Na Allegrowysypisku i często (o zgrozo) wśród rekonstruktorów widuje się wynalazki do których dorabia się ideologię, która tłumaczy, że „nie wszystkich było stać (na coś)”. I tak powstają hełmy drewniane obite skórą (nasuwa się pewna wypowiedź z forum Halla: „...jak nie Mordor to kasztaniaki”). Kolczugi z rzemienia dla biednego woja, kaletki zapinane na nieobrobiony kawałek rogu, biżuteria z zębów dzika... Co prawda problem dotknął bardziej wczesnego średniowiecza, ale występuje dość powszechnie w średniowiecznej rekonstrukcji. To wszystko niektórym może się wydawać nieco abstrakcyjne ale nadal powszechnie widuje się takie praktyki w RR.
Pytanie nasuwa się samoistnie. Co z tym zrobić? Schować na strych. Do piwnicy. W każdym bądź razie usunąć. Wywalanie tego na Allegrowysypisko problemu nie rozwiązuje. Przejmą wówczas ten sprzęt kolejni (początkujący) rekonstruktorzy i de facto te mroczne artefakty nadal będą w obrocie, będą egzystować w RR. A być tak nie powinno.
W Rekonstrukcji nie chodzi o to żeby robić postać (niekompletnego*) burżuja i jeszcze się z tym lansować, ale totalnie uprymitywniać swojej postaci też nie można. Wówczas powstają takie namiastki rekonstruktora jak chłopscy grajkowie chodzący po Grunwaldzie 2010 w przetartych filcowych łachach. To przypomina mi raczej postaci z klipów kapel takich jak Korpiklaani czy Eluveitie niż rekonstrukcję. Nawet przy postaci skrajnie ubogiego chłopa wypada nosić odzież zgodną ze stanem badań, choć znoszoną czy połataną.
Cóż, podsumowując, czekam z niecierpliwością na zastąpienie cynowych guziczków w cottehardie albo dubletach dziczymi zębami lub końcówkami rogów. Wyrzekać się burżujstwa trzeba, ale nie można też popadać w totalne skrajności, jak w w/w przypadkach.
____________________________________
*w sensie: bez konia, służby i odpowiedniego inwentarzu
środa, 29 czerwca 2011
niedziela, 12 czerwca 2011
O tym jak rzemiosło nakręca RR
Rzemieślnicy nakręcają rynek i towar przez nich sprzedawany stanowi większą część "rekonstrukcji kultury materialnej" będącej w użytkowaniu RR. De facto większość sprzedawanych przez znanych rzemieślników produktów ma przeznaczenie dla elit społecznych, błędnie jest używana przez wszystkie stany. Poniżej przykłady dystrybucji niektórych towarów które kupują wszyscy; także ci, którzy nie powinni ze względu na rekonstruowaną postać.
I tak krawcy sprzedają odzież z podszewkami. Dlaczego? Przeciętny domorosły krawiec nie poradzi sobie z poprawnym wszyciem podszewki tak, aby np. nie wystawała spod odzieży lub też nie powodowała złego układania się wierzchniego materiału. Przeciętny początkujący bez odpowiedniego dydaktycznego przygotowania jest przekonany, że ciuch z podszewką jest tym właściwym, zajebistym, bo jest estetycznie wykonany i robi dobre wrażenie. Ponadto boi się np. gryzącej wełny w nogawicach. Od strony praktycznej wygląda to tak że krawcy (nie wszyscy, ale znaczna ich część) wszywają podszewki, bo podszywane ciuchy mogą sprzedać drożej niż niepodszywane. Wówczas wkład samego rekonstruktora we własną rekonstrukcję jest mniejszy, bo ogranicza się w zasadzie jedynie do wydanych pieniędzy.
Idąc dalej przejdźmy do niedawno poruszonego wątku brązowników. Jeśli przyjąć schematycznie, że 25% czternastowiecznego społeczeństwa nosiło klamry nieżelazne (głównie brąz), a w RR noszą je niemal wszyscy, to gdzie tu można mówić o rekonstrukcji? Niektórzy są przekonani że skopiowanie średniowiecznego wzoru klamry wystarczy. To trochę tak jak włożyć kościany pancerz lamelkowy do hełmu garnczkowego - niby są znaleziska, ale pasuje to jak goła rzyć do nieheblowanej dechy; precyzyjniej mówiąc - przeszkadza aspekt terytorialny. W przypadku wcześniejszym (dot. klamer) mamy do czynienia z aspektem majątkowym. Przy dzisiejszych przystępnych cenach klamer z brązu, kiedy można je kupić już za 10zł stają się automatycznie zbyt powszechnie noszone. Rzemieślnicy się tym nie przejmują, jak każdy zdrowo myślący przedsiębiorca - dbają o swoje interesy i o swój zbyt na towary.
