sobota, 21 stycznia 2012

Nóż - narzędzie elementarne

Każdy świeży rekonstruktor po pierwszych imprezach bez noża szybko uświadomi sobie, że nóż to narzędzie podstawowe, elementarne i jego posiadanie jest bardzo ważne.

Grunt to dobrać narzędzie odpowiednich rozmiarów. Za mały nóż nadaje się co najwyżej do drobnych prac, jako scyzoryk. Za dużym nożem z kolei niemożliwe jest wykonywanie drobnych, precyzyjnych, "scyzorykowych" prac. Dlatego bardzo ważne jest dobranie odpowiedniego rozmiaru ostrza. Z punktu widzenia praktyki najbardziej uniwersalnym i najlepszym na początek jest nóż o długości ostrza 150mm i szerokości 25mm. Dlaczego akurat taki? Tego rozmiaru noże okopowe nosiła pruska piechota podczas pierwszej wojny światowej. To żadne źródło, ale ma tylko zobrazować jakich rozmiarów nóż nadaje się niemal do wszystkiego. O ile duże i nieporęczne bagnety nadawały się jedynie do osadzenia na karabinie i pchnięć, opcjonalnie do rąbania drewna, o tyle Grabendolch (bo tak się ów nóż nazywał) nadawał się zarówno do walki wręcz w okopach jak i jako podręczny nóż ogólnego użytku. Kończąc wywód spoza barier chronologicznych potwierdzę tylko że noże podobnych rozmiarów ostrza także występowały w średniowieczu. Nie jest tu przepisem ten konkretny rozmiar, to jedynie sugestia jaki rozmiar noża jest najbardziej praktyczny i jakim warto się sugerować przy zakupach.

Zasadniczo oprawy noży dzieli się na trzpieniowe i okładzinowe. Przyjęto uważać że trzpieniowe są wczesne, a okładzinowe - późne. Ma to pewne przełożenie na źródła, ale nie jest to dobra teoria, bowiem znaleziska noży okładzinowych we wczesnym występują (Sowinki), podobnie jak w późnym - trzpieniowych (Plemięta). Obydwa rozwiązania są poprawne.
Ciężko stwierdzić jaki odsetek noży w epoce miał rękojeści z rogu/kości. Myślę że niewielki - to też jeden z wielu błędów rekonstrukcji epoki średniowiecza w jego poszczególnych okresach. Ogromna ilość noży w oprawach rogowych, w dodatku (o losie) surowych, nieobrobionych, wędruje między rękami rekonstruktorów. A jest kilka znalezisk opraw rogowych z wczesnego, które można rekonstruować. Np. cały zestaw oprawek z Wolina i kilka z Kołobrzegu, z tym że są to oprawki jedynie początku rękojeści, pozostała część chwytu oprawiona była w drewno. Właśnie, w drewno. Najprawdopodobniej to właśnie w drewno były oprawione setki znalezisk prostych noży z okładzinami trzpieniowymi. Drewno w ziemi rozkładało się w przeciągu co najwyżej kilku lat. Żelazna część zachowała się w ziemi aż do odkopania przez archeologa, a dalej jest interpretowana przez jakiegoś kowala niezaznajomionego ze źródłami w surowy kawałek rogu znaleziony w lesie. Brakuje tylko pochwy ze skóry dzika.

Wśród znalezisk noży występują też rozmaite kształty sztychów. Niektóre zaokrąglone względem prostego tylca, niektóre symetrycznie zaokrąglone w sztych, inne z podwiniętym sztychem, jeszcze inne - tępo ścięte. Ile różnych znalezisk, tyle wzorów. Najbardziej praktyczny jest oczywiście nóż zaopatrzony w sztych.

Co się zaś tyczy zasadniczej części noża, była ona zgrzewana. Zgrzewano żelazny grzbiet ze stalową wgrzewką na krawędzi tnącej. Wgrzewka była z dobrej jakości stali, grzbiet z przeciętnego żelaza. Działo się tak ze względu na ceny stali - żelazo wytapiane powszechnie z rudy darniowej było relatywnie tanie, stal oszczędzano. Wgrzewki miały kilka zasadniczych kształtów - litera V, jednostronnie dogrzana ze skosa, warstwowy przekładaniec, klin, etc. Można rozmyślać nad tym że technologia w XIV wieku była na tyle rozwinięta że nie było problemem wykuć taki nóż w całości ze stali, bez zgrzewania. Jednak masa znalezisk mówi co innego. Najwyraźniej nie tylko o oszczędność stali tu chodziło.

