sobota, 26 listopada 2011

(...)myecz a thessak tho jest kord. Dyskusja nad symbolem.

Z jednej strony podejmuje się tematykę o zastrzeganiu mieczów dla rycerstwa, bo wiąże się to z ich symboliką, pewnym kultem formy krzyża, i choć ceny tanich mieczów pozwalały na ich posiadanie przez jednostki spoza stanu rycerskiego, raczej odchodzono od tego procederu. Jak w takim razie interpretować dziesiątki przedstawień piechoty z mieczami? Nasuwają się 2 rozwiązania. Albo w danym regionie nie przywiązywano wagi do symboliki miecza i nie-rycerze też mieli prawo go używać, albo miniaturzysta posłużył się (jak to często bywa) uproszczeniem, bo zapomniał/nie wiedział (niepotrzebne skreślić) jak wyglądał kawał żelaza w dłoni strażnika na służbie.

Tasaki w tej formie w której występują w "szeroko pojętej rekonstrukcji późnego średniowiecza" pojawiły się jakoś w końcówce XIII wieku jako nowa zabawka angielskiego rycerstwa. Później dość obficie widać tasaki w manuskryptach z 1. połowy XIV wieku, zwłaszcza Romance of Alexander, ale także u rycerstwa. I tak najlepiej interpretować tą broń, bo de facto po formie można to nazwać "miecz jednosieczny", co jest swojego rodzaju analogią do wczesnośredniowiecznego odniesienia langseaxa do miecza (langseax, podobnie jak miecz, ma głowicę i jelec). Dowody? Choćby tasak z bogato zdobioną głowicą z muzeum paryskiego. Cóż, część ówczesnych "elitarnych fighterów" podobnie jak współcześni zamiast finezyjnie pofechtować z przeciwnikiem miała poprostu chęć komuś solidnie "urwać".

Z kordami jest ten problem że w ikonografii do XV wieku pojawiają się sporadycznie. Zależy co nazywamy kordem, bo w gablotach muzealnych i publikacjach naukowych można się spotkać z bronią w formie długiego noża o klindze 50cm z rękojeścią okładzinową, tak jak i podobnego zaopatrzonego w jelec i grube okucie tylca rękojeści, podobnie jak z bronią tego samego rodzaju zaopatrzoną w wygięty jelec z kabłąkiem osłaniającym dłoń. Jeśli przyjąć że kordem jest wszystko to poza 1. przypadkiem (bez jelca, ewentualnie z Naglem - gwoździem), kord jest bronią wybitnie XV-wieczną, zaś pozostałe egzemplarze bezjelczne dla odróżnienia można nazwać najzwyczajniej w świecie "długim puginałem nożowym". W końcu puginały też występowały w różnej długości, nawet od pasa do kostek.

Co prawda w spisach zbrojowni miejskich pojawiają się terminy "swert"(Schwert, miecz), ale nie jest to przedmiot występujący w takiej ilości jak hełmy czy kusze, które na wyposażeniu zbrojowni miejskiej były standardem w zasadzie wszędzie. Ilość takich przypadków w spisach można traktować jako broń dla dowódcy oddziału co najmniej w randze dziesiętnika, i tak biorąc pod uwagę że autor spisu mógł mieć na myśli tasak, tj. miecz jednosieczny.

Z praktycznego punktu widzenia wyższość korda nad mieczem tłumaczy walka w zwartym szyku. Podobne cechy nosiła taktyka walki Rzymian - szereg dużych tarcz w 1. linii i zastosowanie krótkich mieczów - gladiusów. Nie było to problemem dla istnienia długich mieczów jak spatha, ale były one używane konno. Zastosowanie w szyku krótkich kordów lub długich noży bojowych (circa 65cm) jest o tyle bezpieczniejsze, że osłaniając się od góry przed ciosem nie wsadzimy przypadkiem sztycha w oko koledze z lewej a biorąc bronią zamach nie uszkadzamy kolegi zza pleców. Miecz jest długi, tzn. nieporęczny.

We wczesnym średniowieczu miecz był przede wszystkim symbolem pozycji społecznej właściciela. Bojowo używany był sporadycznie - w 1. kolejności używano oszczepów, którymi robiło się przesiew w szeregach przeciwnika przed wejściem w dystans (i pozbawiano części tarcz), w 2. kolejności włóczni, którymi można było zabijać na długim dystansie i toporów, którymi pozbawiało się przeciwnika tarczy. Mieczów dobywano w ostateczności. Faktu że miecze epoki wikingów były bardziej reprezentacyjne niż użytkowe dowodzi ich wykończenie. Większość z nich jest zawsze bogato zdobiona na jelcu i głowicy. 