Przejdźmy do kowali. Niedobór przedmiotów w ofercie doprowadził do tego że pojawiają się na kramach przedmioty które nie mają nijakiego poparcia w źródłach. Pomińmy już nawet kute śledzie, których ludzie używają z punktu widzenia praktyki. Kremaliery pojawiają się sporadycznie i to nie w obozie a z reguły w gospodarstwie domowym - podobnie w RR ludzie wolą używać tańszych haków. Ruszty nitowane z płaskowników bądź prętów kwadratowych, które stanowią historyczniewyglądający substytut grilla były, ale znalezisk jest tyle co kot napłakał i także związane były z gospodarstwem domowym. A widział ktoś kiedyś kuty trójnóg w ikonografii lub muzeum?
Biżuteria, badge i im podobne - to także przykład tego jak biznes zawężonej grupy ludzi negatywnie wpływa na ogólny wygląd Rekonstrukcji. Kosztuje niewiele, ładnie wygląda - czemu by sobie nie obszyć badge'ami całej czapki, nie? Ta sama bajka jest z pierścieniami, choć to zjawisko jest w okołogrunwaldzkiej mniej rozpowszechnione. I tym sposobem nietrudno znaleźć łucznika który ma 5 badge'ów na czapce (jakże zamożny JKM yeoman :) ) 3 na torbie 2 na dublecie i jeszcze pewnie jakiś na kapturze. Część badge'ów to identyfikatory chorągwi grunwaldzkich, ale kto kazał wszystkim nosić je na wierzchu? Kiepski pomysł z tymi badge'ami.
Dalej rozważmy kwestię ubiorów bojowych. Krawcy szyją coś co ma imitować wczesne przeszywki. We wczesnym średniowieczu nie było przeszywek. A przynajmniej nie były one używane ani przez Wikingów, ani przez Słowian - a te 2 kultury są najczęściej wałkowane. Krawcy szyją aby mieć zbyt. A fajterzy kupują, nieświadomi, bo są w ogóle w ofertach sprzedaży.
Wracając do wspomnianego kilka zdań wstecz wkładu własnego rekonstruktora w rekonstrukcję, warto zaznaczyć, że niemożliwością jest zrobić sobie wszystko samodzielnie, niektóre działy produkcji wymagają warsztatu, doświadczenia, specjalnego sprzętu. Dotyczy to przede wszystkim płatnerzy, kowali, stolarzy, producentów namiotów, dystrybutorów tkanin. Nie obejdzie się bez zamawiania, ale jest masa elementów sprzętu możliwych do samodzielnego wykonania, które dominuje rynek (np. odzież), albo takie których mieć nie trzeba (np. brązy). Wybór należy do rekonstruktora.
To tylko kilka przykładów wyłowionych z morza podobnych praktyk. Nie jest to cios wymierzony w konkretnych kramarzy czy rzemieślników mający na celu bombardowanie im rynku, choć z pewnej perspektywy może to tak wyglądać. Wpis ma jedynie na celu zaprezentowanie wyżej opisanego zjawiska ogółowi nieuświadomionych.
I tak krawcy sprzedają odzież z podszewkami. Dlaczego? Przeciętny domorosły krawiec nie poradzi sobie z poprawnym wszyciem podszewki tak, aby np. nie wystawała spod odzieży lub też nie powodowała złego układania się wierzchniego materiału. Przeciętny początkujący bez odpowiedniego dydaktycznego przygotowania jest przekonany, że ciuch z podszewką jest tym właściwym, zajebistym, bo jest estetycznie wykonany i robi dobre wrażenie. Ponadto boi się np. gryzącej wełny w nogawicach. Od strony praktycznej wygląda to tak że krawcy (nie wszyscy, ale znaczna ich część) wszywają podszewki, bo podszywane ciuchy mogą sprzedać drożej niż niepodszywane. Wówczas wkład samego rekonstruktora we własną rekonstrukcję jest mniejszy, bo ogranicza się w zasadzie jedynie do wydanych pieniędzy.