Wiadome jest że nie sposób wytępić z rekonstrukcji wszystkie noże wycięte z resora od malucha czy wykute z pręta zbrojeniowego. A co dopiero noże kupione w ikei/na rynku z wymienioną rękojeścią. Tak, to jest nadal używane wśród tych, którzy nazywają samych siebie "rekonstruktorami". A co dopiero doprowadzić do tego z sezonu na sezon. Grunt to odpowiednie ukierunkowanie, obranie właściwego celu. Nie jest tu argumentem że nóż kuty ze zwykłej stali kosztuje 40zł a nóż zgrzewany 80. To nadal cena przystępna za posiadanie czegoś, co ma choćby znamiona zgodności z przedmiotami będącymi w użytku w odtwarzanej w epoce. I ową namiastką zgodności nie jest już samo kucie, a zgrzewanie. A wypasem nie mosiężne zdobienia i okuta, tłoczona pochwa, ale technologia wykonania. I tego celu się trzymajmy, przynajmniej w perspektywie na przyszłość.

sobota, 31 grudnia 2011

Co jeśli nie Bocksten?

Mija rok od kiedy funkcjonuje projekt Volk, w związku z tym chciałbym nawiązać do jednego z pierwszych artykułów, które pojawiły się na stronach bloga. Z tej okazji chciałbym także podziękować czytelnikom za śledzenie nowych wpisów, konstruktywne komentarze, które często wzbudzały we mnie dodatkowe pytania i motywowały do dopracowywania bieżących treści. Dzięki także za aktywne włączanie się do dyskusji nad odrycerzaniem polskiego ruchu rekonstruktorskiego. To już rok.

Kierowano do mnie pytania o odstępstwa do konstrukcji tuniki z Bocksten i inne przykłady tego typu odzieży z epoki. Przyszedł czas na odkopanie tematu.

Herjolfsnes №43

W literaturze angielskiej jakże dyplomatycznie ciuch ten określany jest kyrtle/cote/tunic/gown. Podobnie jak w przypadku metali kolorowych, wyspiarze mają problem z określeniem się co do brązu i mosiądzu definiując dyplomatycznie znaleziska "copper alloy" (stop miedzi). Ten sam problem mają i w tym przypadku. Żeby nie komplikować tematu przyjmijmy oczywistą nazwę - tunika z Herjolfsnes numer 43, w matematycznym skrócie "H43".


Tunika znaleziona została w osadzie Herjolfsnes na Grenlandii. Wydatowana jak większość tamtejszych ubiorów od połowy XIV do początku XV wieku.

Analizując wykrój rzuca się w oczy jedna rzecz. Główny pas tkaniny pokrywający korpus, różni się od Bockstenowskiej tuniki tym, że został frontalnie pionowo rozcięty na 2 pasy, między które od dołu wszyty został podwójny klin długości mniej więcej od pępka w dół. Zamiast klinów bocznych długości jednakowej z przednim i tylnym zostały wstawione długie kliny sięgające pach. Z obydwu stron podwójne. Razem mamy więc 8 klinów - 4 dłuższe - boczne i 4 krótsze - przednie i tylne. Rękaw kształtem zbliżony do trapezu, którego dolna podstawa uformowana jest w "falkę". Oryginalny rękaw nie zachował się zbyt dobrze, rysunek ciężko zinterpretować jednoznacznie. Ale można posłużyć się rękawem H42, rysunek jest o wiele bardziej klarowny.

Oryginał miał rozcięcie pod szyją. Jako że został znaleziony z kapturem, został zinterpretowany jako ubiór męski, ale rozcięcie można sobie darować - nam, panom nie potrzeba dobywać piersi do karmienia. Chyba że otwór na głowę chcemy zrobić tak mały i zbliżony do szyi że rozcięcie będzie konieczne. A to zmienia postać rzeczy. Ja osobiście jestem zwolennikiem otworów na głowę minimalnie większych od obwodu głowy. Rozcięcia wymagają zapinki, noszone bez zapinki rozciągają się. Najbardziej praktyczna jest okrągła dziura, jak w tunice z Bocksten. Nie z powodów ideologicznych, z czystej praktyki.

Ponownie apeluję o nie doszywanie podszewki do tuniki. W przypadku H43 także nie stwierdzono obecności podszewki. Tunika była jednowarstwowa.

niedziela, 11 grudnia 2011

Walka a zestaw pancerza. Wiek XIV a rekonstrukcja.


"...ubierzmy się zatem w zbroje i walczmy tak żeby się nie pozabijać."

Dziś słowo o tym jak technika walki wpływa na fizyczny wygląd RR.

