piątek, 7 września 2012

Buty

Temat butów w średniowieczu to temat-rzeka. Znalezisk jak i typów jest wiele, a analizować jeszcze więcej. Tak na prawdę to temat dobry na obszerną rozprawę naukową. Ja jednak postaram się ująć w formie jednego wpisu to, co najważniejsze. jest dość trudny. Buty zrobione co najmniej tak jak należy weszły do polskiego RR właściwie niedawno, jakieś 2-3 sezony temu. Mam tu na myśli oczywiście buty szyte na wywrotkę. I choć nawet wśród nich często zdarzają się kwiatki typu doszywana podeszwa z bieżnikiem, skóra tapicerska na przyszwie czy stosowanie niepoprawnych wzorów dla odtwarzanej epoki, postęp nad wymienianiem butów w środowisku na poprawne jest zauważalny, choć powolny.

Dla zupełnie zielonych. Szycie butów na wywrotkę polega na szyciu mizdrą (włochatą stroną skóry) na zewnątrz, po czym but moczy się i wywraca na prawą stronę, tzn licem (gładką stroną skóry) do wierzchu. Zasadnicze pojęcia: podeszwa - spodnia część buta, przyszwa - górna część buta, cholewka - część powyżej kostki, w przypadku wysokich butów, otok - listwa uszczelniająca między przyszwą a podeszwą, zapiętek - segment wszywany od środka za piętą, Obcas - zazwyczaj D-kształtny kawałek grubej skóry doszywany do otoka pod piętą; zelówka - dodatkowa podeszwa przyszywana do otoka w części przedniej. Po wywróceniu but wygląda w przekroju mniej więcej tak:


Krawędź grubszej skóry podeszwy przecięta jest szydłem ze skosa. Lico pozostaje nienaruszone. Między przyszwą a podeszwą wystaje na zewnątrz otok - podczas szycia należy pilnowac żeby otok trzymał się krawędzi przyszwy i podeszwy. Otok w znaleziskach pojawia się gdzieś w XIII wieku. Umożliwił proste naprawy obuwia przez doszywanie doń kolejnych warstw. Znane są egzemplarze przetarte do tego stopnia że naszyte jest kolejno jedna na drugą nawet 5 warstw skóry. Po przyszyciu dodatkowej warstwy przekrój buta wyglądał mniej więcej tak:


Celowo nie operuję tu pojęciem "dodatkowa podeszwa", a "warstwa". Niektórzy badacze są bowiem zdania że warstwowe podeszwy to dopiero XVI w, choć ich źródeł należy dopatrywać się wcześniej - warstwowe patynki skórzane z 1. poł. XVw. Pewne zaś i niepodważalne są doszywane zelówki i obcasy. Na ich miejscu skóra zużywała się najszybciej. Potwierdzają to zarówno znaleziska jak i nieliczne przedstawienia w ikonografii.

Dobra, mamy mniej więcej rozjaśnione kwestie dolnej części buta, trzeba przejść do wyższych partii. Nie można jednoznacznie określić jakie buty nosiło pospólstwo i chłopstwo. Czy jest jakiś określony wzór, jedyny i poprawny? Raczej nie. Pewne jest że wysokie buty były zbędne, służyły głównie do jazdy konnej. Poza tym znany jest zapis z Jawora z 1363 r, w którym cena wysokich butów z cholewkami - 18 groszy przeciwstawiona jest cenie trzewików - 6 groszy, czyli 1/3 ceny wysokich butów. Także zupełnie niskie buty, nadają się przede wszystkim dla dworzan, nie dla ludu. Szczególnie te zdobione: ażurowe, haftowane itd.. W XIII i 1. poł. XIV wieku wiele jest przedstawień butów za kostkę, z górną częścią dopasowaną do goleni przez ściągnięcie rzemieniem, umieszczonym w specjalnych nacięciach. Przykładem znaleziska jest but z Raciborza (XIII-XIVw). Oczywista jest jedna kwestia. Im wyższe buty tym więcej skóry i więcej szycia, a co za tym idzie - wyższa cena.

Zapięcia butów były różne. Sznurowane z przodu, sznurowane z boku, sznurowane punktowo, sznurowane na okrętkę, ściągane w kostce rzemieniem, okręcane rzemieniem po całej wysokości cholewki (rzemień przeciągnięty przez nacięcia w cholewce), zapinane na guziki, zapinane na sprzączki, wciągane bez żadnego zapięcia. Oczywiście sprzączki do zapięcia butów to dodatkowy koszt tak w epoce jak i dziś. Nazbyt luksusowy dodatek.

Niektórzy wciąż zastanawiają się nad powodem wyższości szwu na wywrotkę nad szwem zewnętrznym, potencjalnie prostszym w wykonaniu; w dodatku dającym możliwość połączenia twardej, gotowanej podeszwy z miękką przyszwą. Temat był wałkowany na freha kilkakrotnie, a pożądanych skutków do dziś nie widać. Przypomnę, że powód był prosty - lniana dratwa ścierała się w błyskawicznym tempie i wymagała ukrycia w środku. Znaleziska to potwierdzają. Różnica między życiem codziennym ówczesnych ludzi a weekendowymi wyjazdami latem wśród rekonstruktorów polega na czasie ich eksploatacji - w przypadku ludzi średniowiecza było to 365 i 1/4 dnia w roku, zaś w przypadku rekonstruktorów - z reguły do 25 dni w roku. Ta druga wartość motywuje powstawanie prostszych rozwiązań, które zazwyczaj dają stopie komfort zbliżony do tego, który dają współczesne buty (np. pantofle).