Idąc dalej przejdźmy do niedawno poruszonego wątku brązowników. Jeśli przyjąć schematycznie, że 25% czternastowiecznego społeczeństwa nosiło klamry nieżelazne (głównie brąz), a w RR noszą je niemal wszyscy, to gdzie tu można mówić o rekonstrukcji? Niektórzy są przekonani że skopiowanie średniowiecznego wzoru klamry wystarczy. To trochę tak jak włożyć kościany pancerz lamelkowy do hełmu garnczkowego - niby są znaleziska, ale pasuje to jak goła rzyć do nieheblowanej dechy; precyzyjniej mówiąc - przeszkadza aspekt terytorialny. W przypadku wcześniejszym (dot. klamer) mamy do czynienia z aspektem majątkowym. Przy dzisiejszych przystępnych cenach klamer z brązu, kiedy można je kupić już za 10zł stają się automatycznie zbyt powszechnie noszone. Rzemieślnicy się tym nie przejmują, jak każdy zdrowo myślący przedsiębiorca - dbają o swoje interesy i o swój zbyt na towary.
Przejdźmy do kowali. Niedobór przedmiotów w ofercie doprowadził do tego że pojawiają się na kramach przedmioty które nie mają nijakiego poparcia w źródłach. Pomińmy już nawet kute śledzie, których ludzie używają z punktu widzenia praktyki. Kremaliery pojawiają się sporadycznie i to nie w obozie a z reguły w gospodarstwie domowym - podobnie w RR ludzie wolą używać tańszych haków. Ruszty nitowane z płaskowników bądź prętów kwadratowych, które stanowią historyczniewyglądający substytut grilla były, ale znalezisk jest tyle co kot napłakał i także związane były z gospodarstwem domowym. A widział ktoś kiedyś kuty trójnóg w ikonografii lub muzeum?
Biżuteria, badge i im podobne - to także przykład tego jak biznes zawężonej grupy ludzi negatywnie wpływa na ogólny wygląd Rekonstrukcji. Kosztuje niewiele, ładnie wygląda - czemu by sobie nie obszyć badge'ami całej czapki, nie? Ta sama bajka jest z pierścieniami, choć to zjawisko jest w okołogrunwaldzkiej mniej rozpowszechnione. I tym sposobem nietrudno znaleźć łucznika który ma 5 badge'ów na czapce (jakże zamożny JKM yeoman :) ) 3 na torbie 2 na dublecie i jeszcze pewnie jakiś na kapturze. Część badge'ów to identyfikatory chorągwi grunwaldzkich, ale kto kazał wszystkim nosić je na wierzchu? Kiepski pomysł z tymi badge'ami.
Dalej rozważmy kwestię ubiorów bojowych. Krawcy szyją coś co ma imitować wczesne przeszywki. We wczesnym średniowieczu nie było przeszywek. A przynajmniej nie były one używane ani przez Wikingów, ani przez Słowian - a te 2 kultury są najczęściej wałkowane. Krawcy szyją aby mieć zbyt. A fajterzy kupują, nieświadomi, bo są w ogóle w ofertach sprzedaży.
Wracając do wspomnianego kilka zdań wstecz wkładu własnego rekonstruktora w rekonstrukcję, warto zaznaczyć, że niemożliwością jest zrobić sobie wszystko samodzielnie, niektóre działy produkcji wymagają warsztatu, doświadczenia, specjalnego sprzętu. Dotyczy to przede wszystkim płatnerzy, kowali, stolarzy, producentów namiotów, dystrybutorów tkanin. Nie obejdzie się bez zamawiania, ale jest masa elementów sprzętu możliwych do samodzielnego wykonania, które dominuje rynek (np. odzież), albo takie których mieć nie trzeba (np. brązy). Wybór należy do rekonstruktora.
To tylko kilka przykładów wyłowionych z morza podobnych praktyk. Nie jest to cios wymierzony w konkretnych kramarzy czy rzemieślników mający na celu bombardowanie im rynku, choć z pewnej perspektywy może to tak wyglądać. Wpis ma jedynie na celu zaprezentowanie wyżej opisanego zjawiska ogółowi nieuświadomionych.
piątek, 3 czerwca 2011
Mrok na stole
O garach już było, dziś o ich potencjalnej zawartości. Czyli o tym co jest na średniowiecznych stołach a być tam nie powinno.
W rozważaniach pominiemy kwestię opakowań - dziecko wie że plastikowych butelek nie znano, podobnie jak piwa w puszkach. Dziś wpis w formie wykazu. Co jedli ludzie średniowiecza?