Posiadanie przez rekonstruktora stanu niższego miecza będzie więc nie tyle błędem, co elementem naciąganym, wepchniętym na siłę, na zasadzie "bo mi się podoba". Nie z tego powodu że nie ma przesłanek, ale z tego że nie są one klarowne. W tym przypadku nie można akceptować poprawności 2 rozwiązań. Dopuszczalne byłoby to w przypadku wątpliwości topór czy puginał nożowy, ale nie puginał nożowy (kord) czy miecz. W tym 2. przypadku wchodzi w grę dodatkowy faktor - symbolika, który jest czynnikiem przeważającym. Bowiem ideą rekonstrukcji Volku nie jest robienie z siebie "bogatego mieszczanina, którego było stać", ale szeregowego żołnierza, bo to właśnie szeregowi żołnierze stanowili trzon sił zbrojnych stanu.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Kolanka, łokcie, po co?

Wielu piechurów ma ciśnienie na zaopatrzenie się w osłony stawów. Co prawda uzasadnione z punktu widzenia BHP, bowiem stawy to dość bolesne miejsce, ale nieuzasadnione z punktu widzenia źródeł. Wszyscy boją się o trwałe uszkodzenie tego miejsca, nawet wychodząc do walki inscenizacyjnej. Pamiętać należy jednak że walczymy tępą bronią a kiedyś walczono ostrą, co patent niniejszy eliminuje.

Ci, którzy intensywniej przeglądali źródła z tej perspektywy z pewnością wiedzą że przedstawień osłon stawów w zasadzie nie ma. Podobnie jak wielu innych - rekonstruowanych z nieokreślonego bliżej powodu - artefaktów. Szerzej pojawiają się w ikonografii 2. połowy XV wieku; wówczas są często w zestawieniu z folgami w stronę uda i łydki.

Dokładnie ten sam problem jest wałkowany od około 2-3 sezonów we wczesnośredniowiecznej. Bardzo powszechną praktyką było noszenie karwaszów i nagolenic. O ile z nagolenicami jest mniejszy problem, bo ludzie zaczynają od tego odchodzić, o tyle karwasze nadal stanowią dla rekonstrukcji mniej więcej to samo co Stalingrad dla Niemiec na froncie wschodnim*. Nieświadomym w temacie wyjaśnię w czym rzecz. Brak jest znalezisk lub też przedstawień tego typu elementów pancerza w okresie IX-XI w. dla kultur Słowian i Wikingów (najczęściej rekonstruowanych w skali kraju). Na Cedyni w tym roku, zdejmując wszystkim karwasze doświadczyliśmy, że jednak można. Nikt nie ucierpiał, mając świadomość braku karwaszów ludzie walczyli z głową. Tak też należy zrobić w rekonstrukcji czternastowiecznej. Łokcie, podobnie jak kolanka są elementem zbędnym.

Kwestią zasadniczą jest wyćwiczenie odpowiedniej techniki walki. We wczesnym przejawia się ona (co widać zwłaszcza na zachodzie gdzie ludzie często nie zakładają nawet rękawic) w zasłanianiu dłoni i przedramienia tarczą. Pozycja wyjściowa do ciosu polega na ustawionej lekko ze skosa tarczy, którą w początkowej fazie ciosu wyciąga się lekko do przodu osłaniając prawą dłoń. Nawet niezbyt wnikliwym poszukiwaczom źródeł zaraz nasunie się Codex I.33, niemiecki traktat z końca XIII w. o walce puklerzem i mieczem. Tak jest, puklerzem. A więc nie jest konieczne bycie pawężnikiem do osłaniania dłoni. Nie podsuwam tu oczywiście pomysłu o zdjęciu rękawic, bo to jednak konieczność, i - w przeciwieństwie do wczesnego, gdzie znalezisk rękawic brak - w XIV w. mamy do wyboru kilka nawet rodzajów rękawic i to w przedstawieniach piechoty i spisach zbrojowni miejskich! Gorzej sprawa wygląda w przypadku broni drzewcowej, gdy wystawiamy pod cios obydwie ręce a tarczy brak.

W przeciwieństwie do rękawic osłony stawów są zbędne. Niektórzy próbują ukrywać je pod strojem, żeby wyglądać neutralnie, +/- jak zbrojni z Grandes Chroniques de France (na przeszywce i pod luźną tuniką bądź prostą robe, bądź też pod przeszywką). Byłoby to możliwe nie tylko przy luźnych workowatych rękawach przeszywki, ale nawet zwężanych w przedramieniu. Warto zaznaczyć też że łokcie czy też kolanka praktycznie nie występują w spisach zbrojowni. Oznacza to że nawet w bogatszych miastach, gdzie spisy uwzględniają niewielkie ilości rękawic i napierśniki płytowe, nikt nie rozdrabniał się w osłony łokci, gdy mógł stracić 1/3 ręki obrywając po przedramieniu ostrą bronią. Albo rękawice + przeszywka, albo ciężka piechota, z naręczakami bądź karwaszami zbrojnikowymi.