Buty ażurowe, dość często widoczne na przedstawieniach biblijnych są poprawne, ale raczej dla rejonu basenu morza śródziemnego, gdzie klimat był zbyt ciepły by nosić typowe buty i potrzebna była wentylacja stóp. Buty ażurowe należy też wiązać z wyższymi klasami społecznymi, nie mniej ich koszt nie był kosmicznie wysoki. Bardziej powszechne winny być wśród dworzan niż mieszczan. Jest to historyczna alternatywa do spotykanych czasem na imprezach sandałów, które nie mają w zasadzie uzasadnienia w źródłach. Nie dla Europy centralnej, nie dla XIV wieku. Buty ażurowe, podobnie jak mocno podkrajane w podbiciu trzewiki zapinane na pasek, to wygodne rozwiązanie na lato. Ale należy pamiętać że przeciętny człowiek średniowiecza nie posiadał nie wiadomo ilu par butów żeby przebierać "w tych pójdę do kościoła, w tych do lasu a w tamtych będę chodził zimą". Przez znaczną część roku (kiedy było to możliwe) najubożsi i tak chodzili boso (Biblia Maciejowskiego, chłopi pracujący w polu).

Ci, którzy już kupili buty wywrotkowe u rzemieślnika zapewne boją się o ich żywotność. Nawet przetarte podeszwy da się łatwo naprawić. Warto zaznaczyć że "w epoce" ludzie nie kupowali co 1-2 lata nowych butów, tak jak to robią współcześni rekonstruktorzy, a naprawiali stare, na tyle, na ile było to możliwe (czyt. do momentu aż nie dało się ich naprawić bo rozsypały się na stopach). Współcześni "średniowieczni" wymieniają też buty z innych powodów - bo stare są mroczne, np. na gumowej podeszwie, szyte z badziewnej skóry, albo nie szyte na wywrotkę.

Na koniec chciałbym poruszyć temat płaskiej podeszwy i ślizgania się butów oraz rozmaite sposoby jak sobie z tym ludzie radzą. Nawet ci szewcy którzy doszli już do poziomu szycia butów na wywrotkę kombinują z różnego rodzaju bieżnikami z naszywanych do podeszwy poprzecznych pasków skóry. Nie jest to historyczne. Do chodzenia po mokrej trawie służą patynki. W blachach ciężko walczyć w patynkach, ale to tylko kolejny dowód na to że rycerstwo walczyło konno. Poślizg znacznie zwiększa woskowanie podeszwy.

Można się tak rozpisywać i poruszać jeszcze bardzo wiele aspektów technicznych szycia butów, jak i narzędzi do tego służących. Pozostawiam to nieodkrytą tajemnicą cechową :P Mam nadzieję że powyższy wpis przybliży choć trochę jak buty wyglądać powinny.

sobota, 18 sierpnia 2012

Barwa. Wiek 14. a 17.

Dokonałem niedawno całkiem ciekawego spostrzeżenia. Mianowicie przeglądając ikonografię siedemnastowieczną doszedłem do wniosku że lwia część odzieży (wyłączając wystającą bieliznę - krezy, kołnierzyki koszul i pończochy) to czerń lub brąz; kolorowa odzież zdarza się sporadycznie (Landauer Hausbuch I). Jak interpretować to zjawisko? Jakie ma to przełożenie na XIV wiek?

Ikonografia nowożytna, co rzuca się w oczy już na początku, zakłada większą autentyczność przedstawienia niż ikonografia średniowieczna. Mowa tu przede wszystkim o dokładności przedstawiania, o detalach, proporcji, perspektywie. Ale także o kolorach. Jak zauważyłem wcześniej, w iluminowanych manuskryptach epoki średniowiecza występuje ograniczona: szersza lub węższa paleta barw. Nie oddaje ona zupełnie realiów. Przykładem mogą być niebieskie elementy płytowe. Przypomnę że w manuskryptach nie było priorytetem oddać realia epoki, a dostarczyć klientowi kolorowy produkt, spełniający jego estetyczne oczekiwania. Oczywiście kroje odzieży oddane zostać musiały - tutaj za bardzo nie było czego przekłamywać; mówiąc o realiach mam na myśli w tej chwili jedynie kolorystykę stroju.

Mogłoby się zdawać że dominacja brązów i czerni to moda. Śmiem wątpić. W XVII wieku kolor "munduru" zależał od przynależności do regimentu. Były regimenty w barwach niemal cyrkowych, były też szare szeregi. Kwestia zasadnicza - jak to było z odzieżą cywilną? Landauer Hausbuch pokazuje XVII-wieczne mieszczaństwo dość nowoczesnego miasta jak na swoje czasy - mowa oczywiście o Norymberdze. "Kasty" którą w oczach znacznej części rekonów - było stać na wiele. Poza tym także w Landauerze znajdują się przedstawienia ubiorów typowo farbowanych, np. na pomarańczowo. Mamy więc zatem człowieka kultur przedfarbiarskich, barbaricum + wczesne średniowiecze z tysiącami jarlów i księżniczek, pełne i późne średniowiecze z kolorowymi manuskryptami i malowanymi pogromcami smoków, wiek XVI z landsknechtami w cyrkowych dubletach i nagle nastaje wiek siedemnasty.. szary, ponury, czarnobiały.

W epoce przedindustrialnej obecna dostępność jasnego runa była ilościowo ograniczona. Podobnie jak w przypadku wikliny amerykanki, która zdominowała rynek gdzieś w XIX wieku, biała owca (merynos) rozpowszechniła się w Europie z Hiszpanii w XVIIIw. Do XVIII w. za próby wywozu z Hiszpanii tych owiec karą była śmierć. Nic dziwnego - wełna tych owiec o kapitalnej jakości była intratnym towarem eksportowym dla Hiszpanii. Większość stad była własnością kościoła bądź arystokracji. Oczywiście merynos to nie jedyna owca o białym umaszczeniu. Tym nie mniej pamiętać trzeba że brązowe, szare bądź czarne umaszczenie to dla średniowiecza standard dostępności. Jasne zaś, w szczególności białe, które nadaje się do farbowania - to towar może nie tyle deficytowy, co intratny jako obiekt handlu. Odbiorcami mogły być przede wszystkim miasta zajmujące się produkcją tekstylną, w tym farbiarstwem, np. Wenecja. Produkt końcowy - drogie, farbowane sukna dobrej jakości, stawały się wówczas znów obiektem handlu, z tym że na innych cenach.