Na początek partia produktów spożywczych która do Europy trafiła za pośrednictwem Kolumba i kontynuatorów jego wypraw za ocean. Krótki wykaz mrocznych produktów które dotarły do nas wraz z epoką wielkich odkryć geograficznych a niestety często spotykamy na stołach.
- kartofle - to już rzadkość ale pamiętam czasy kiedy były na porządku dziennym
- pomidory
- fasola
- kukurydza
- szpinak - od XVIII w.
- papryka
- dynia
- pomarańcza
- kalarepa - w Europie Zachodniej od XVIII w., w Polsce dopiero w XIX w.
- kalafior - w Polsce uprawiany od XVII w.
- szpinak - w Polsce od końca XVIIw.
- truskawka - krzyżówka 2 gatunków poziomki otrzymana w XVIII w.
- marchew - czerwona marchew była wynalazkiem XIX-wiecznych botaników. Wiadomo że w XIII wieku Szwajcarzy jedli coś w rodzaju czarnej marchwi
Niektóre produkty importowano, ich obecność jest potwierdzona albo wzmiankami pisanymi albo badaniami archeologicznymi pozostałości w rozkopywanych przez archeologów miejskich szaletach, np. ich pestkami. Są to głównie przyprawy, jako że najłatwiej przewieźć było ich dużą ilość i występowały w postaci zasuszonej. Trzeba zaznaczyć że sama ich obecność nie usprawiedliwia ich używania przez wszystkich. Import przypraw wiązał się często z ich kosmicznym kosztem. Do produktów importowanych należą: cytryny (na dworach włoskich), figi, migdały, pieprz, szafran, imbir, cukier trzcinowy, gałka muszkatołowa.
Produkty spożywcze potwierdzone historycznie:
- zboża: jęczmień, pszenica, żyto, proso
- kasza jaglana
- kasza jęczmienna
- kasza gryczana
- pieczywo na zakwasie lub piwie (od IX w.)
- pieczywo na miodzie z makiem (Ruś, od X/XIw.)
- kapusta od XIIw.
- arbuz
- czosnek
- cebula od XI-XIIw.
- groch
- bób
- soczewica (uprawiana sporadycznie)
- ogórki (prawdopodobnie także kiszone)
- rzepa
- czereśnie
- jabłka
- śliwki
- orzechy laskowe
- orzechy włoskie (już z warstw wczesnośr. znajdowane są ich twarde skorupy, przerobione na zabawki dla dzieci - łódki. Chyba jednak nie przywiozła ich do Polski Bona Sforza..., nazwa może być myląca)
- dziki koper
- czosnek niedźwiedzi
- kolendra
- gorczyca
- mięta
- kminek
- jałowiec
Na koniec kwestia zasadnicza. Mięso. Wiadomo że stanowiło około 20-25% wagi spożywanych produktów. W zasadzie większość mięs jest ok, trzeba zaznaczyć że odpadają indyki. Dziczyzna z grubego zwierza występowała w zasadzie tylko na dworach, bowiem jej pozyskiwanie - łowiectwo regulowało regale łowieckie (prawo do polowania na grubą zwierzynę zastrzeżone dla monarchów). Poza tym aby uzmysłowić sobie jakie mięso było najczęściej spożywane trzeba przeanalizować jakie było pogłowie trzody chlewnej, bydła, kóz, owiec i koni. O tym dokończę na dniach.
W rozważaniach pominiemy kwestię opakowań - dziecko wie że plastikowych butelek nie znano, podobnie jak piwa w puszkach. Dziś wpis w formie wykazu. Co jedli ludzie średniowiecza?
Na początek partia produktów spożywczych która do Europy trafiła za pośrednictwem Kolumba i kontynuatorów jego wypraw za ocean. Krótki wykaz mrocznych produktów które dotarły do nas wraz z epoką wielkich odkryć geograficznych a niestety często spotykamy na stołach.
- kartofle - to już rzadkość ale pamiętam czasy kiedy były na porządku dziennym
- pomidory
- fasola
- kukurydza
- szpinak - od XVIII w.
- papryka
- dynia
- pomarańcza
- kalarepa - w Europie Zachodniej od XVIII w., w Polsce dopiero w XIX w.
- kalafior - w Polsce uprawiany od XVII w.
- szpinak - w Polsce od końca XVIIw.
- truskawka - krzyżówka 2 gatunków poziomki otrzymana w XVIII w.