Wkładać osłony stawów to jak wkładać cokolwiek co w źródłach występuje, ale jest na tyle oryginalne że ciężko tego nie skomentować widząc gdzieś na imprezie. Czy to w tonie uznania, czy krytyki osobliwości wszelkiego rodzaju nie są przedmiotem rekonstrukcji; powtórzę jeszcze raz to co powiedział niejeden przede mną: winniśmy podejmować się rekonstrukcji tego co było powszechne a nie wyjątkowe.
_______________________________
*dla tych, którzy nie załapali metafory - chodzi o to że mimo starań osób, które siedzą w źródłach i próbują wyłożyć na miliard sposobów wczesnym fighterom, że karwasze to wzięty z kosmosu wymysł - mrok wygrywa, i nadal 80-90% wczesnej używa karwaszów, nagolenic bądź jednego i drugiego naraz, choć z historią ma to wspólnego mniej więcej tyle co film "trzynasty wojownik".

sobota, 29 października 2011

Seitenwehr, cz.II - Puginały nożowe

Wśród broni podręcznej bronioznawcy wyróżnili osobną nazwą broń niewiele różniącą się od masywnego noża. Nazwali ją puginałem nożowym, bo formę tego właśnie narzędzia przybrała. Nóż użytkowy od puginału nożowego odróżnić można wybitnie masywnym tylcem, nadającym klindze sztywność. Puginały nożowe definiują także okucia tylca rękojeści i obecność gwoździa (niem. Wehrnagel / Nagel), osłaniającego dłoń.

Puginały nożowe ze względu na prostotę wykonania były chyba najbardziej upowszechnionym typem broni bocznej. Wykonanie nie różniło się wiele od wykucia noża, więc tego typu puginał mógł być wykonany w zasadzie wszędzie, przez każdego wiejskiego kowala.


Wydawałoby się że dość istotną rzeczą jest określenie do jakiej długości ostrza daną broń możemy nazywać puginałem nożowym. Prawdę mówiąc, ciężko jest wytyczyć konkretną granicę. Problematyczne jest rozróżnienie czy przy długości klingi 40cm mamy do czynienia jeszcze z puginałem nożowym a przy 50cm już z kordem; problem też stanowi obecność jelca - jeśli traktować jako kordy tylko te egzemplarze, które były zaopatrzone w jelec, nawet te przypadki, które mają klingi 70cm, a więc długością nie odbiegające od mieczów, będą najzwyczajniej w świecie nazywać się puginałami nożowymi. Wówczas wali się schemat utarty przez bronioznawców XX wieku: kordy z Muszkowic, Czerska i z Rawy Mazowieckiej przestają być kordami. Tak więc można powiedzieć że z punktu widzenia morfologii granica między kordem a puginałem nożowym jest płynna. Z jednej strony definiuje ją masywność klingi i jej długość, z drugiej - jelec lub jego brak. Czy więc broń o długości klingi 50cm i szerokości bliżej sztychu 25mm będzie jeszcze puginałem nożowym, a broń o długości klingi 40cm ale szerokości blisko sztychu 40mm będzie już kordem? Podobny wniosek możemy wysnuć analizując przedstawienia niektórych baselardów i puginałów nerkowych w stosunku do postaci ludzkiej - niektóre osiągają długość przeciętnego miecza. Potwierdzałyby tą teorię niektóre zachowane baselardy, nazwane Schweizerdegen, kord z Czerska lub choćby jeden z puginałów nożowych z muzeum Grunwaldzkiego.

Źródła ikonograficzne dotyczące kordów i puginałów nożowych w XIV wieku są skąpe. Znana jest rzeźba z ratusza toruńskiego z lat pięćdziesiątych XIV wieku, kilka pojedynczych przedstawień z lat 1390-1420, ale znane jest też kilka wzmianek z epoki świadczące o używaniu "wielkich noży". Biorąc pod uwagę fakt że większość noży wykopywanych przez archeologów nie przekracza długości 30cm, termin magnus cultellus (łac. wielki nóż) z łacińskich dokumentów daje nam wyobrażenie czegoś znacznie większego. Większość znalezisk broni definiowanej jako długi puginał nożowy wydatowano na XV wiek; wówczas datuje się gwałtowny wzrost popularności tego typu broni ze względu na wzrost znaczenia piechoty na polach bitew. Nie mniej jednak są niezbite dowody na to że długie noże znane były wcześniej. Nawet nie biorąc pod uwagę faktu że długich noży używali starożytni Germanie i wczesnośredniowieczni Skandynawowie.