Zacznijmy od najbardziej skutecznych metod zabijania, to jest szychów. Sztychy zarówno w epoce jak i dziś są najbardziej niebezpiecznymi spośród zadawanych ciosów. Przed sztychami broniono się na wszystkie dostępne sposoby. Pachy i krocze osłaniano plecionką kolczą, podobnie szyję, na korpus zakładano początkowo dodatkową warstwę plecionki kolczej lub dodatkową pikowaną tunikę, później płaty czy białe napierśniki. O tym jak bardzo ludzie bali się sztychów świadczy wiele osłon torsu z epoki. Proces dziejowy przetrwało kilka napierśników, ale bez pleców. Spośród płatów wykopanych na Gotlandii większość nie chroni górnych partii pleców (co prowadzi do modyfikacji układu płyt przez wielu fighterów). W dokumentach znane są pancerze o nazwie Halbplate, po polsku "półpłaty". Dwa pancerze z którymi można wiązać tą nazwę znaleziono również w Visby (nr. 19 i 20). Po złożeniu chroniły mniej więcej ten sam obszar co prosty napierśnik płytowy. Częściowo osłaniały boki korpusu, ale przede wszystkim chroniły jego przód, a więc miejsce najbardziej narażone na pchnięcia.

Dziś w płatach dopancerza się górne partie pleców. Często segmenty płatów znajdujące się w strefie sztychu, tej najlepiej pancerzonej w epoce, celowo wykonywane są z cieńszej blachy aby odciążyć pancerz. To w plecy i w boki płatów częściej się obrywa. Można zrozumieć chęć opancerzania ciała, ale do tego momentu do którego jest to zgodne z historyczną rzeczywistością. Jeśli zaczyna to od tej rzeczywistości odbiegać, mamy do czynienia z naciąganiem historii, a od tego już tylko krok do larpu. Podobnie jest z napierśnikami. Jakże modne są te z "jedynki hartowanej". Analiza grubości zabytków napierśników daje nam szokujące wyniki: dochodzi ona do 8mm na środku. Oczywiście można przyjąć że dotyczy to wybitnie rycerskich napierśników, które miały chronić przed ostrą kopią w warunkach bojowych. Dlatego też w przypadku napierśników piechoty lepiej nie popadać w skrajność odciążania blach i zamówić/wykonać solidny napierśnik grubości 2-2,5mm, niech choć sprawia wrażenie pancerza, a nie puszki po piwie. Pamiętajmy że stal w epoce była gorszej jakości niż współczesna, także jakość nadrabiano grubością.

Speeding a horror vacui*
Zwłaszcza wśród gwjazd RR powszechne jest od kilku sezonów odciążanie blach. Nie uzupełniają blach koszulką kolczą, bo sztychów się nie stosuje więc w teorii pachy i krocze mają bezpieczne. Na biodra doszyją po bokach kilka stalowych folg na przeszywce, bo kolczej nie chce się nosić a folg i tak nie widać spod Wappenrocka. Nie noszą bigwantów, ostatnio nawet zbrojnikowych twierdząc że kilka wszytych blaszek w nogawice pikowane wystarczy. Do walki wystarczy, ale co z tego ogólny obraz RR zaczyna z sezonu na sezon coraz bardziej odbiegać od historycznej rzeczywistości? Niektórzy są zdania że część rycerstwa tak wyglądała - nie uzupełniali blach plecionką kolczą bo była droga. Myślę że było dokładnie na odwrót - posiadali koszulkę kolczą, ale nie mieli kompletnego zestawu jej usztywnień, przez co zestaw wyglądał przestarzale; nawiązywał wyglądem do przełomu wieków XIII i XIV (np. długie rękawy kolcze, płaty zamiast napierśnika w przypadku powszechnie odtwarzanej 2. połowy XIV w).

Hełmy zamknięte.
Obecnie ciężko wyobrazić sobie wyjście do bohurtu inaczej niż w hełmie zamkniętym. Niewielu wie, a jeszcze mniej jest świadomych tego że przyłbice z zasłonami typu hundsgugel czy klappvisor były używane przez konnych do starć na kopie. Obecnie używane są w zasadzie we wszystkich dyscyplinach walki. Mało kto wchodzi w źródła na tyle głęboko żeby zdać sobie sprawę że nawet konni często używali kapalinów a nie przyłbic. I spodziewam się z tego miejsca bombardowania komentarzami że jak ja sobie wyobrażam wyjść do bohurtu w otwartym hełmie, przecież to samobójstwo. Ruscy jakoś mogą:)

Rotella, rantowanie, powszechność.
Problem z tarczami datuje się mniej więcej od tego momentu, od kiedy ludzie grzebią w źródłach żeby doszukać się czegoś bardziej oryginalnego jak tarcza trójkątna. I znaleźli zarówno pawęże rozmaitego rozmiaru i mocowania, jak i rotelle, puklerze i wiele innych. Dlaczego rotelle? Bo ładnie się nimi rantuje. Prawda, są w swojej funkcjonalności wygodne ale nie uwzględnia się powszechnie faktu że ta oryginalność i odstępowanie od formy tarczy trójkątnej deformuje wizerunek współczesnego rycerstwa. Pod tym względem stan RR wyglądał lepiej 2-3 lata temu. Rotelli używała głównie piechota. Upowszechnianie czegoś co powszechne nie było to też błąd.

