się ukryć lub dróg którymi mógł się wycofywać niż lokalna ludność. Wypełnianie tego ciężaru nie było służbą w oddziałach dowodzonych przez władcę, ale nie można odmówić jej charakteru wojskowego, wszak prowadziło do starcia z przeciwnikiem, który uciekał w większych lub mniejszych grupach.

Odmiennym rodzajem służby wojskowej chłopów z bronią w ręku była powinność stróży. Była to powinność polegająca na odbywaniu służby w pobliskim grodzie lub zamku, który wyznaczeni ludzie mieli strzec. Szczególne znaczenie wypełnianie tej powinności miało w czasie wojny, gdy wojska wyruszały na expeditio, ale mimo to w czasie pokoju również była potrzebna. O stróży wspominał autor kroniki wielkopolskiej, tymi słowami „„Czemu dla małej zdobyczy gardzicie większą? Oto bowiem grodu Zbąszynia trzech tylko mężów strzeże, czekając na innych, którzy przyjdą na stróżę do grodu” Usłyszawszy to rabusie i poszedłszy jakby w celu odbywania stróży grodowej, takim podstępem wkroczyli do grodu i zajęli go”. Obowiązek ten był o tyle istotny, że grody stanowiły o sile obronnej kraju. Takich punktów umocnionych zaopatrzeni w broń i zapasy chłopi mogli długo bronić. Pełniących obowiązek w grodzie inni chłopi zmieniali co jakiś czas. Mimo że zdarzały się zwolnienia władcy z tej powinności, to często zastrzegano w dokumencie, że nie dotyczyło to sytuacji gdy na kraj najechał nieprzyjaciel lub wymarszu własnych wojsk.

Stróżę pełniono również przy bronach, które były niewielkimi umocnieniami położonymi przy traktach prowadzących w głąb kraju na terenie przygranicznym. Pobierano przy nich również cło o nazwie brona. Tych przejść granicznych, a czasami również grodów, strzegła odrębna kategoria ludności chłopskiej zwanej stróżami. Zachodziły pewne podobieństwa między tą kategorią ludności a rycerstwem. Podobnie jak ci ostatni, byli oni zwolnieni z danin, ale zobowiązani byli do ponoszenia wszelkich ciężarów wojskowych. Ludność ta podczas pokoju zajmowała się rolnictwem, co odróżniało ich od warstwy feudałów, gdyż rolę uprawiali sami. Nie byli przy tym właścicielami wsi i ziemi na której pracowali. Dlatego wydaje się iż większe podobieństwo zachodziło pomiędzy nimi a ludnością wsi służebnych. Z tą różnicą, że ich służebnością była służba wojskowa, a nie obowiązek produkcji i dostarczaniu władcy czy jego grodom pewnych dóbr.

Chyba najstarszą wzmianką o rycerstwie grodowym, a raczej ludności pospolitej służącej na grodzie, można odnaleźć w kronice Thietmara. Aż trzykrotnie wymieniał on wietników miśnieńskich. Byli to ludzie mieszkający na podgrodziu, którzy w czasie zagrożenia mieli bronić umocnień. Gdy w 1015 roku Mieszko łupił okolicę i atakował gród „wietnicy, zwątpili w możności ocalenia i zostawiając prawie całą chudobę schronili się do warowni leżącej w górnej części grodu”. Jak wiadomo wymieniona warownia zwana castellum superius była wewnętrznym umocnieniem położonym wyżej niż inne i stanowiła schronienie do którego dostęp miała wyłącznie załoga grodu. Zatem wietnicy, którzy mieli tam wstęp, musieli stanowić część tej załogi.

W kronice Galla Anonima zachowała się wzmianka o wojowniku, który uratował życie władcy. Kronikarz całe zajście opisywał tymi słowami „pewien wszak prosty żołnierz*, choć nie ze szlachetnego rodu, szlachetnie pośpieszył mu z pomocą, gdy już miał zginąć, co następnie Kazimierz hojnie mu odpłacił, bo i miasto mu nadał, i co do godności wyniósł go między najdostojniejsze rycerstwo”. Trudno byłoby przypuszczać by osobę pochodzenia rycerskiego książę wyniósł do stanu z którego ta pochodziła, czemu i tak kronikarz zaprzeczył pisząc „pewien wszak prosty żołnierz, choć nie ze szlachetnego rodu”. Niewątpliwie więc mamy w tym wypadku do czynienia z przedstawicielem nizin społecznych,który brał udział w wojnie.