Z tego miejsca należy przeanalizować działalność farbiarzy w środowisku rekonstruktorskim. Prawdą jest że mieć ciuch farbowany naturalnie to zawsze postęp względem farbowanego fabrycznie. Natomiast należy zastanowić się nad samym faktem farbowania tegoż. Co innego jeśli farbujemy eksperymentalnie, aby dowiedzieć się co było możliwe, co innego jeśli robimy to na skalę przemysłową.
Choć teraz się to już powoli zmienia, jeszcze niedawno ciężko było dopatrzeć się rekonów w niefarbowanych kolorach wełnianych ciuchów. A doprowadzałoby potencjalnego obserwatora do wniosku, że wszyscy farbowali ciuchy i brązy właściwie nie istniały. Piję tu do szeroko pojętej okołogrunwaldszczyzny. O ile z czernią tego problemu nie było bo jeszcze całkiem niedawno czarne nogawicospodnie były standardem, o tyle z pozostałą częścią barw naturalnych było co najmniej biednie. Tym bardziej dziwi fakt że ogrom reagentów, których farbiarze używają daje brąz: orzech włoski, kora dębu, szyszki olchy...

niedziela, 5 sierpnia 2012

Men-at-Arms

W Polskim RR powszechnie uważa się, że walka spieszonego rycerstwa jest czymś powszechnym, akceptowalnym acz trochę naciąganym. W końcu, na zachodzie Europy, spieszone rycerstwo na polu bitwy było dość często spotykane, więc jak rozumują - mimo pewnych braków na ten temat w źródłach Polskich da się to zjawisko zaakceptować. Przyjrzyjmy się zjawisku spieszania rycerzy na zachodzie.

Zacznijmy od najbardziej znanego przykładu spieszania kawalerii – od Anglików. Ich właśnie uważa się wręcz za „wynalazców” tego sposobu walki. "Men-at-Arms", jak nazywają ciężkozbrojną kawalerię mieszkańcy Anglii jest dość niebezpiecznym terminem, będziemy dalej nazywali ich "zbrojnymi". Każdy Rycerz angielski był określany jako zbrojny, czyli ciężko opancerzony, wyszkolony wojownik. Anglicy jednak często podkreślają w literaturze współczesnej (np. Osprey – Campaign – Poitieres), że nie każdy zbrojny był rycerzem. Jak dobrze wiemy, obowiązkiem służby wojskowej obarczani byli również bogaci mieszczanie którzy często wchodzili w skład chorągwi rycerskich.  Już od XII wieku pojawia się podział na ciężkozbrojnych kawalerzystów a rycerzy. Tych pierwszych w łacinie nazywa się „milites gregarii” zaś rycerzy „milites nobiles”. Występują też lokalne odmiany tych określeń, np. francuskie „Homme d’armes”, angielskie „Men-at-Arms” lub włoskie „Condottieri”. Świadczą one o tym, że nie było to zjawisko na tyle sporadyczne, by je bagatelizować. W krajach, w których istniała dość liczna grupa bogatych mieszczan służących w ciężkiej kawalerii osobny termin był po prostu potrzebny. Jak widać, kraje Europy zachodniej z doskonale rozwijającymi się miastami były idealnym środowiskiem dla powstania tego rodzaju kasty ciężkozbrojnych mieszczan. W przeciwieństwie do rycerzy, zbrojni nie uważali, że walka pieszo jest haniebna, wielu z nich oprócz uzbrojenia kawaleryjskiego posiadało broń do walki pieszej – poleaxy, halabardy, gizarmy i glewie.

Wyspiarze podczas Wojny stuletniej jak i Wojny Dwóch Róż często wspierali swoją piechotę spieszonymi kawalerzystami - tymi którzy z pochodzenia byli mieszczanami; tymi, dla których walka pieszo nie była niczym niegodnym. W rejestrach wydatków Czarnego Księcia znajdują się wpisy dotyczące wypłaty (niemałego) żołdu dla zbrojnych uczestniczących w kampanii prowadzonej na terenie Francji. Jak każdy rekonstruktor dobrze wie, rycerz był osobą związaną z władcą przysięgą lenną, wypłata żołdu musiała więc dotyczyć osób nie powiązanych tym kontraktem. Były bowiem to formacje nie złożone z rycerzy (którzy tak czy inaczej na wyprawę musieli się stawić) lecz z bogatych mieszczan, którzy w istocie byli oddziałami zaciężnymi rekrutowanymi na ziemiach angielskich. Faktem jest że oddziały te były formowane przez osoby które otrzymały od Króla zgodę lub rozkaz przeprowadzenia zaciągu na danych ziemiach, najcześciej był to właśnie wasal który oprócz swoich wasali zajmował się organizowaniem oddziału z wspomnianych mieszczan. Jeśli zaś wziąć pod uwagę fakt, iż wielu bogatych mieszczan dosłownie wkupowało się w ówczesną arystokrację, oraz istnienie na zachodzie Europy pełonoprawnych herbów mieszczańskich (traktowanych dość pogardliwie przez prawdziwych rycerzy), zdamy sobie sprawę z faktu, że spieszonych rycerzy właściwie nie było.