- marchew - czerwona marchew była wynalazkiem XIX-wiecznych botaników. Wiadomo że w XIII wieku Szwajcarzy jedli coś w rodzaju czarnej marchwi
Niektóre produkty importowano, ich obecność jest potwierdzona albo wzmiankami pisanymi albo badaniami archeologicznymi pozostałości w rozkopywanych przez archeologów miejskich szaletach, np. ich pestkami. Są to głównie przyprawy, jako że najłatwiej przewieźć było ich dużą ilość i występowały w postaci zasuszonej. Trzeba zaznaczyć że sama ich obecność nie usprawiedliwia ich używania przez wszystkich. Import przypraw wiązał się często z ich kosmicznym kosztem. Do produktów importowanych należą: cytryny (na dworach włoskich), figi, migdały, pieprz, szafran, imbir, cukier trzcinowy, gałka muszkatołowa.
Produkty spożywcze potwierdzone historycznie:
- zboża: jęczmień, pszenica, żyto, proso
- kasza jaglana
- kasza jęczmienna
- kasza gryczana
- pieczywo na zakwasie lub piwie (od IX w.)
- pieczywo na miodzie z makiem (Ruś, od X/XIw.)
- kapusta od XIIw.
- arbuz
- czosnek
- cebula od XI-XIIw.
- groch
- bób
- soczewica (uprawiana sporadycznie)
- ogórki (prawdopodobnie także kiszone)
- rzepa
- czereśnie
- jabłka
- śliwki
- orzechy laskowe
- orzechy włoskie (już z warstw wczesnośr. znajdowane są ich twarde skorupy, przerobione na zabawki dla dzieci - łódki. Chyba jednak nie przywiozła ich do Polski Bona Sforza..., nazwa może być myląca)
- dziki koper
- czosnek niedźwiedzi
- kolendra
- gorczyca
- mięta
- kminek
- jałowiec
Na koniec kwestia zasadnicza. Mięso. Wiadomo że stanowiło około 20-25% wagi spożywanych produktów. W zasadzie większość mięs jest ok, trzeba zaznaczyć że odpadają indyki. Dziczyzna z grubego zwierza występowała w zasadzie tylko na dworach, bowiem jej pozyskiwanie - łowiectwo regulowało regale łowieckie (prawo do polowania na grubą zwierzynę zastrzeżone dla monarchów). Poza tym aby uzmysłowić sobie jakie mięso było najczęściej spożywane trzeba przeanalizować jakie było pogłowie trzody chlewnej, bydła, kóz, owiec i koni. O tym dokończę na dniach.
poniedziałek, 23 maja 2011
Słowo o broni drzewcowej
W ruchu dość oczywistą wydaje się obecność halabard. Halabardy są, bo i czym ma walczyć piechota? Dziś prześledzimy dokładnie temat broni drzewcowej na terenie Korony i okolic, celem udowodnienia czy faktycznie były w użyciu.
Korona była obszarem styku kultur wschodniej i zachodniej. Nie należy więc przyjmować, że z powodu przyjęcia kultury zachodniej wszystko było "po zachodniemu". Oczywiście bardziej wpływów zachodnich można się spodziewać w Wielkopolsce, na Śląsku czy w Małopolsce, ale przykładowe Mazowsze czy Ruś Halicka były już (z punktu widzenia bronioznawstwa) bardziej orientalne. Obszary na szeroko pojętym styku tych ziem były miejscem ścierania się tych kultur.
Jak nam wiadomo z przedstawień z 2. połowy XV wieku broń drzewcową o złożonym drzewcu już mieliśmy. Dostały się do Korony najprawdopodobniej za pośrednictwem niemieckich wojsk zaciężnych. Wiadomo też że halabardy były już znane trzynastowiecznym Szwajcarom - przyjmuje się że tam właśnie powstała halabarda. Wiadomo że Szwajcarzy użyli jej w bitwie z Habsburgami pod Morgarten w 1315r - to najprawdopodobniej jej najstarsze potwierdzone użycie bitewne. Jeśli chodzi o samo pojęcie halabardy należy ją rozróżniać z toporem drzewcowym. To 2 różne zabawki. Co prawda w 2. połowie XV wieku te 2 gatunki broni zbliżyły się do siebie wyglądem, pochodzenie,"etymologię" mają odmienną. Różnica polega na długości drzewca - w przypadku toporów drzewcowych z reguły do przepony, w przypadku halabard od linii wzroku wzwyż. Ponadto halabardy miały też funkcję kłucia, do tego fakultatywnie przeciwstawny hak umożliwiający ściąganie rycerza z konia. W XV wieku te różnice się zacierają, stąd czasem ciężko rozróżnić z czym mamy do czynienia. Zwłaszcza przeglądając nie zawsze precyzyjną ikonografię.