W dokumencie Henryka Brodatego wydanego dla Trzebnicy w roku 1224 występują ludzie określeni jako milites pogrodschi. Początkowo twierdzono iż byli oni rycerzami posiadającymi wsie i zamieszkujący tereny nieopodal grodu którego mieli bronić. Wydaje się jednak, że gdyby w rzeczywistości przynależeli do warstwy rycerskiej to władca nie dysponował by nimi z tak dużą dowolnością z jaką czynił to później. Książę nadając wsie zamieszkałych przez owych milites pogrodschi nie dokonywał z nimi żadnych zamian i transakcji, jak miało to miejsce w innych przypadkach. W związku z tym wydaje się iż należy ich zakwalifikować do ludności pospolitej, trudno jednak stwierdzić czy wolnej osobiści czy nie. Dokładne określenie ich statusu utrudnia również fakt iż w późniejszych czasach część z nich została zdegradowana do roli chłopów, a część dostała się do stanu szlacheckiego. Zdarzało się również, że pozostawali zawieszeni między stanami, zachowując mocniejszą pozycję niż chłopi, ale mimo to nie mogąc dostać się do stanu rycerskiego.

W roku 1271 Bolesław Pobożny nadał Jakubowi, Andrzejowi i Albertowi w dziedziczne posiadanie wieś Kamieniec. Nadanie różni się od innych tym że odbiorcy dokumentu zwani byli w nim nie miles, a ministrales. Zdaje się to sugerować iż dziedzice tej wsi nie byli szlachetnego pochodzenia. Na pewno byli w jakiś sposób związani z wojewodą Gnieźnieńskim na prośbę którego wystawiono dokument. Za pospolitym pochodzeniem Jakuba, Andrzeja i Alberta może również przemawiać fakt, że jeszcze w XVII wieku ich potomkowie posiadali niezależną pozycję, a w dokumentach zwani byli „mieszczanami ze wsi Kamieniec”.
________________________________
*W wydanym tłumaczeniu kroniki użyto termin „rycerz”, mimo to w tym wypadku dla jasności należy użyć słowa żołnierz lub zbrojny ew. nie tłumaczyć i pozostawić milles. 

środa, 19 listopada 2014

[Recenzja] Michel Pastoureau - Niebieski. Historia koloru

Jakiś czas temu wpadła mi w ręce dość ciekawa książka, także z uwagi na krytykę koloru niebieskiego, którą wcześniej podjąłem. Okazuje się, że prof. Pastoureau w treści danej książki dowodzi wielu kwestii, które poruszyłem wcześniej: niebieski był drogi, reglamentowany, skomplikowany w produkcji, etc.

Pastoureau porusza także kilka kwestii, których nie zgłębiłem dotychczas i chciałbym się nimi podzielić.
Inną książkę tego autora recenzowała już Owka.

Europejczycy do XII wieku nie widzieli lub nie potrafili nazwać koloru niebieskiego. Taką tezę przedkłada Pastoureau. Do XII w. Wyróżnia sie 3 zasadnicze kolory: czerń, biel i czerwień, które są w jakiś sposób nacechowane symbolicznie. Do tego dochodzą w XIII wieku żółć i zieleń. Nazwy tych pierwszych mają przydzielone znaczenie symboliczne jeszcze od starożytności. I to właśnie ich symbolika przekłada się na ich zastosowanie w zdobnictwie, malarstwie a także farbiarstwie. Kluczem do zrozumienia dobierania danych barw jest myślenie ludzi nadanym etapie rozwoju cywilizacji. Na etapie średniowiecza góruje tu symbolika barw.

Urzet a indygo. Epoka jeansów a epoka nogawic.
Powinniśmy nauczyć się, że obecne myślenie na temat niebieskiego i jego wszystkie skojarzenia i konotacje wynikają z dziedzictwa epoki nowożytnej, zaś w kontekście samego ubioru - XIX i XX w. To czasy odkrycia i wprowadzenia do produkcji błękitu pruskiego - sztucznego barwnika, który zrewolucjonizował farbowanie na niebiesko i radykalnie obniżył jego cenę i - przede wszystkim - uniezależnił jego produkcję od importów indygo zza morza. Pamiętajmy że w pewnym momencie indygo wyparło urzet i mimo kilku prób reaktywacji jego upraw, ostatecznie uprawa urzetu zakończyła się fiaskiem.
W kwestii urzetu prof. Pastoreau także zajmuje stanowisko. Na handlu pastelem (zmielonymi liśćmi urzetu sprasowanymi w kostki) niektóre miasta zbiły fortunę; nie znaczy to jednak, że farbowały masowo, ale raczej jakościowo. Tym bardziej, że autor wspomina o odbiorcy produktów - był to głównie dwór. Autor nie podaje cen urzetu, ale odsyła do tych treści. Wystarczy wspomnieć, że istniał wyspecjalizowany zawód zajmujący się farbowaniem na niebiesko, któremu zakazywano farbowania na czerwono (i odwrotnie), a łamanie tego typu przepisów związane było z poważnymi sankcjami.