Frontkick. W dzisiejszej walce tępą bronią przy świadomości opancerzonych nóg stosujemy często różne elementy walki zaczerpnięte z innych sztuk walki: judo, capoeira itd. podczas gdy bardzo ryzykownym byłoby wykonać wjazd z kopa w tarczę, gdy ową nogę tarczownik mógł usunąć jednym ciosem korda/topora; jeśli zaś nie usunąć to trwale uszkodzić. A "sportowcy" mówią jak to oni "odtwarzają" walkę a nie pełen zestaw uzbrojenia i wolą mieć zdrowy kręgosłup niż wyglądać ze szczegółami tak jak w epoce. Nie mówię że wszyscy, ale znaczna ich część. Taką to rekonstrukcję walki reprezentują.

Włócznia - a jak Ty wyobrażasz zadawanie sztychów?
Mimo tendencji do dopancerzania przez tyle czasu nie do pomyślenia jest stosowanie sztychów. Pod tym względem bardziej zbliżamy się do wschodniej niż zachodniej koncepcji walki. Na zachodzie Europy sztychy są stosowane jako element szermierki traktatowej. Zgadza się, sztychy są niebezpieczne. Ale nie wyobrażam sobie walki przykładową włócznią inaczej niż na sztychy. O ile bronią jednoręczną można zadawać ciosy cięte, rąbane, a sztychów zabronić, o tyle przy włóczni nie jest to możliwe. A włócznie były zdaje się najbardziej powszechną wśród broni drzewcowych. Włócznicy dopiero raczkują we wczesnośredniowiecznej, i - co przeraża - często włócznie dostają się do rąk nieogarniętych walczących. Ale pociesza fakt że Ci, którzy umieją się włócznią posługiwać, walczą z nadchwytu (tak aby grot zwrócony był w dół) i trafiają tam gdzie chcą - w miejsca, które się do tego nadają, najczęściej uda i korpus poniżej linii sutków. I nie zadają zamaszystych pchnięć łamiących kości lub powodujących inne groźne uszkodzenia.

Przy repertuarze pola trafień jaki reprezentuje zbroja płytowa, często stosowaną techniką walki jest wbijanie się w przeciwnika tarczą i młócenie bronią po nogach. Nie do pomyślenia jest to przy braku osłon nóg, który historycznie reprezentowała większość piechoty, nie tylko w XIV wieku. Tak więc idea walki kontaktowej lekkozbrojnych, która dopiero startuje na gruncie datowania okołogrunwaldzkiego, będzie zapewne zupełnie odmienna od ciężkozbrojnej.
___________________________________
*łac. strach przed pustym miejscem

sobota, 26 listopada 2011

(...)myecz a thessak tho jest kord. Dyskusja nad symbolem.

Z jednej strony podejmuje się tematykę o zastrzeganiu mieczów dla rycerstwa, bo wiąże się to z ich symboliką, pewnym kultem formy krzyża, i choć ceny tanich mieczów pozwalały na ich posiadanie przez jednostki spoza stanu rycerskiego, raczej odchodzono od tego procederu. Jak w takim razie interpretować dziesiątki przedstawień piechoty z mieczami? Nasuwają się 2 rozwiązania. Albo w danym regionie nie przywiązywano wagi do symboliki miecza i nie-rycerze też mieli prawo go używać, albo miniaturzysta posłużył się (jak to często bywa) uproszczeniem, bo zapomniał/nie wiedział (niepotrzebne skreślić) jak wyglądał kawał żelaza w dłoni strażnika na służbie.

Tasaki w tej formie w której występują w "szeroko pojętej rekonstrukcji późnego średniowiecza" pojawiły się jakoś w końcówce XIII wieku jako nowa zabawka angielskiego rycerstwa. Później dość obficie widać tasaki w manuskryptach z 1. połowy XIV wieku, zwłaszcza Romance of Alexander, ale także u rycerstwa. I tak najlepiej interpretować tą broń, bo de facto po formie można to nazwać "miecz jednosieczny", co jest swojego rodzaju analogią do wczesnośredniowiecznego odniesienia langseaxa do miecza (langseax, podobnie jak miecz, ma głowicę i jelec). Dowody? Choćby tasak z bogato zdobioną głowicą z muzeum paryskiego. Cóż, część ówczesnych "elitarnych fighterów" podobnie jak współcześni zamiast finezyjnie pofechtować z przeciwnikiem miała poprostu chęć komuś solidnie "urwać".