Cena kordów w średniowieczu (biorąc pod uwagę że nazwy tasak i kord stosowano wówczas wymiennie) wahała się od 8 do 30 groszy. Wówczas broń zbliżoną w formie do puginałów nożowych należy traktować jako bliższą tej dolnej granicy, zaś tasak, zaopatrzony w jelec i głowicę mieczową - jako bliższy tej górnej granicy przedziału cenowego.

O ile wcześniej opisane przeze mnie baselardy były powszechne także wśród rycerstwa, o tyle puginały nożowe są specyficzne dla Volku. Klingi puginałów nożowych występują w zasadzie tylko w formie jednosiecznej.

niedziela, 9 października 2011

Co pod hełm?

Do zredagowania wpisu namówił mnie Herr Elvis, którego chciałbym z tego miejsca pozdrowić. Wpis ma na celu opracowanie tego co zakładano pod hełm, z głównym naciskiem na kapaliny.

Na początek dla zielonych w temacie trzeba wyjaśnić elementarne różnice między pojawiającymi się odmianami dolnych partii kompletnej osłony głowy. Zaczniemy od tych największych. Kaptur - to pełna osłona głowy razem z barkami i szyją, pikowana, kolcza, bądź jedna i druga razem. Czepiec to kaptur kolczy skrócony o to co znajduje się pod hełmem i przymocowany do dolnej krawędzi hełmu. Czepek/coif to pikowana wyściółka hełmu wiązana pod brodą, bardziej powszechna w XIIIw. Kołnierz biskupi to tylko osłona barków z ewentualną kolczą stójką osłaniającą szyję, zapinana z tyłu, znane są przykłady pikowanej wersji tego specyfiku.

Wielu rekonstruktorów nosi łebki bez podwieszki kolczej. Mówię tu o łebkach sensu stricto, nie o cervelliere. Przedstawień takich hełmów bez czepca kolczego prawie nie ma i tego winniśmy się trzymać, jeśli dbamy o poprawność historyczną. Kaptury pod kapalin, tj. pełne krycie głowy plecionką kolczą włączając mózgoczaszkę, siłą rzeczy znajdującą się pod kapalinem jest poprawnym rozwiązaniem, ale nie jedynym. Spekuluje się nt. zastosowania otworów wzdłuż granicy ronda i dzwonu - czy służyły do wszycia kosza, materacowania, kaptura, czepca kolczego (nieco dłuższego niż w łebce) czy też wszystkiego naraz. Jak dotąd namierzyłem w muzeach 2 zachowane czepce kolcze, które nie mają osłony mózgoczaszki, a możnaby podczepić pod kapalin. Byłoby to zgodne wizualnie - pod hełmem i tak nie widać plecionki kolczej. Warto zaznaczyć że pełne kaptury kolcze są normą dla 1. połowy XIV wieku, także pod Wisby znaleziono czaszki w pełnych kapturach kolczych. Warto wziąć pod uwagę ten fakt przy dobieraniu innych elementów sprzętu spod Visby.

Niektórym przychodzą do głowy oryginalne technologie dopancerzania kapalina, jak lamelka, łuska czy jeszcze coś innego. Niech Ci wiedzą, że podwieszki/czepce łuskowe i im podobne pojawiają się co prawda w ikonografii, ale ekstremalnie rzadko. Zwłaszcza w komplecie z kapalinem. Jeśli się już pojawiają - to na przedstawieniach szyderczych, a więc nie można tego brać do siebie. Chyba że występują powszechnie na jakimś obcym terytorium, np. w świecie muzułmańskim, jednak nic mi o takich nie wiadomo.

Kaptury pikowane na wierzchu
Jest rzeczą w RR oczywistą że pod kapalin czy łebkę można założyć tylko kaptur pikowany. Na Bagritonie dawno temu Wotawa napisał  "O ile moża swobodnie wyobrazić sobie używanie kapalina z kapturem pikowanym, bez dodatkowej, kolczej osłony, to sama kolczy kaptur bez odpowiedniego podkładu amortyzującego jest rozwiązaniem tyleż komicznym, co niebezpiecznym." Pozwolę sobie nie zgodzić się. We wczesnym średniowieczu noszono pod hełmami normandzkimi kolcze podwieszki bez kaptura pikowanego, na goły kark, a przynajmniej nie ma wskazówek świadczących o ich podszywaniu czymkolwiek. Wskazuje na to z resztą ich sposób układania się, podobny pewnemu przedstawieniu z Codex Manesse. Jeśli wziąć na margines jedną z możliwości, iż jest to zamknięty na szyi kaptur, np. podwiązywany rzemieniem z boku - mamy do czynienia z niczym innym jak podwieszką kolczą podobną do tych w hełmach stożkowych z nosalem z wczesnego średniowiecza. Samo zmarginalizowanie tej 2. możliwości potwierdza inne przedstawienie z tego manuskryptu z wyobrażeniem protołebki (cervelliere) z podwieszką w niczym nie odbiegającą od wczesnośredniowiecznych przedstawień. Z tym wyjątkiem że nie jest to podwieszka kolcza, a zapewne skórzana (a takie też występowały we wczesnym średniowieczu). Wracając do głównej myśli zostawiania kapturów pikowanych samym sobie - brak przedstawień takich w epoce. Tak jest! Nikt chyba wcześniej nie zwrócił uwagi że ludzie noszą kaptury pikowane pomimo tego że w ikonografii takie rozwiązanie w zasadzie nie występuje.