W dobie Grunwaldu Królestwo Polskie i Prusy Zakonne też posiadały swoją klase „Zbrojnych”. Bez wyjątku było to bogate mieszczaństwo, które stanowiło warstwę mniej liczną niż na zachodzie Europy. Źródła Krzyżackie i Polskie nie traktują jednak mieszczan walczących konno jako osobną formacje. Powód wydaje się być dość prosty, kawalerzyści w Polsce i Prusach krzyżackich nigdy nie byli spieszani podczas bitew w polu i nie wspierano nimi szeregów piechoty. Kawaleria spieszana była tylko podczas oblężeń i jak możemy się domyślić, nie robiła tego chętnie. Bogaci mieszczanie służący w kawalerii pod Krzyżacką lub Polską banderą nie byli ani licznym ani znaczącym elementem w naszej wojskowości.

piątek, 20 lipca 2012

Pogrunwaldzkie refleksje

Kilka dni po powrocie z Grunwaldu. Nie będzie to wylewanie gorzkich żali nt. jak bardzo komercyjna jest to impreza i jak bardzo organizatorzy skopali sprawę.

Trzeba przyznać że poziom imprezy rośnie. Oczywiście nieuniknione jest torpedowanie obozów turystami, tojkowe koszary i dmuchane zamki na horyzoncie. W tym roku zauważyłem zdecydowanie mniej turystów. Do obozów dobierali się w sumie dopiero od piątku a i tak nie nastręczali wartom tyle problemów co w latach poprzednich. Najwyraźniej gawiedzi impreza zaczyna się nudzić - "co roku to samo". I bardzo dobrze.

Zauważyłem dokręcanie śruby w obozach niektórych chorągwi. Stroje cywilne wyglądają lepiej jak w zeszłym roku, choć nadal dużo jest "kolorowych". Nadal jednak jest masa obozów w których organizatorzy zlewają wymagania i dopuszczają co się nawinie. Nie mniej jednak widać oddolną chęć utylizacji hełmów z powierzchnią przypominającą zbombardowany Kabul i wymiany żarówiastoczerwonych kufajek na szare, lniane przeszywki. I choć wiele z nich jest jeszcze w użyciu, ich odejście do lamusa to tylko kwestia czasu.

Podobnie jak Wollin dla wczesnej, Grunwald dla późnej jest także imprezą handlową. Niewiele jest miejsc gdzie można obmacać tyle tkanin naraz, przejrzeć i kupić tyle sprzętu bez dorabiania poczty polskiej i firm kurierskich, często w przystępnych cenach. Także i na ten fakt trzeba uważać, brać go na poprawkę. Łatwo nadziać się na wtopy nie mając przygotowania merytorycznego. Jest okazja, nie znaczy że trzeba ją łapać.

Jednym z nielicznych punktów zaczepnych do organizacji "czegoś większego" związanego z piechotą na chwilę obecną jest właśnie Grunwald. Można próbować zorganizować imprezy lokalne, na które zjedzie głównie piechota danego regionu (np. Lubiąż dla Śląska, MMM dla Pomorza i Kujaw), ale nadal nie daje to aż tak wielkich możliwości mobilizacyjnych jak utarta impreza organizowana od lat i odwiedzana w zasadzie przez rekonów z całego kraju.

Jednym z największych szczebli związanych z projektem był turniej kontaktowy lekkozbrojnych. A raczej fakt że turniej się odbył, bo jeszcze w sobotę rano był pod dużym znakiem zapytania. Co prawda było wiele niedociągnięć związanych z historycznością (tutaj bez skrupułów pokazuję palcem na drużynę z Niemiec), ilością sprzętu (Smocza, choć wchodziło to w obręb dopuszczalnego sprzętu), jak i sędziowaniem, ale trzeba to jednak wziąć na margines błędu - turniej na tym gruncie odbywał się po raz pierwszy. Byliśmy postawieni przed wyborem - albo ostro zweryfikować sprzęt pod rozpisany regulamin, albo dać sobie spokój i dopuścić trochę mroku kosztem odbycia się turnieju. Okazało się że ustępstwa popłacają. Turniej odbył się niemal bezkontuzyjnie, jak zauważył pewien weteran z XIIIstki (Yogesh) - był to jeden z bezpieczniejszych turniejów, w dodatku wnosił coś nowego. I z tego miejsca muszę zaznaczyć że śmieszą mnie wypowiedzi maruderów że turniej był niebezpieczny. Każda walka niesie za sobą pewne ryzyko. A ten był wyjątkowo kulturalny, choć spodziewałem się solidnych gongów od osób przywykłych do pełnokontaktowych bohurtów. Dwie rzeczy - przepychanie (zwłaszcza z drzewcówkami w poziomie) i bardzo ograniczone pole były minusem. Ale to jest do przerobienia. Jako współorganizator mam nadzieję na większą ilość drużyn za rok. Zaczęło się.

Tej imprezie zawsze będzie brakowało swojego rodzaju elitarności, swojskości, piechociarskości. Jednak nie tego należy oczekiwać. W rozpisywaniu własnego kalendarium na kolejny sezon wyjazdowy trzeba czasami iść na ustępstwa - albo tworzymy sobie na odludziu getto zajebistości i wzajemnej adoracji, albo jeździmy na imprezy fabularyzowane, albo jeździmy na pokazy za kasę, albo jeździmy na Grunwald. Tego nie sklasyfikuje się pod żadną typologię. To poprostu kwestia gustu każdego indywidualnego rekona.