W ogólnym zarysie, osoba, która przeczytała niniejszą książkę może przyjąć, że niebieski był popularny, jeśli tyle o nim piszą. I po części należy przyznać czytelnikowi rację. W kontekście epoki nowożytnej, ma się rozumieć. Od wprowadzenia indygo do produkcji tkanin niebieskich. To właśnie import indygo, którym farbuje się na niebiesko łatwiej, bardziej równomiernie i efektywnie, dokonał pierwszej rewolucji w farbowaniu na ten kolor. Wcześniejsze praktyki związane z obróbką urzetu były zdecydowanie bardziej skomplikowane, co ponownie dowodzi, że musiał zajmować się tym fachowiec.

Książka oczywiście nie jest pozbawiona mankamentów. Ale gdzie ich nie ma? Moim zdaniem, autor kładzie zbyt duży nacisk na symbolikę kolorów, co bardzo łatwo usprawiedliwić faktem, że Pastoureau to specjalista w zakresie mediewistyki i nauki o symbolach. Jednak nie wykluczam, że jest to swojego rodzaju przełom w odkryciu pewnego pola myślenia ludzi średniowiecza, "ugryzienie kanapki z drugiej strony". Pastoureau wspomina oczywiście o tym, że starożytni Celtowie umieli farbować na niebiesko. Jednak jak dobrze wiemy - nie ma bezpośredniej ciągłości kulturowej między nami a starożytnymi Celtami. Z tego też zręcznie wyprowadza, poprzez renesans karoliński, XII i XIII wiek aż po reformację, która zmieniła wiele. Jako ciekawostkę wspomnę, że ciekawym doświadczeniem byłoby przeczytać książkę drugi raz, wspak. Z naciskiem, na to, co miało miejsce w historii kulturowej koloru niebieskiego między średniowieczem a dniem dzisiejszym.

Z punktu widzenia rekonstrukcji.... polecam na półkę przede wszystkim każdemu domorosłemu farbiarzowi.

piątek, 31 października 2014

Przeprowadzka

Już wkrótce zapraszamy pod nowym adresem:

http://www.projekt-volk.pl/

Trwa budowa strony.

poniedziałek, 27 października 2014

Mons Silentii

Ludzie mają różne pomysły co zrobić w październikowy weekend. Można oczywiście rozwodzić się nad różnymi przykładami, o ile jest na to miejsce i czas. Dla nas zupełnie normalne jest przebrać się za włóczęgów, zebrać ekipę wyprawową i pohasać po skałach.

Ślęża ma całkiem dużą wysokość względną (ponad 500m) , nie jest to pagórek, choć wyrasta z niemal całkiem płaskiego przedgórza sudeckiego. Było kilka zdecydowanie stromych odcinków. Zdjęcia nie są w stanie tego oddać. Specyficzne podłoże dość boleśnie ale skutecznie uczy używać replik obuwia.

Jako prowiant zabraliśmy głównie suszone mięso, jabłka i orzechy, chleb żytni domowego wypieku, jajka na twardo, ser bawoli w ziołach, ser wędzony.

Ruszyliśmy w składzie pięcioosobowym. Wyprawa nastawiona na dwudniowy marsz z Sobótki do Kątów Wrocławskich. Byliśmy nastawieni na Dolinę Bystrzycy i zdobycie Ślęży. Udało się tylko to drugie. Po nocnym schodzeniu z góry mieliśmy dość, zatem Dolinę Bystrzycy odkładamy na kiedyś.

Z osobistych doświadczeń podzielę się kilkoma. Po pierwsze: redukujcie ilość szpeju na szlaku, albowiem nigdy nie wiecie ile nadbagażu dostaniecie w sytuacji awaryjnej. Po drugie - pojedyncza podeszwa w butach nie wróży odcisków po marszu przez kamienistą drogę, ale to kwestia indywidualna. Po trzecie - krajka kapitalnie sprawdza się jako pas nośny do ceramicznego bukłaka. Po czwarte - przygotowanie kondycyjne to dobry pomysł. Po piąte - przemyślany prowiant nie przekroczy wagowo 0,5kg na 2 dni, jeśli pozbawić go wody.