Z kordami jest ten problem że w ikonografii do XV wieku pojawiają się sporadycznie. Zależy co nazywamy kordem, bo w gablotach muzealnych i publikacjach naukowych można się spotkać z bronią w formie długiego noża o klindze 50cm z rękojeścią okładzinową, tak jak i podobnego zaopatrzonego w jelec i grube okucie tylca rękojeści, podobnie jak z bronią tego samego rodzaju zaopatrzoną w wygięty jelec z kabłąkiem osłaniającym dłoń. Jeśli przyjąć że kordem jest wszystko to poza 1. przypadkiem (bez jelca, ewentualnie z Naglem - gwoździem), kord jest bronią wybitnie XV-wieczną, zaś pozostałe egzemplarze bezjelczne dla odróżnienia można nazwać najzwyczajniej w świecie "długim puginałem nożowym". W końcu puginały też występowały w różnej długości, nawet od pasa do kostek.

Co prawda w spisach zbrojowni miejskich pojawiają się terminy "swert"(Schwert, miecz), ale nie jest to przedmiot występujący w takiej ilości jak hełmy czy kusze, które na wyposażeniu zbrojowni miejskiej były standardem w zasadzie wszędzie. Ilość takich przypadków w spisach można traktować jako broń dla dowódcy oddziału co najmniej w randze dziesiętnika, i tak biorąc pod uwagę że autor spisu mógł mieć na myśli tasak, tj. miecz jednosieczny.

Z praktycznego punktu widzenia wyższość korda nad mieczem tłumaczy walka w zwartym szyku. Podobne cechy nosiła taktyka walki Rzymian - szereg dużych tarcz w 1. linii i zastosowanie krótkich mieczów - gladiusów. Nie było to problemem dla istnienia długich mieczów jak spatha, ale były one używane konno. Zastosowanie w szyku krótkich kordów lub długich noży bojowych (circa 65cm) jest o tyle bezpieczniejsze, że osłaniając się od góry przed ciosem nie wsadzimy przypadkiem sztycha w oko koledze z lewej a biorąc bronią zamach nie uszkadzamy kolegi zza pleców. Miecz jest długi, tzn. nieporęczny.

We wczesnym średniowieczu miecz był przede wszystkim symbolem pozycji społecznej właściciela. Bojowo używany był sporadycznie - w 1. kolejności używano oszczepów, którymi robiło się przesiew w szeregach przeciwnika przed wejściem w dystans (i pozbawiano części tarcz), w 2. kolejności włóczni, którymi można było zabijać na długim dystansie i toporów, którymi pozbawiało się przeciwnika tarczy. Mieczów dobywano w ostateczności. Faktu że miecze epoki wikingów były bardziej reprezentacyjne niż użytkowe dowodzi ich wykończenie. Większość z nich jest zawsze bogato zdobiona na jelcu i głowicy. 

Posiadanie przez rekonstruktora stanu niższego miecza będzie więc nie tyle błędem, co elementem naciąganym, wepchniętym na siłę, na zasadzie "bo mi się podoba". Nie z tego powodu że nie ma przesłanek, ale z tego że nie są one klarowne. W tym przypadku nie można akceptować poprawności 2 rozwiązań. Dopuszczalne byłoby to w przypadku wątpliwości topór czy puginał nożowy, ale nie puginał nożowy (kord) czy miecz. W tym 2. przypadku wchodzi w grę dodatkowy faktor - symbolika, który jest czynnikiem przeważającym. Bowiem ideą rekonstrukcji Volku nie jest robienie z siebie "bogatego mieszczanina, którego było stać", ale szeregowego żołnierza, bo to właśnie szeregowi żołnierze stanowili trzon sił zbrojnych stanu.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Kolanka, łokcie, po co?

Wielu piechurów ma ciśnienie na zaopatrzenie się w osłony stawów. Co prawda uzasadnione z punktu widzenia BHP, bowiem stawy to dość bolesne miejsce, ale nieuzasadnione z punktu widzenia źródeł. Wszyscy boją się o trwałe uszkodzenie tego miejsca, nawet wychodząc do walki inscenizacyjnej. Pamiętać należy jednak że walczymy tępą bronią a kiedyś walczono ostrą, co patent niniejszy eliminuje.

Ci, którzy intensywniej przeglądali źródła z tej perspektywy z pewnością wiedzą że przedstawień osłon stawów w zasadzie nie ma. Podobnie jak wielu innych - rekonstruowanych z nieokreślonego bliżej powodu - artefaktów. Szerzej pojawiają się w ikonografii 2. połowy XV wieku; wówczas są często w zestawieniu z folgami w stronę uda i łydki.

Dokładnie ten sam problem jest wałkowany od około 2-3 sezonów we wczesnośredniowiecznej. Bardzo powszechną praktyką było noszenie karwaszów i nagolenic. O ile z nagolenicami jest mniejszy problem, bo ludzie zaczynają od tego odchodzić, o tyle karwasze nadal stanowią dla rekonstrukcji mniej więcej to samo co Stalingrad dla Niemiec na froncie wschodnim*. Nieświadomym w temacie wyjaśnię w czym rzecz. Brak jest znalezisk lub też przedstawień tego typu elementów pancerza w okresie IX-XI w. dla kultur Słowian i Wikingów (najczęściej rekonstruowanych w skali kraju). Na Cedyni w tym roku, zdejmując wszystkim karwasze doświadczyliśmy, że jednak można. Nikt nie ucierpiał, mając świadomość braku karwaszów ludzie walczyli z głową. Tak też należy zrobić w rekonstrukcji czternastowiecznej. Łokcie, podobnie jak kolanka są elementem zbędnym.