Pojawiły się wcześniej głosy że Grunwald jest imprezą niereformowalną. Najwyraźniej - nie do końca. Część uczestników (i to znaczna część, choć ciężko określić odsetek) idzie za ciosem i rozwija się, widząc co dzieje się wokół. I - choć rozwijają się w różnym tempie - zawsze jest to progres, a nie zastój bądź regres. Z czego zadowolony jestem najbardziej - zauważyłem sporo osób w tunikach wzoru Bocksten; w brązowych i szarych wełnach. Nadal jest to mniejszość, ale postęp od zeszłego roku jest namacalny, widoczny.

Уважаемые читатели,
Z piechociarskim pozdrowieniem,
Lutobor

sobota, 9 czerwca 2012

Ukryta opcja Niemiecka

Jak to z tymi Niemcami było...

Mało który przeciętny zjadacz chleba zdaje sobie sprawę jak bardzo systemy propagandowe, także te funkcjonujące obecnie, wpłynęły na pojmowanie historycznej rzeczywistości przez współczesnego człowieka. Mówię tu głównie o propagandzie radzieckiej czasów wczesnego PRL-u., na zasadzie "my tu nie od wczoraj" definiującej rdzenną słowiańskość ziem odebranych Niemcom po ostatniej wojnie. O problemie etniczności społeczeństw środkowej Europy słów kilka.

Generalnie przyjęło się podręcznikowo dzielić Europę na strefy wpływów kościoła wschodniego i zachodniego, granica przecinała Wielkie Księstwo Litewskie i Koronę. Po części jest w tym trochę racji. Bardzo ważnym zjawiskiem, a sporadycznie branym pod uwagę przez rekonstruktorów jest proces migracji ludności z zachodu (głównie niemieckiej, bo ci mieli najbliżej) na ziemie leżące w strefie wpływów dynastycznych zmieniających się dynastii władców Polski, krótko mówiąc: Koronie. Imigrację motywowało przeludnienie na zachodzie i wyludnienie wielu ziem i miast spowodowane m.in. najazdami mongolskimi. Proceder ten jest szerzej znany pod nazwą "kolonizacja niemiecka", ale przez część badaczy jest interpretowany jedynie jako przejmowanie prawa niemieckiego (zwykle magdeburskiego i lubeckiego). Jak na mój gust - absurd. Ktoś przecież musiał wprowadzać te zmiany przyjeżdżając na wyludnione ziemie, osiedlając się na nich i wprowadzając bardziej zaawansowaną kulturę. Tym bardziej, że mimo upływu lat jest na to krocie dowodów.

Ziemie, dawniej zasiedlone przez Słowian, na zachód od Odry były podzielone na Marchie jeszcze we wczesnym średniowieczu i ludność je zamieszkująca stopniowo asymilowała się. Pod koniec wczesnego średniowiecza są też pierwsze wzmianki o osadnictwie ludności niemieckiej na Pomerelii (Pomorzu Wschodnim/Gdańskim) i na Śląsku. Duchowieństwo z Niemiec osiedlało się jeszcze w XI wieku, w fundowanych przez władców klasztorach np. w Mogilnie, w Tyńcu. Fakt że księstwa śląskie i pomorskie pozostawały we władzy dynastycznej książąt z dynastii słowiańskich nie świadczy o składzie etnicznym tych terytoriów w danym czasie, choć wielu tkwi w przekonaniu, że to to samo. Niemców na ziemiach obecnej 3. RP było dużo jeszcze przed Krzyżakami. Nie zapominajmy że rozmnażali się jak wszyscy.

Ale pogląd, że ziemie na zachód i północ poza granice Korony jaką zostawił po sobie Kazimierz Wielki w 1370 roku, były skolonizowane przez Niemców robi się w miarę upływu czasu oczywisty. Pisze o tym np. Norman Davies - obserwator z zewnątrz - ani Polak, ani Niemiec. Tak więc idąc dalej na wschód i nie odbiegając od Kazimierza Wielkiego, sprowadził on Niemców także na Podkarpacie. Chętnych do zgłębienia tematu odsyłam do pojęć Taubdeutschen, Walddeutschen. Oczywiście ludność Niemiecka w Krakowie była już wcześniej. Podobnie jak inne miasta w Małopolsce tak jak i na Rusi Halickiej były skolonizowane przez Niemców, nie tylko Kraków: Wieliczka, Bochnia, Przemyśl, Lwów, Sącz. Do czasów nowożytnych w kościele NMP w Krakowie msze odprawiane były po niemiecku, a do 1600 roku niemiecki był urzędowym językiem sądów krakowskich.

Obecność elementu niemieckiego na wschód od granic Cesarstwa przejawia się też w imionach figurujących w dokumentach. I tak o ile mając do czynienia z imionami uniwersalnymi dla kręgu kultury rzymskokatolickiej, np. Jakub, Mateusz, Józef, ciężko stwierdzić czy mamy do czynienia z etnicznym Niemcem czy też Polakiem, o tyle mając do czynienia z takimi imionami jak Herman, Lambert, Hans, Ginter - etniczność jest jasna. Dlaczego używam pojęcia etniczność - pojęcie narodu jak wiadomo wykształciło się dopiero w wieku dziewiętnastym. Ciężko mówić tu o ludach, więc etniczność jest tu chyba najbardziej pasującym określeniem. Wyznacznikiem etniczności jest tu - zdaje się - w głównej mierze język.

Jak to się przekłada na rekonstrukcje? Narzekamy na słabo przekopane ziemie i że mamy mało znalezisk. Czemu więc, wobec migracji ludności z Niemiec - nie stosować tamtejszych znalezisk jako materiału zgodnego z etnicznością znacznej części ludności? Czy nie lepiej byłoby dać sobie spokój z kapalinem z Plemiąt o wątpliwym datowaniu i stosować bardziej odpowiedni chronologicznie model z Norymbergi, który odpowiada ikonografii epoki? Oczywiście należy przy tym pamiętać o spójności sprzętu - jeśli bazujemy na źródłach niemieckich to po całości.