Goła szyja a wymogi grunwaldzkie
W tym roku wszedł w życie przepis o osłonie szyi dla lekkiej piechoty. Ma ją stanowić choćby kaptur cywilny - chodzi o wymogi bezpieczeństwa. A przecież każdy logicznie myślący człowiek dojdzie do wniosku że kaptur wełniany nie ochroni - jak oberwiesz po zębach to tak jakby go nie było. Więc po co w ogóle ten przepis? Dla celów estetycznych, choć jest sporo przedstawień kapalinów bez niczego pod spodem? Dla celów grzewczych bo organizatorzy boją się że będzie nam za zimno? A może żeby zmotywować u rekonstruktorów szycie lnianych kapturów cywilnych żeby nie gotowali się w wełnianych i tym samym mroczyli ogół rekonstrukcji? Nonsens. To tak samo bez sensu jak wprowadzanie obowiązkowych łokci i kolanek, a zwłaszcza tych drugich. Zwłaszcza przy walce w zwarciu.

Bevory w XIV wieku
Istnieje kilka przedstawień Bevorów, tj. podbródków w XIVw. Mówię oczywiście o tym powszechnie występującym wśród Rosjan modelu pięciokątnego kawałka wygiętej blachy. To najbezpieczniejsza osłona twarzy i szyi, ale bardzo rzadko występująca w epoce. Wystarczy przewertować 100 losowych przedstawień kapalinów. Jeśli w 3-4 spośród nich pojawi się tego rodzaju bevor, mamy szczęście. Pod kapalinami dominowały kaptury kolcze i cywilne, wełniane i tego trzymajmy się w rekonstrukcji. Chyba że wychodzimy do bohurtu w kapalinie - wówczas każdy zrowo myślący człowiek włoży bevor.


piątek, 16 września 2011

Seitenwehr, cz. I - Baselard

Bardzo popularny w całej zachodniej Europie, w ikonografii powszechny w zasadzie wszędzie, znaleziony nawet w Polsce. Jeszcze sztylet czy już miecz? Kilka słów o baselardach.

Pierwsze wzmianki pisane dotyczące tego typu broni pojawiają się w 1. połowie XIV wieku, szybko zyskuje na popularności. W różnych wersjach językowych pojawiały się nazwy: baselard, basillard, Baslermesser, baselardus, bazelaire, Basler; rdzeń nazwy nawiązuje do szwajcarskiego miasta Bazylea (Basel), zapewne to właśnie tam powstały pierwsze egzemplarze tego typu broni. Podobnie młoty lucerneńskie wiąże się z miastem Lucerna. Halabarda, Młot lucerneński, Baselard... mieli ci Szwajcarzy łeb od wynalazków...

Baselardy były używane zarówno przez Volk jak i rycerstwo, jednak na nagrobkach rycerzy pojawiają się sporadycznie. O wiele częściej widać je na nagrobkach cywili. Także źródła pisane wiążą te niebezpieczne zabawki raczej z mieszczanami niż z rycerstwem.

W XIV i XV wieku pojawiają się niemieckie zapisy traktujące o zakazie noszenia baselardów po mieście.
"man hat verboten [...] daz dhein burger weder in der stat noch auzwendig niht sol tragen dhein silberin gürteln [...] dhein welhisch messer noch dheinen basler"
 Norymberga XIV w.
"wel man zu Meinze inne woninde ist, der rutinge dregit odir swert odir beseler, der sal uz Meinze varin ein vierteil iaris"
Moguncja, 1300 r.

Niektóre piętnastowieczne przykłady baselardów są wyposażone w blaszkę (wzmacniającą drewniane okładziny), umieszczoną w analogicznym do jelca miejscu. Podobne rozwiązanie było dość często stosowane w późnorzymskich spathach. Nie mniej nie chcę tu doszukiwać się korzeni baselarda w późnorzymskiej broni. H-kształtna rękojeść baselardów dawała dość dobrą osłonę dłoni, zwłaszcza w późniejszych egzemplarzach o dość szerokim protojelcu zaopatrzonym w blaszkę i wąskim chwycie. Z tych względów można traktować baselardy jako broń pomiędzy mieczem a puginałem. Tym bardziej że do początku XVI wieku klaruje się podział baselardów na Schweizerdolch (Dolch=sztylet) i Schweizerdegen (Degen=szpada). Druga nazwa określała broń, która wyewoluowała od tych właśnie wielkich baselardów, które w ikonografii czasami wyglądają na nie mniejsze od typowych mieczów.