Nadolski jest zdania że nasza piechota była typowo strzelcza, jednak jego badania są nieco przestarzałe. Spisy zbrojowni miejskich a także kilka źródeł ikonograficznych temu przeczą. Faktem jest że na stanie zbrojowni miejskich leżała wówczas masa kusz, jednak zdarzają się (już w czasach przedhusyckich) cepy bojowe, spisy i masa tarcz (można się więc domyślać że broń w rodzaju korda czy topora mieszczanie mieli na własność).
Ze spisów zbrojowni miejskich wiadomo że w Legnicy były glewie. Coś co można interpretować jako glewię widać na poliptyku grudziądzkim. Zdaje się że to właśnie glewia jest najbliższym terenom Korony typem broni drzewcowej złożonej. Na pewno z punktu widzenia praktyki zdaje egzamin lepiej niż halabarda czy berdysz, które mają za dużą siłę ciosu i nieumiejętnie wykorzystane mogą wywołać niepożądane konsekwencje.
W Krakowie, Brzegu i Legnicy w spisach figurują cepy bojowe. Broń bardzo tania, ale niebezpieczna w użyciu nawet u spieszonego rycerstwa. Nie nadaje się do walki w konwencji lekkozbrojnej. Podobnie jak młot lucerneński, który także widać na poliptyku grudziądzkim.
Masa znalezisk włóczni dowodzi tego że była to broń bardzo powszechna. Zapewne jest to jeden z objawów wpływów wschodnich w Polsce - na Rusi w zasadzie nie używano innej broni drzewcowej w XIV w. Z punktu widzenia praktyki walki w piechocie (jeśli pominąć totalny grunwaldzki pussyfight) włócznia ma sens tylko w rękach doświadczonego walczącego, który jest pewien że nie wydłubie oka koledze po drugiej stronie konfliktu. Wypadki z włóczniami zdarzały się rozmaite i mówiąc szczerze w przypadku tej broni zalecana jest szczególna ostrożność i doświadczony jej operator.
Nie jest więc prawdą to co pisał Andrzej Nadolski, że polska piechota była typowo strzelcza. Fakt, że kusz i bełtów do nich na stanach zbrojowni miejskich jest od groma może tłumaczyć ich rola przy obronie miasta, którą w XV w stopniowo przejmowała broń palna. Broń drzewcowa do żeleźcu złożonym występowała i - choć nie była bardzo powszechna nie można negować jej obecności.
Korona była obszarem styku kultur wschodniej i zachodniej. Nie należy więc przyjmować, że z powodu przyjęcia kultury zachodniej wszystko było "po zachodniemu". Oczywiście bardziej wpływów zachodnich można się spodziewać w Wielkopolsce, na Śląsku czy w Małopolsce, ale przykładowe Mazowsze czy Ruś Halicka były już (z punktu widzenia bronioznawstwa) bardziej orientalne. Obszary na szeroko pojętym styku tych ziem były miejscem ścierania się tych kultur.
Jak nam wiadomo z przedstawień z 2. połowy XV wieku broń drzewcową o złożonym drzewcu już mieliśmy. Dostały się do Korony najprawdopodobniej za pośrednictwem niemieckich wojsk zaciężnych. Wiadomo też że halabardy były już znane trzynastowiecznym Szwajcarom - przyjmuje się że tam właśnie powstała halabarda. Wiadomo że Szwajcarzy użyli jej w bitwie z Habsburgami pod Morgarten w 1315r - to najprawdopodobniej jej najstarsze potwierdzone użycie bitewne. Jeśli chodzi o samo pojęcie halabardy należy ją rozróżniać z toporem drzewcowym. To 2 różne zabawki. Co prawda w 2. połowie XV wieku te 2 gatunki broni zbliżyły się do siebie wyglądem, pochodzenie,"etymologię" mają odmienną. Różnica polega na długości drzewca - w przypadku toporów drzewcowych z reguły do przepony, w przypadku halabard od linii wzroku wzwyż. Ponadto halabardy miały też funkcję kłucia, do tego fakultatywnie przeciwstawny hak umożliwiający ściąganie rycerza z konia. W XV wieku te różnice się zacierają, stąd czasem ciężko rozróżnić z czym mamy do czynienia. Zwłaszcza przeglądając nie zawsze precyzyjną ikonografię.