Przy temacie języka warto poruszyć temat musztrowania piechoty np. na Grunwaldzie. Czy to jest historyczne? I jak Ty sobie wyobrażasz musztrować po niemiecku polską chorągiew? Ano zwyczajnie. Unifikacja komend, wprowadzenie jednego zestawu jako ogólnie przyjętego będzie zjawiskiem tylko na plus. Bez tej unifikacji, gdy spotka się na jakiejś imprezie poza Grunwaldem piechota z polskich i zakonnych chorągwi, padnie komenda "mit zwo" - i połowa ludzi nie wie o co chodzi. Nie trzeba władać biegle średniowysokoniemieckim żeby rozumieć te komendy. Pacierza po łacinie da się nauczyć, kilkunastu komend po 2-3 krótkie słowa - też. No chyba że ktoś żyje od grunva do grunva i nie widzi możliwości organizacji imprez przeznaczonych dla piechoty, np. w wariancie inscenizacyjno-bitewnym, a nie dla spieszonego rycerstwa, w wariancie turniejowym.

wtorek, 22 maja 2012

O rekonstrukcji walki...

"Wojna... wojna nigdy się nie zmienia..."
Kto choć trochę interesuje się kulturą masową, zna ten cytat. Rekonstrukcja historyczna, jako taka, nie ważne który okres bierzemy pod uwagę, sprowadza się właściwie zawsze do walki. Jako że późne średniowiecze jest tematem najgorętszych rozmów, a ja jako człowiek interesujący się tym okresem obiorę je sobie na cel. W praktyce chodzi o to że walki późnośredniowiecznych są najmniej wiernymi rekonstrukcjami starć zbrojnych w Polsce. Nie chodzi mi o nie historyczne uzbrojenie, i innego rodzaju patenty... chodzi tym razem o co innego. Wszystkie walki które nie są inscenizacjami jakiś bitew ograniczają się do turniejów 1vs1, 5vs5, 21vs21 (21 gdy nasi jadą naparzać się ze wschodem) i ewentualnie czasem jakiś duży bohurt gdzie mamy luźną zbieraninę bohurtowców. Fakt faktem, udział w takich konkurencjach sprawia walczącym wiele radości, jednak z punktu widzenia rekonstrukcji jest zwyczajnie nie historyczny.

Mimo iż taka forma konkurencji jest jak najbardziej poprawna jeśli chodzi o wyłanianie kto jest najlepszy w kraju albo na świecie, trzeba pamiętać że nie jest właściwa jeśli chodzi o rzeczywiste prowadzenie bitwy w późnym średniowieczu. Brakuje zbyt wielu zmiennych by móc nazwać to nawet historyczną potyczką, właściwie jest to starcie tylko dwóch drużyn i ich wąskich taktyk, brak jest wpływu ukształtowania terenu, dysproporcji sił i dowodzenia całą armią, całego łańcucha dowodzenia bez którego żadna armia nie byłaby w stanie funkcjonować, nie zależnie jakiego rozmiaru. Bitwy w średniowieczu ani w żadnej innej epoce nie odbywały się nigdy na zupełnie neutralnym gruncie, bez przewagi liczebnej po żadnej ze stron. Omijając te wszystkie aspekty tracimy prawdę mówiąc najlepszą część "zabawy w wojnę" odbieramy ważne aspekty pola walki i sami tak naprawdę na tym cierpimy. Starcia tego typu są najciekawsze, gdyż jak się okazuje, karność i dyscyplina na polu walki, w połączeniu z odpowiednią taktyką mogą doprowadzić do pokonania mocniejszego przeciwnika. Przykład tego typu starć mamy w Rosji i na Ukrainie: dwie strony, podzielone na oddziały, którymi dowódcy przewodzą w rzeczywistości wykorzystując w miarę możliwości swoje pozycje, ustawienie i ukształtowanie terenu. Przykłady: Izborsk i Koriela oraz Ritterswerder. Nawet gdy starcie przypomina po prostu zderzenie dwóch mas piechoty, walka w ścisku jest wspaniałym doświadczeniem, zupełnie innym niż starcia luźnych oddziałów. Rosjanie skutecznie wzbogacają swoje masowe bohurty, wykorzystaniem fortyfikacji polowych, dysproporcją sił czy również wozami taborowymi jak to miało miejsce na Izborsku. Celem rekonstrukcji jest maksymalne zbliżenie do danych realiów, nigdy to nie jest w 100% możliwe, jednak każdy rekonstruktor sensu stricto rozumie, że trzeba się zawsze zbliżać ku wyznaczonemu celowi. Powoli, lecz zawsze zbliżać, nigdy oddalać.

Niestety w Polsce coraz częstsze są trendy odwrotne. Tak więc zbliżenie do możliwe najwierniejszej formy prowadzenia walk powinno być celem ludzi zajmujących się odtwarzanie zbrojnych z tego okresu. Tego typu walki dają szanse słabszym formacjom, bo jak się okazuje, Bern (który uchodzi za najlepszą grupę w Rosji) nie raz został rozbity przez przeciwnika słabszego, za to lepiej wykorzystującego swoje pozycje, przykładem mogą być ich porażki na bohurcie w Korieli i Dmitrowskim Szturmie oraz osławiona walka w piątkach na Grunwaldzie 2010. Ekwipunek bojowy bywa naprawdę różny, na wschodzie podczas takich masowych starć, można spotkać osoby naprawdę lekko opancerzone, które biorą aktywny udział w walce, wystarczy, jak się okazuje unikać chamstwa, zamiast trzaskać po nieopancerzonych partiach ciała, przyłożyć solidnie w opancerzone, nikt nie ma z tym problemów dlaczego u nas mają być?