Ostrze tego typu sztyletów występowało w rozmaitej postaci. Często znajduje się je z jednosieczną klingą, występują też egzemplarze z obusieczną głownią, często zaopatrzoną w zbrocze, choć znane są także egzemplarze graniowe. W późniejszych wersjach spotyka się także egzemplarze z więcej niż jednym zbroczem.

Niestety baselardy nie doczekały się jeszcze swojego Oakeshotta. A szkoda, bo sama popularność tego typu broni aż się o niego prosi. W/w artykułu proszę nie traktować jako stricte naukowego opracowania, przebadałem w tym celu zbyt mało materiału źródłowego. To jedynie próba przybliżenia specyfiki tej broni na płaszczyźnie rekonstrukcji historycznej.

czwartek, 8 września 2011

Jeszcze duny nie zginęły...

Od niedawna toczy się dyskusja jakiej broni używała piechota miejska w Polsce. Wcześniej rekonstruktorzy nie robili sobie z tym problemu biorąc do rąk dowolną broń drzewcową - halabardę bądź glewię najczęściej. Z czasem my - rekonstruktorzy (ale to dumnie brzmi) zdaliśmy sobie sprawę że w Polsce brak znalezisk broni drzewcowej a ikonografia jest zdawkowa - mamy poliptyk grudziądzki, ale to źródło krzyżackie, mamy kilka przykładów czeskich i wzmianki o glewiach legnickich, ale to tereny poza KKP. Dziś przykład rozwiązania wychodzącego poza schemat halabarda-glewia-włócznia. O toporach na długim drzewcu.

Od dłuższego czasu przyglądam się co jakiś czas rycinie największego z toporów wykopanych w Plemiętach. Ma to ustrojstwo długość żeleźca 28cm, co - przynajmniej według mnie - dyskwalifikuje go jako broń jednoręczną. Podobnego rozmiaru topory na niejednoręcznym drzewcu widać w ikonografii dość często. Nie chciałbym klasyfikować tu plemięckiego topora jako broń typowo analogiczną do halabard czy glewii; raczej zaproponowałbym rozwiązanie... że tak to nazwę "półtoraręczne"*. Topór taki miałby drzewce długości do przepony (120-130cm), opcjonalnie do 20cm dłuższe. Podobnych gabarytów topory (ale o mniej srogim żeleźcu od tego plemięckiego) stosują do walki wcześniaki. Jest to dwuręczna odmiana słowiańskich toporów analogiczna do toporów duńskich. Długość drzewca opiera się u nich na znalezisku z jeziora lednickiego o długości którą można zdefiniować "do przepony". Takie właśnie topory chciałbym zaproponować jako uzupełnienie luki w zasobach polskich rozwiązań na broń drzewcową. Obok wszędobylskich, standardowych włóczni, których w Polsze nie brakuje.


Jak pokazuje ikonografia, topory o podobnym rozmiarze drzewc były w użyciu w epoce, więc nie jest to wymysł z kosmosu. Wzory żeleźców należy czerpać najlepiej ze znalezisk z odtwarzanego regionu - to daje gwarancję poprawności co do szczegółów konstrukcyjnych. A znalezisk takich w Polsce nie jest mało: Nowy Korczyn, Plemięta, Raciąż i zapewne kilka innych, których zdjęcia/ryciny mam ale bez skali, która stwierdzałaby ich dwuręczność i bez miejsca znalezienia.

Nasuwają się same pytania czy taka broń nie będzie zbyt sroga jak na warunki walki lekkiej piechoty. Używana umiejętnie podobnie jak włócznia - krzywdy nie zrobi. Gorzej jak trafi w ręce oszołoma, ale w takim przypadku każda broń bezpieczna nie jest.
___________________________________
*przez półtoraręczność rozumiem tu analogiczne użytkowanie do miecza półtoraręcznego. De facto określenie takie występuje tylko w nazwie bo używa się go z reguły oburącz. Wypuszczanie ciężkiego topora w walce na jedną rękę (celem dosięgnięcia przeciwnika bez wystawiania się na cios) jest niedopuszczalne.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Trudne barwniki: indygo, urzet i marzanna. Dlaczego nie?

Farbiarze wczesnośredniowieczni próbują farbować z użyciem rozmaitych elementów roślin. Czy jednak w epoce stosowano je wszystkie jako reagent farbiarski? Czy także eksperymentowano z rozmaitymi roślinami czy raczej znano powszechnie zestaw barwników, z których korzystano? Czy wiedzę farbiarską przekazywano z pokolenia na pokolenie, czy obarczona była cechową tajemnicą?