Kwestią zasadniczą jest wyćwiczenie odpowiedniej techniki walki. We wczesnym przejawia się ona (co widać zwłaszcza na zachodzie gdzie ludzie często nie zakładają nawet rękawic) w zasłanianiu dłoni i przedramienia tarczą. Pozycja wyjściowa do ciosu polega na ustawionej lekko ze skosa tarczy, którą w początkowej fazie ciosu wyciąga się lekko do przodu osłaniając prawą dłoń. Nawet niezbyt wnikliwym poszukiwaczom źródeł zaraz nasunie się Codex I.33, niemiecki traktat z końca XIII w. o walce puklerzem i mieczem. Tak jest, puklerzem. A więc nie jest konieczne bycie pawężnikiem do osłaniania dłoni. Nie podsuwam tu oczywiście pomysłu o zdjęciu rękawic, bo to jednak konieczność, i - w przeciwieństwie do wczesnego, gdzie znalezisk rękawic brak - w XIV w. mamy do wyboru kilka nawet rodzajów rękawic i to w przedstawieniach piechoty i spisach zbrojowni miejskich! Gorzej sprawa wygląda w przypadku broni drzewcowej, gdy wystawiamy pod cios obydwie ręce a tarczy brak.

W przeciwieństwie do rękawic osłony stawów są zbędne. Niektórzy próbują ukrywać je pod strojem, żeby wyglądać neutralnie, +/- jak zbrojni z Grandes Chroniques de France (na przeszywce i pod luźną tuniką bądź prostą robe, bądź też pod przeszywką). Byłoby to możliwe nie tylko przy luźnych workowatych rękawach przeszywki, ale nawet zwężanych w przedramieniu. Warto zaznaczyć też że łokcie czy też kolanka praktycznie nie występują w spisach zbrojowni. Oznacza to że nawet w bogatszych miastach, gdzie spisy uwzględniają niewielkie ilości rękawic i napierśniki płytowe, nikt nie rozdrabniał się w osłony łokci, gdy mógł stracić 1/3 ręki obrywając po przedramieniu ostrą bronią. Albo rękawice + przeszywka, albo ciężka piechota, z naręczakami bądź karwaszami zbrojnikowymi.



Wkładać osłony stawów to jak wkładać cokolwiek co w źródłach występuje, ale jest na tyle oryginalne że ciężko tego nie skomentować widząc gdzieś na imprezie. Czy to w tonie uznania, czy krytyki osobliwości wszelkiego rodzaju nie są przedmiotem rekonstrukcji; powtórzę jeszcze raz to co powiedział niejeden przede mną: winniśmy podejmować się rekonstrukcji tego co było powszechne a nie wyjątkowe.
_______________________________
*dla tych, którzy nie załapali metafory - chodzi o to że mimo starań osób, które siedzą w źródłach i próbują wyłożyć na miliard sposobów wczesnym fighterom, że karwasze to wzięty z kosmosu wymysł - mrok wygrywa, i nadal 80-90% wczesnej używa karwaszów, nagolenic bądź jednego i drugiego naraz, choć z historią ma to wspólnego mniej więcej tyle co film "trzynasty wojownik".

sobota, 29 października 2011

Seitenwehr, cz.II - Puginały nożowe

Wśród broni podręcznej bronioznawcy wyróżnili osobną nazwą broń niewiele różniącą się od masywnego noża. Nazwali ją puginałem nożowym, bo formę tego właśnie narzędzia przybrała. Nóż użytkowy od puginału nożowego odróżnić można wybitnie masywnym tylcem, nadającym klindze sztywność. Puginały nożowe definiują także okucia tylca rękojeści i obecność gwoździa (niem. Wehrnagel / Nagel), osłaniającego dłoń.

Puginały nożowe ze względu na prostotę wykonania były chyba najbardziej upowszechnionym typem broni bocznej. Wykonanie nie różniło się wiele od wykucia noża, więc tego typu puginał mógł być wykonany w zasadzie wszędzie, przez każdego wiejskiego kowala.