Co tyczy się taktyki. Wschód używa lekkozbrojnych z halabardami. U nas w zasadzie wszyscy są mniej lub bardziej oblaszonymi rymcerzami w hełmach zamkniętych. O ile u Rosjan część walczących stanowi taktyczne czołgi a reszta, bardziej mobilna służy do oskrzydlania, o tyle w Polsce jest to średnio możliwe ze względu na zamknięte hełmy i pełne blachy u wszystkich. Zaś niedopancerzanie blach kolczugą nie dość że odbiera walczącym siłę przebicia, w niektórych przypadkach kończy się boleśnie (wypadek Wołka na BN). Nawet reprezentacja USA po części miała kolczugi....

W Polsce potrzebujemy podobnych bitew w późnym średniowieczu. Melee rozumiane jako "ostra walka" jest obecnie domeną dość wąskiej grupy osób. Można to zmienić na wzór przyjęty w Rosji, lub jeśli szukamy wzorców bliżej, rekonstruktorzy zajmujący się wczesnym średniowieczem przeprowadzają podobne starcia. W kręgach późnośredniowiecznych zazwyczaj kończy się na małych manewrach w lesie, może to czas by pójść kilka kroków naprzód? Zwłaszcza gdy wielu zapytanych rekonstruktorów odtwarzających ciężko czy lekko zbrojnych nie ma nic przeciwko ostrzejszej walce na jasno określonych zasadach. Nie oszukujmy się zresztą, nawet melee przestało być dziką jatką bez zasad. Uwzględnione jest użycie hełmów otwartych, odczepienie jakiegoś elementu opancerzenia podczas walki itd. Większość reprezentacji na BN (w tym nasza) nie miała problemów z przestrzeganiem tych zasad, dlaczego nie powinno być problemów z przestrzeganiem podobnych podczas walk nie zarezerwowanych tylko dla wąskiej grupy reprezentującej Polskę podczas BN. Okazałoby się również że wiele taktyk jak i elementów uzbrojenia stosowanego w obecnych mało historycznych walkach nie znalazłyby skutecznego zastosowania w omawianej koncepcji walk. Być może udałoby się stworzyć zupełnie nowy wymiar walk właściwych pod względem historyczności używanego sprzętu oraz taktyki zarówno jednostek jak i całych oddziałów. Jednocześnie dyskredytując uzbrojenie o wątpliwej historyczności np. wcześniej wspomniane rotelle, czy nadmierną liczbę ciężkozbrojnych którzy jak wiadomo bardzo źle się czują walcząc na nierównym terenie w hełmach zamkniętych. Warto się zastanowić nad tą koncepcją prowadzenia walki. Otwiera ona spore możliwości przed polskim RR. Zwłaszcza dla przedstawicieli późnego średniowiecza, daje ona możliwość wzięcia udziału w walce zbliżonej do dyscypliny sportowej, ale będącej jednak bardziej wiernym odtwarzaniem sposobów walki z odtwarzanego okresu.

Mnie pozostaje mieć tylko nadzieję, że słowa te dotrą do właściwych uszu i zmienią się w czyn, a nie rozbiją się, jak to zwykle bywa, o skały zgnuśnienia, lenistwa i braku wiary w nowe idee.

niedziela, 13 maja 2012

Kapalin - błędy w rekonstrukcji

Ile razy nie biorę udziału w jakiejś imprezie, tyle razy walą po oczach błędy, których nie sposób nie poruszyć. Próżne gadanie do każdego z osobna. Śmierdzące mordorem wypierdki allegro są nadal na porządku dziennym. Dziś o błędach w kapalinach.

Błędem, który widać nawet u rekonów postrzeganych, kolokwialnie mówiąc, jako ultrasów, jest noszenie kapalina na kaptur pikowany. Tak, to też jest błąd. Kaptur powinien być kolczy, pełny. Najlepiej podszyty Podobnie jak w przypadku blacharzy przyłbica bez czepca kolczego jest niekompletna, w przypadku nosicieli kapalinów niekompletny jest goły kaptur pikowany. Przypadki gołego kaptura pikowanego spotykane są w ikonografii sporadycznie, zwykle w dziwacznych przedstawieniach. Regułą jest plecionka kolcza pod kapalinem. I tego się trzymajmy. Samo nasuwa się  pytanie: czy lepiej mieć kaptur nienitowany czy nie mieć go w ogóle? Jednoznacznie odpowiedzieć się nie da. Dopuściłbym dwa warianty. Albo nie mieć - ale wówczas wszyć w kapalin pikowany kosz i nosić go na kapturze wełnianym, cywilnym. Albo mieć, podszyć wełną i lnem (opcjonalnie naszyć na cienki kaptur pikowany) i nosić. Opcję samego kaptura pikowanego pod hełmem odrzucają źródła. Kolejne pytanie jakie może się nasunąć to czy wszyscy muszą mieć pod kapalinem pełny nitowany kaptur kolczy. Nie wszyscy. Takiego rozwiązania dowodzi spis z Jawora z 1386r - na 12 kapalinów na stanie zbrojowni znajdowały się 4 kaptury. Tekstylne, wełniane kaptury były na stanie garderoby przeciętnego obywatela. Co prawda źródła dowodzą także noszenia kapalina bez żadnej osłony szyi, ale czy to przyjemne nagrzanym bądź zimnym rondem macać się po karku?