Jak narodziło się farbiarstwo w ogóle? Można tu spekulować i wysnuwać wiele teorii, najpewniej zaczęło się że ktoś ubrudził sobie ciuch jakimś owocem o intensywnych właściwościach farbiarskich (dajmy na to maliną czy jagodami), na ciuchu została czerwona/fioletowa plama. Plama się spodobała, więc postanowił sobie na taki kolor upie*dolić cały ciuch. I tak zaczęto farbować najpierw na sucho, potem na mokro, ale zimno, aż w końcu zaczęto gotować materiał w wywarze barwiącym. Przynajmniej taką kolejność sugeruje logika. Współczesny ruch rekonstruktorski daje nam wiele możliwości, wiele informacji wyciągniętych z pozycji naukowych nt. farbowania barwnikami pochodzenia naturalnego. Wiemy że orzechy włoskie farbują na zielono/brązowo lub prawie czarno, kora dębu na brązowo, pokrzywa na zielono, nawet dokopano się w toku poszukiwań do barwników dających niebieski i czerwony kolor. Pytanie zasadnicze - czy używano ich jako reagentów farbiarskich w epoce?

Istnieją pewne źródła poza XIV wiekiem świadczące o pozyskiwaniu niebieskiego barwnika z urzetu barwierskiego; czerwonego zaś z marzanny barwierskiej. Jak wspomniałem w jednym z wcześniejszych wpisów o tekstyliach, nie były to barwniki najłatwiejsze do uzyskania. Zwłaszcza niebieski, który wymagał procesu fermentacji wywaru barwiącego w odpowiedniej temperaturze. Urzet jednak zawiera bardzo małą ilość barwnika, więc nie mógł dawać efektu intensywnie niebieskiej wełny; co najwyżej błękit. Bardziej intensywnie niebieskie wełny i jedwabie mogły być uzyskane później, po sprowadzeniu indygowca barwierskiego do Europy. Indygowiec bowiem zawiera więcej barwnika niż urzet. Marzanna barwierska występowała dość powszechnie, jednak farbowanie tym reagentem (korzeniami marzany) wymaga ich zbioru, czyszczenia, zasuszenia. Przygotowania dostatecznej ilości korzeni do wywaru. Na większą skalę wymagało to uprawy marzanny. Średnio wyobrażam sobie poszukiwanie pojedynczych roślin do pozyskania wystarczającej ilości reagentu do otrzymania wywaru.

Innym problemem są 2 procesy których wielu domorosłych farbiarzy nawet nie bierze pod uwagę: "otwieracz" do włókna i utrwalacz barwnika. Tylko niektóre reagenty same w sobie zawierały utrwalacz, np. kora dębu. Podobnie niewiele jest reagentów na tyle intensywnych aby zabarwić włókno bez procesu przygotowawczego, jak łupiny orzecha włoskiego. Większość osób argumentujących za farbowaniem albo podaje że można było ubrudzić całą tunikę trawą czy jagodami, albo podaje tylko proces gotowania w wywarze z danego reagentu. Nie sądzę żeby przeciętny zjadacz chleba w średniowieczu był na tyle ogarnięty w dziedzinie alchemii aby przygotować te właśnie 2 procesy plus farbowanie. Co prawda samo moczenie tkaniny w roztworze ałunu nie wymaga specjalnej wiedzy, gorzej z pozyskaniem tego reagentu i wiedzą że związek ten utrwali barwnik we włóknie.

Szczerze wątpię żeby przeciętny mieszkaniec Europy w okresie średniowiecza w ogóle, zajmował się poszukiwaniem reagentów i farbowaniem stroju. Raczej szukał rozwiązania jak wyżywić rodzinę od żniw do żniw i zapłacić podatki feudałowi, co zrobić żeby z dachu w chacie nie kapało itd. Z pełnym żołądkiem przeżyć można, w ładnej tunice - niekoniecznie. Daje to do myślenia zwłaszcza wówczas, gdy czyta się dowolne roczniki z XIV wieku. Wzmianki o gradzie który zniszczył plony czy wprost - klęski głodu występują bardzo często. Wynikało to z bardzo nieefektywnego rolnictwa - większość chłopów była w stanie wyprodukować zboże tylko na własny użytek, w dodatku część zazwyczaj zabierał feudał jako formę podatku. Warto liczyć się także z grabieżami, co było wówczas na porządku dziennym.