Łącznie zrealizowaliśmy ok 23km trasy dzielone noclegiem "na krzakach". W poziomie. Ciężko powiedzieć ile w pionie. Trasa nie należała do najłatwiejszych, choć sprawę znacznie ułatwia doświadczenie.






piątek, 26 września 2014

O łączeniu standardów

Od pewnego czasu obserwuję w otoczeniu pomysły łączenia 2 standardów lnu. Mam tu na myśli przeszywki, w których ręcznie tkana jest tylko wierzchnia warstwa, w lepszym wypadku - wierzchnia skrajna i spodnia skrajna; wewnętrzne warstwy pozostają tkane fabrycznie. Chciałbym dziś rozważyć sens takiego rozwiązania.

Po pierwsze. Czym różni się na pierwszy rzut oka ręcznie tkany len od fabrycznego? Myślę że nawet dla wprawionego oka obserwującego z odległości 2 metrów - niczym. Można oczywiście debatować o siermiężności, dobiciu wątku, specyfice krawędzi (ale jak, jeśli są obszyte), et cetera. Zatem w jakim celu pojawiła się taka koncepcja?

Po drugie. Dlaczego chcemy pokrywać przeszywki ręcznie tkanym lnem? Miałoby to sens, jeśli pokrywałoby się je np. aksamitem jedwabnym (Charles VI, Malatesta), otrzymując w ten sposób wyrób luksusowy, ładny. Do czego w tym kontekście prowadzi zastosowanie ręcznie tkanego lnu jako jedynie wierzchnią warstwę? W ciemny zaułek.

Po trzecie. Jeśli już używamy samodziałów, to robimy to dla siebie, dla własnej świadomości jakkolwiek rozumianej "koszerności" wyrobu. A na ile wyrób będzie w naszej świadomości prawilnym jeśli zdajemy sobie sprawę z wsadu? Czy nie oszukujemy wtedy samych siebie?

Po czwarte. Łączenie maszynowo tkanego lnu z samodziałem, podobnie jak używanie współczesnej apreturowanej nici do jego szycia, to podobny mankament jak dokładne szlifowanie zespawanej blachy lub tulejki włóczni, żeby zakryć spaw, którego koniec-końców i tak jesteśmy świadomi. To jak stroje szyte maszynowo z ręcznym wykończeniem. Podobnym przykładem jest użytkowanie ceramiki z cepelii, tłumacząc sobie że szkliwiona ceramika była, a wzory są na tyle proste że na pewno ktoś wpadł na nie w epoce. Można byłoby też przyrównać to do kolczugi stykowej z rękawami z nitowańca - bo rękawy nie są przykryte niczym innym. Na różnych gruntach ciężko znaleźć dobre porównanie z uwagi na różnorodność ich specyfiki.

W łączeniu standardów znaleźć też można kroplę egoizmu. W przypadku samodziałów z którymi mamy do czynienia, trzeba mieć świadomość że ich zasoby nie są niewyczerpalne. To zabytki, które kiedyś się skończą, albo będą tak okazjonalne, że trzeba będzie rozwinąć własne technologie żeby zaspokoić potrzeby rekonstrukcji. Takie technologie powoli powstają (pozdrawiam Rosamar), ale na pewno ciężko będzie zaspokoić rynek rekonstrukcji z 1, 2 a nawet i 10 źródeł. Jeszcze bardziej jak pewne jest to, że ceny lnianych tkanin rekonstruowanych od zera nie będą tak atrakcyjne jak dzisiaj dostępne samodziały. Może zapychać nimi szafy dopóki są dostępne? Spieszmy się kupować samodziały, tak szybko schodzą...

Do czego zmierzam? Na pewno nie do hejtowania obecnych posiadaczy podobnych rozwiązań, raczej do zapobieżenia podobnym w przyszłości. Wpis ten, jak wiele innych, jest propozycją: dawajcie, spróbujemy coś zmienić, a może zmienimy na lepsze. Z tego miejsca pozdrawiam obrażonych, którzy odebrali niektóre z wcześniejszych wpisów jako atak.

Na koniec dodam, że należy sobie zadać pytanie gdzie właściwie leży granica rekonstrukcji i czy na pewnym etapie nie należy sobie dać spokój. Oczywiście, należy. Każdy wyznacza sobie ten pułap sam. Jednak albo jeździmy BMW, albo Fiatem. Nie można wyjąć części z BMW i przełożyć tak poprostu do Fiata; w każdym razie na pewno Fiat nie stanie się przez to BMW.