Błędnym wyborem jest też kapalin typu kredka. Co prawda jest on prosty w wykonaniu przez wygięcie blachy i zespawanie jej w odpowiedni sposób. Nawet wizualnie przedstawia się całkiem nieźle. O ile w przypadku tarcz czy broni bocznej w ikonografii należy z różnych powodów przebierać, mamy ogrom przedstawień kapalinów. Między innymi z tego względu ciężko przeprowadzić jakieś statystyki - przedstawień jest dużo ale na wielu z nich przedstawione jest wiele kapalinów naraz. Część z nich ciężko sklasyfikować jako konkretny typ. Jedno jest pewne - w całym tym zbiorze kredki to wybiórcze przypadki. Podobnie jak występowanie innych nietypowych cech u kapalinów: wizury, nosal itp. Kapaliny z 1 kawałka blachy dzielą się zasadniczo na 2 rodzaje ze względu na dzwony: kuliste i spiczaste i te formy winny dominować w środowisku rekonstrukcji historycznej. Czy to spawane - w tańszej wersji czy klepane na gorąco z 1 kawałka blachy (rzecz jasna - lepsze). Nitowanie nie zawsze jest dobrą alternatywą do spawania. Sprawdza się jeśli robimy starszy model kapalina, gdzie nitowanie blach występowało. W młodszych egzemplarzach, a przynajmniej na to wskazują zachowane zabytki, nitowania nawet między rondem a dzwonem - nie ma. Jest za to szereg otworów do wnitowania lub wszycia kosza. Jako że spawanie lepiej naśladuje to rozwiązanie - jest morfologicznie bardziej poprawne, ale nie możemy już o hełmie powiedzieć "tak był zrobiony, tak kiedyś robiło się hełmy".

Więcej kapalinów typu kredka widoczne jest w XV wieku, zarówno wśród zabytków jak i przedstawień. Około połowy XVw. pojawiają się kapaliny z grzebieniem, o konstrukcji zbliżonej do kredki. Z przełomu XIII i XIVw. jest jedno przedstawienie z Krems an der Donau, poza tym ta forma kapalina funkcjonowała na Rusi w XIII w.  w znacznie bardziej spiczastej formie. Trzeba też pamiętać że kształt dzwonu nie był jakąś nowością - niewiele różni się od pekilhube czy litewskiego hełmu z Kaisiadoriu. Jako ciekawostkę można też wspomnieć że umba o kształcie zbliżonym do kapalina-kredki kuto w Europie jeszcze na początku tej ery. Jednak ta forma kapalina została upowszechniona w źródłach dopiero w połowie wieku XV i trzeba się z tym liczyć. Tak jest, źródła bywają bezlitosne.

Jeśli już trzymać się koncepcji wykombinowania kapalina po minimalnych kosztach to chyba najkorzystniejszą opcją jest dospawanie ronda do hełmu normandzkiego. Nie, nie namawiam do spawania, oczywiście najlepszą opcją jest klepać kapalin z 1 kawałka blachy. Ale nie wszystkich na to stać. Dość często pojawiają się takie na allegro, często używane, często za śmieszne pieniądze. Kredki nie są do końca mrocznymi hełmami ale są zdecydowanie zbyt powszechne. To tak jakby dopuścić na grunwaldzie rękawice mediolańskie z połowy XV w. tzw. łychy - konstrukcja dwupalczasta (niem. Mitten) występowała co prawda wcześniej zarówno w rękawicach kolczych jak i skórzanych, cywilnych, ale sama forma na Grunwald jest naciągana. Jedno przedstawienie reguły nie tworzy, możliwe że to przedstawienie na swój sposób szydercze. To trochę tak jak z powszechnością spieszonych rycerzy - niby sprzęt mają oparty na źródłach, estetyczny i niekiedy godny uznania, ale brak im zasadniczego elementu definiującego ich nazwę - wierzchowca. Kredki też są ciekawe i proste w wykonaniu ale to jednak nie to o co chodzi w rekonstrukcji. Dotyczy to zwłaszcza kredek malowanych. Malowanych zwykle po to, by zakryć krzywy spaw.

Syndrom plemięcki. 
Andrzej Nadolski proponował kilka możliwych datowań dla wieży rycerskiej w Plemiętach. Spośród nich najbardziej prawidłowe wydaje się datowanie całego tego sortu na 1. połowę XIV wieku. Krótko mówiąc: bliżej Łokietka jak Jagiełły. Na Grunwald za stare, a wśród "kapaliniarzy" popularności im nie brakuje. Choć z drugiej strony do płatów spod Visby pasuje niemal idealnie. Nie wiem, może to ze względu na lokalność znaleziska? Że jest takie polskie? O ile dobrze orientuję się w geografii Plemięta leżą w Kulmerland, znany szerszemu gronu odbiorców jako Ziemia Chełmińska. A obszar ten znajdował się zarówno w czasach wojny głodowej 1414 jak i w 1. połowie XIV wieku w rękach Zakonu Krzyżackiego. To tak kwestią sprostowania.

Czas pokazuje, że z pewnej perspektywy błędem było udostępnienie w RR-owskim internecie zestawu wzorów kapalinów do wyboru. Chodziło o różnorodność, urozmaicenie tego co klepie się w warsztatach płatnerskich. Głębsze wkopanie się w stertę materiałów źródłowych pozwala dojść do kilku wniosków. Przede wszystkim rekonstrukcja stała się za bardzo liberalna i odbija się to zwłaszcza na wizerunku piechoty. Szeregowa piechota nie posiadała hełmów. Żołnierze korzystali z arsenału miejskiego. Tamże umieszczała je Rada miejska, zamawiając po kilka-kilkadziesiąt sztuk u jednego rzemieślnika. Wówczas bardziej możliwe, że wyglądały one jak z taśmy produkcyjnej (może z niewielkimi odchyleniami) jak urozmaicone: szeregowy1 w kredce, szeregowy2 - kapalin z nosalem, szeregowy3 - plemięta, szeregowy4 - znowu kredka. Może najprościej będzie powoli sprowadzać się do najbardziej oczywistych i nie-wyróżniających-się modeli w formie prostego kapelusza żelaznego?