Nadolski jest zdania że nasza piechota była typowo strzelcza, jednak jego badania są nieco przestarzałe. Spisy zbrojowni miejskich a także kilka źródeł ikonograficznych temu przeczą. Faktem jest że na stanie zbrojowni miejskich leżała wówczas masa kusz, jednak zdarzają się (już w czasach przedhusyckich) cepy bojowe, spisy i masa tarcz (można się więc domyślać że broń w rodzaju korda czy topora mieszczanie mieli na własność).
Ze spisów zbrojowni miejskich wiadomo że w Legnicy były glewie. Coś co można interpretować jako glewię widać na poliptyku grudziądzkim. Zdaje się że to właśnie glewia jest najbliższym terenom Korony typem broni drzewcowej złożonej. Na pewno z punktu widzenia praktyki zdaje egzamin lepiej niż halabarda czy berdysz, które mają za dużą siłę ciosu i nieumiejętnie wykorzystane mogą wywołać niepożądane konsekwencje.
W Krakowie, Brzegu i Legnicy w spisach figurują cepy bojowe. Broń bardzo tania, ale niebezpieczna w użyciu nawet u spieszonego rycerstwa. Nie nadaje się do walki w konwencji lekkozbrojnej. Podobnie jak młot lucerneński, który także widać na poliptyku grudziądzkim.
Masa znalezisk włóczni dowodzi tego że była to broń bardzo powszechna. Zapewne jest to jeden z objawów wpływów wschodnich w Polsce - na Rusi w zasadzie nie używano innej broni drzewcowej w XIV w. Z punktu widzenia praktyki walki w piechocie (jeśli pominąć totalny grunwaldzki pussyfight) włócznia ma sens tylko w rękach doświadczonego walczącego, który jest pewien że nie wydłubie oka koledze po drugiej stronie konfliktu. Wypadki z włóczniami zdarzały się rozmaite i mówiąc szczerze w przypadku tej broni zalecana jest szczególna ostrożność i doświadczony jej operator.
Nie jest więc prawdą to co pisał Andrzej Nadolski, że polska piechota była typowo strzelcza. Fakt, że kusz i bełtów do nich na stanach zbrojowni miejskich jest od groma może tłumaczyć ich rola przy obronie miasta, którą w XV w stopniowo przejmowała broń palna. Broń drzewcowa do żeleźcu złożonym występowała i - choć nie była bardzo powszechna nie można negować jej obecności.
niedziela, 8 maja 2011
O ustawkach w klimacie (pseudo)historycznym.
Dziś wpis bardziej ideologiczny niż dydaktyczny, z uwagi na pewną ostatnio znalezioną wypowiedź na temat istoty reenactingu:
Kluczowym elementem rozpoznania takich grup są treningi. Może to i zabawne, dziwne, czy kontrowersyjne, ale treningi po to właśnie są - żeby trenować walkę. Kontrowersyjne dlatego, bo ponad 90% GRH zajmujących się średniowieczem uważa treningi za wyznacznik egzystencji grupy. W przytłaczającej większości przypadków treningi te nie dają pożądanego efektu, bowiem istnieje w kraju grupa dobrze znanych, zawodowych "fighterów" którzy trenują niemal codziennie, podchodzi do sprawy turniejów sportowo i wylewa z siebie hektolitry potu, co później owocuje zjawiskiem, które nazywam "przewidywalnością wyniku turnieju". Dlatego ciekawym rozwiązaniem jest porzucenie turniejowej konwencji imprez, ze zmianą nacisku ze spieszonego rycerstwa na piechotę miejską i potyczki w formie zaprawy bojowej, bez współzawodnictwa o nagrody.