Poza tym nie było zbytnio sensu farbować tkaniny na ubiór noszony do pracy - mógł się zniszczyć. Co prawda w miarę zużywania stroju można dojść do wniosku że każdy strój wyjściowy z czasem się zużywał i stawał się roboczym. Nie mniej to już jest naginanie zasady, bo wówczas możnaby tłumaczyć że jeśli mamy wzmiankę o 1 chłopie z XV wieku, który miał jedwabną szatę, którą mu ukradli, a farbowanie było w zasięgu ręki bo mieli ubiory wyjściowe, to przeciętny cieśla w pracy nosił podszywaną futrem robe zapinaną cynowymi guzikami (jeśli nie srebrnymi), uszytą z czerwonego jedwabiu bo było to w zasięgu jego możliwości. I nie demonizuję w tej chwili, dlatego nie powinno się naginać możliwości do stanu rzeczywistego, a raczej przedstawiać to, co było pewne przed teoretyczne możliwości posiadania farbowanego stroju. Nudzę o tym po raz kolejny, choć i tak nie wszyscy zrozumieją. A zrozumieć warto.

Chciałbym zaproponować bardzo proste rozwiązanie eliminacji mrocznych barw strojów. Co prawda wielbiciele barw innych niż naturalne (zieleni, różów, żółci, fioletów i wszystkich kolejnych niezgodnych z maścią owiec) mogą się obrazić, że rozwiązanie niniejsze nie jest sprawiedliwe. Ale działa. Mianowicie wszystkie ciuchy o kolorze innym niż te, które można uzyskać z owiec bez procesu farbowania (szary, brąz, ecry, czarny i ich mieszanki) powinny mieć obowiązek farbowania samodzielnego, przy fotodokumentacji i użyciu barwników potwierdzonych i dostępnych w danym regionie i czasie historycznym. Nie chodzi tu o sprawdzanie czy ktoś jest wystarczająco historyczny żeby wpuścić go na imprezę - niektórzy poprostu nie mają na to czasu ani/albo smykałki do drążenia tego tematu. Tym więc pozostawię wcześniejszy cykl o tekstyliach na tym blogu i nadzieję na zgodę co do teorii o wyższości naturalnych kolorów wełny i lnu nad farbowanymi. Nie ma to sensu dlatego też, bo znam mało ludzi którzy pozbywali się swojego estetycznie uszytego przez krawca stroju ("maszynowo z ręcznymi wykończeniami", a jakże by inaczej) tylko dlatego że przeczytali ten wpis. Nie ma to sensu również dlatego, że nie wszyscy zgodzą się z teorią że farbowanie nie było w zasięgu możliwości przeciętnego obywatela centralnej Europy doby XIV wieku i dalej będą śmigać po grunwaldzie z cepem bojowym w żarówiastoniebieskiej tunice (bo taką miał chłop w bogatych godzinkach księcia de Berry). Nie mniej taka propozycja prędzej czy później padnie i trzeba się z tym liczyć.

Słowo o ikonografii, kwestią przypomnienia. Zauważyliście zjawisko że w konkretnym manuskrypcie funkcjonuje konkretna paleta barw? Chciałbym zwrócić uwagę na te manuskrypty w których paleta barw jest najbardziej okrojona, gdzie to zjawisko widać. Na przykład Heidelberger Sachsenspiegel z początku XIV wieku. Poza barwą konturów rysunku(ciemnobrunatny, prawie czarny), funkcjonują 3 barwy - brudna czerwień, jasna zieleń i żółć, sporadycznie indygo (kolor, nie barwnik) i szary. Czy taki zestaw barw odzwierciedlał stan rzeczy? Na pewno NIE odzwierciedlał. Czyżby Niemcy nie znali różu, choć w innych źródłach występuje? Co z brązem i szarością - naturalnymi barwami wełny, a może nie występowały tylko farbowanie było nieodłącznym procesem powstawania stroju? Bzdura. To kolejny wybitny przykład dlaczego nie stosować ikonografii jako potwierdzenia na dany kolor stroju.

Problemem Archeologii Eksperymentalnej jest fakt, że próbują użyć wszystkiego co farbuje jako barwnik. Nie wszystko znano, nie wszystko czego używano jako barwniki znamy na dzień dzisiejszy, nie wszystko było popularne, powszechnie występujące. Bardzo dobrze że AE eksperymentuje, dzięki nim wiemy wiele na temat dostępnych kolorów w ogóle, wiemy że lnu raczej nie farbowano a wełnę i jedwab tak, itd. Jednak znaczna część współczesnych rekonstruktorów nie bierze pod uwagę że człowiek średniowiecza nie miał dostępu ani do facebooka, ani do odpowiedniej literatury, ani do frehy. Zdany był na to co usłyszał od innych potencjalnych domorosłych farbiarzy (zawodowi najpewniej obarczali to tajemnicą cechową jako że stanowiło to źródło ich utrzymania) lub czego doświadczył metodą prób i błędów. I po raz kolejny wracamy do punktu wyjścia - większości ubiorów nie farbowano.