Wydawałoby się że dość istotną rzeczą jest określenie do jakiej długości ostrza daną broń możemy nazywać puginałem nożowym. Prawdę mówiąc, ciężko jest wytyczyć konkretną granicę. Problematyczne jest rozróżnienie czy przy długości klingi 40cm mamy do czynienia jeszcze z puginałem nożowym a przy 50cm już z kordem; problem też stanowi obecność jelca - jeśli traktować jako kordy tylko te egzemplarze, które były zaopatrzone w jelec, nawet te przypadki, które mają klingi 70cm, a więc długością nie odbiegające od mieczów, będą najzwyczajniej w świecie nazywać się puginałami nożowymi. Wówczas wali się schemat utarty przez bronioznawców XX wieku: kordy z Muszkowic, Czerska i z Rawy Mazowieckiej przestają być kordami. Tak więc można powiedzieć że z punktu widzenia morfologii granica między kordem a puginałem nożowym jest płynna. Z jednej strony definiuje ją masywność klingi i jej długość, z drugiej - jelec lub jego brak. Czy więc broń o długości klingi 50cm i szerokości bliżej sztychu 25mm będzie jeszcze puginałem nożowym, a broń o długości klingi 40cm ale szerokości blisko sztychu 40mm będzie już kordem? Podobny wniosek możemy wysnuć analizując przedstawienia niektórych baselardów i puginałów nerkowych w stosunku do postaci ludzkiej - niektóre osiągają długość przeciętnego miecza. Potwierdzałyby tą teorię niektóre zachowane baselardy, nazwane Schweizerdegen, kord z Czerska lub choćby jeden z puginałów nożowych z muzeum Grunwaldzkiego.

Źródła ikonograficzne dotyczące kordów i puginałów nożowych w XIV wieku są skąpe. Znana jest rzeźba z ratusza toruńskiego z lat pięćdziesiątych XIV wieku, kilka pojedynczych przedstawień z lat 1390-1420, ale znane jest też kilka wzmianek z epoki świadczące o używaniu "wielkich noży". Biorąc pod uwagę fakt że większość noży wykopywanych przez archeologów nie przekracza długości 30cm, termin magnus cultellus (łac. wielki nóż) z łacińskich dokumentów daje nam wyobrażenie czegoś znacznie większego. Większość znalezisk broni definiowanej jako długi puginał nożowy wydatowano na XV wiek; wówczas datuje się gwałtowny wzrost popularności tego typu broni ze względu na wzrost znaczenia piechoty na polach bitew. Nie mniej jednak są niezbite dowody na to że długie noże znane były wcześniej. Nawet nie biorąc pod uwagę faktu że długich noży używali starożytni Germanie i wczesnośredniowieczni Skandynawowie.

Cena kordów w średniowieczu (biorąc pod uwagę że nazwy tasak i kord stosowano wówczas wymiennie) wahała się od 8 do 30 groszy. Wówczas broń zbliżoną w formie do puginałów nożowych należy traktować jako bliższą tej dolnej granicy, zaś tasak, zaopatrzony w jelec i głowicę mieczową - jako bliższy tej górnej granicy przedziału cenowego.

O ile wcześniej opisane przeze mnie baselardy były powszechne także wśród rycerstwa, o tyle puginały nożowe są specyficzne dla Volku. Klingi puginałów nożowych występują w zasadzie tylko w formie jednosiecznej.

niedziela, 9 października 2011

Co pod hełm?

Do zredagowania wpisu namówił mnie Herr Elvis, którego chciałbym z tego miejsca pozdrowić. Wpis ma na celu opracowanie tego co zakładano pod hełm, z głównym naciskiem na kapaliny.

Na początek dla zielonych w temacie trzeba wyjaśnić elementarne różnice między pojawiającymi się odmianami dolnych partii kompletnej osłony głowy. Zaczniemy od tych największych. Kaptur - to pełna osłona głowy razem z barkami i szyją, pikowana, kolcza, bądź jedna i druga razem. Czepiec to kaptur kolczy skrócony o to co znajduje się pod hełmem i przymocowany do dolnej krawędzi hełmu. Czepek/coif to pikowana wyściółka hełmu wiązana pod brodą, bardziej powszechna w XIIIw. Kołnierz biskupi to tylko osłona barków z ewentualną kolczą stójką osłaniającą szyję, zapinana z tyłu, znane są przykłady pikowanej wersji tego specyfiku.

Wielu rekonstruktorów nosi łebki bez podwieszki kolczej. Mówię tu o łebkach sensu stricto, nie o cervelliere. Przedstawień takich hełmów bez czepca kolczego prawie nie ma i tego winniśmy się trzymać, jeśli dbamy o poprawność historyczną. Kaptury pod kapalin, tj. pełne krycie głowy plecionką kolczą włączając mózgoczaszkę, siłą rzeczy znajdującą się pod kapalinem jest poprawnym rozwiązaniem, ale nie jedynym. Spekuluje się nt. zastosowania otworów wzdłuż granicy ronda i dzwonu - czy służyły do wszycia kosza, materacowania, kaptura, czepca kolczego (nieco dłuższego niż w łebce) czy też wszystkiego naraz. Jak dotąd namierzyłem w muzeach 2 zachowane czepce kolcze, które nie mają osłony mózgoczaszki, a możnaby podczepić pod kapalin. Byłoby to zgodne wizualnie - pod hełmem i tak nie widać plecionki kolczej. Warto zaznaczyć że pełne kaptury kolcze są normą dla 1. połowy XIV wieku, także pod Wisby znaleziono czaszki w pełnych kapturach kolczych. Warto wziąć pod uwagę ten fakt przy dobieraniu innych elementów sprzętu spod Visby.

Niektórym przychodzą do głowy oryginalne technologie dopancerzania kapalina, jak lamelka, łuska czy jeszcze coś innego. Niech Ci wiedzą, że podwieszki/czepce łuskowe i im podobne pojawiają się co prawda w ikonografii, ale ekstremalnie rzadko. Zwłaszcza w komplecie z kapalinem. Jeśli się już pojawiają - to na przedstawieniach szyderczych, a więc nie można tego brać do siebie. Chyba że występują powszechnie na jakimś obcym terytorium, np. w świecie muzułmańskim, jednak nic mi o takich nie wiadomo.

Kaptury pikowane na wierzchu
Jest rzeczą w RR oczywistą że pod kapalin czy łebkę można założyć tylko kaptur pikowany. Na Bagritonie dawno temu Wotawa napisał  "O ile moża swobodnie wyobrazić sobie używanie kapalina z kapturem pikowanym, bez dodatkowej, kolczej osłony, to sama kolczy kaptur bez odpowiedniego podkładu amortyzującego jest rozwiązaniem tyleż komicznym, co niebezpiecznym." Pozwolę sobie nie zgodzić się. We wczesnym średniowieczu noszono pod hełmami normandzkimi kolcze podwieszki bez kaptura pikowanego, na goły kark, a przynajmniej nie ma wskazówek świadczących o ich podszywaniu czymkolwiek. Wskazuje na to z resztą ich sposób układania się, podobny pewnemu przedstawieniu z Codex Manesse. Jeśli wziąć na margines jedną z możliwości, iż jest to zamknięty na szyi kaptur, np. podwiązywany rzemieniem z boku - mamy do czynienia z niczym innym jak podwieszką kolczą podobną do tych w hełmach stożkowych z nosalem z wczesnego średniowiecza. Samo zmarginalizowanie tej 2. możliwości potwierdza inne przedstawienie z tego manuskryptu z wyobrażeniem protołebki (cervelliere) z podwieszką w niczym nie odbiegającą od wczesnośredniowiecznych przedstawień. Z tym wyjątkiem że nie jest to podwieszka kolcza, a zapewne skórzana (a takie też występowały we wczesnym średniowieczu). Wracając do głównej myśli zostawiania kapturów pikowanych samym sobie - brak przedstawień takich w epoce. Tak jest! Nikt chyba wcześniej nie zwrócił uwagi że ludzie noszą kaptury pikowane pomimo tego że w ikonografii takie rozwiązanie w zasadzie nie występuje.



Goła szyja a wymogi grunwaldzkie
W tym roku wszedł w życie przepis o osłonie szyi dla lekkiej piechoty. Ma ją stanowić choćby kaptur cywilny - chodzi o wymogi bezpieczeństwa. A przecież każdy logicznie myślący człowiek dojdzie do wniosku że kaptur wełniany nie ochroni - jak oberwiesz po zębach to tak jakby go nie było. Więc po co w ogóle ten przepis? Dla celów estetycznych, choć jest sporo przedstawień kapalinów bez niczego pod spodem? Dla celów grzewczych bo organizatorzy boją się że będzie nam za zimno? A może żeby zmotywować u rekonstruktorów szycie lnianych kapturów cywilnych żeby nie gotowali się w wełnianych i tym samym mroczyli ogół rekonstrukcji? Nonsens. To tak samo bez sensu jak wprowadzanie obowiązkowych łokci i kolanek, a zwłaszcza tych drugich. Zwłaszcza przy walce w zwarciu.

Bevory w XIV wieku
Istnieje kilka przedstawień Bevorów, tj. podbródków w XIVw. Mówię oczywiście o tym powszechnie występującym wśród Rosjan modelu pięciokątnego kawałka wygiętej blachy. To najbezpieczniejsza osłona twarzy i szyi, ale bardzo rzadko występująca w epoce. Wystarczy przewertować 100 losowych przedstawień kapalinów. Jeśli w 3-4 spośród nich pojawi się tego rodzaju bevor, mamy szczęście. Pod kapalinami dominowały kaptury kolcze i cywilne, wełniane i tego trzymajmy się w rekonstrukcji. Chyba że wychodzimy do bohurtu w kapalinie - wówczas każdy zrowo myślący człowiek włoży bevor.