Generalnie cały problem zawiera się w spostrzeżeniu, które gdzieś już kiedyś się pojawiło (freha?) a mówiące o dwóch zasadniczych grupach ludzi - jednych traktujących całą tą zabawę przez pryzmat edukacji, pasji, przekazywania wiedzy w wizualny sposób i drugich uprawiających w istocie "sporty walki" w jakiś tam sposób zabarwione klimatem historycznym. Bardzo w jakiś tam sposób....To perfekcyjnie podsumowuje jak podzieliła się rekonstrukcja na grupy nastawione na walkę, najczęściej tylko z pseudohistorycznym zabarwieniem w postaci strojów i pancerzy stylizowanych na historyczne, oraz na grupy nastawione na rekonstrukcję samą w sobie: cywilną, często połączoną z militarną, ale w dobrym, historcznym wydaniu. Istnieje pewien zasób mrocznych rekonstruktorów, którzy swoją "kulturę materialną" nastawiają nie na zgodność z realiami epoki, a popisanie się przed znajomymi, czy na sposób na wyładowanie negatywnych emocji (legalna ustawka), w dodatku tłumacząc, że nie chodzi tu o odwzorowanie elementów pancerza, stroju, czy choćby rekonstrukcję ówczesnych sztuk walki tylko adrenalinę, przygodę itd. Równie dobrze mogliby włożyć zbroje krossowe czy innego typu sportowe ochraniacze i robić to samo. Jeden pies.
Kluczowym elementem rozpoznania takich grup są treningi. Może to i zabawne, dziwne, czy kontrowersyjne, ale treningi po to właśnie są - żeby trenować walkę. Kontrowersyjne dlatego, bo ponad 90% GRH zajmujących się średniowieczem uważa treningi za wyznacznik egzystencji grupy. W przytłaczającej większości przypadków treningi te nie dają pożądanego efektu, bowiem istnieje w kraju grupa dobrze znanych, zawodowych "fighterów" którzy trenują niemal codziennie, podchodzi do sprawy turniejów sportowo i wylewa z siebie hektolitry potu, co później owocuje zjawiskiem, które nazywam "przewidywalnością wyniku turnieju". Dlatego ciekawym rozwiązaniem jest porzucenie turniejowej konwencji imprez, ze zmianą nacisku ze spieszonego rycerstwa na piechotę miejską i potyczki w formie zaprawy bojowej, bez współzawodnictwa o nagrody.
sobota, 30 kwietnia 2011
Od podszewki
W zasadzie każdy ciuch, jak wynika z mojej obserwacji późnego średniowiecza jest podszywany. Podszewki są wszędzie. Czy są konieczne? Czy są historyczne? Czy są praktyczne? O tym w dzisiejszym wpisie.
Generalnie można domyślać się elementów odzieży podszywanych już we wczesnym średniowieczu, np. w przypadku płaszczów, ze względu na inny kolor spodu płaszcza na miniaturze. Jednak podszewki w przypadku płaszczów musiały być raczej wełniane - płaszcz miał przede wszystkim zapewniać komfort termiczny a dobrze wyglądać tylko wówczas, jeśli właściciela było na to stać. Wówczas podszewka lniana, która miałaby zapobiegać "gryzieniu" wełny (co i tak jest nonsensem bo płaszcza nie zakłada się na gołą klatę, chyba że jest się jednym z 300 Spartan), traci sens. Sens natomiast ma podszewka wełniana - wówczas mamy płaszcz dwukrotnie grubszy, a więc raz - bardziej wodoodporny (dłużej przesiąka) i dwa - cieplejszy.
Z punktu widzenia praktyki, jednowarstwowa odzież lepiej się układa. Podszewka podwija się, gniecie, utrudnia dostęp powietrza do skóry. W niektórych ubiorach podszewka jest konieczna, np. w dublecie. Spośród znalezionych elementów odzieży podszewki występują sporadycznie. Dużym błędem jest podszywanie nogawic i kapturów - nogawice źle się układają a kaptury, podobnie jak płaszcze, z zasady mają grzać. Chyba że to obcisłe kaptury dworskie zapinane na cynowe guziki i wiązane pod pachami.
Podszywanie tunik także nie jest dobrym rozwiązaniem. Przeciętnego zjadacza chleba nurtuje zapewne pytanie czy taka tunika bez podszewki będzie gryzła (podobnie z resztą jak dopasowane do nóg nogawice). Otóż, nie będzie. Koszula jest do niej wystarczającą "podszewką". Podobnie jak długie do kolan gacie dla nogawic. Dodatkowo lepiej będzie przepuszczać powietrze niż tunika podszywana.
Domyślam się że ów wpis spotka się z krytyką z powodu pewnych niezgodności względem pracy Sary Thursfield, która uważana jest powszechnie za biblię średniowiecznego krawiectwa. Problem tkwi w tym że Thursfield większość swojej pracy poświęca modzie dworskiej. Zdarzają się przerysy chłopów czy mieszczan z miniatur/obrazów z epoki, ale większość instrukcji i technik przedstawia na przykładach dubletów, plisowanych robe, cottehardie... tuniki zaś odrzuca na drugi plan, jako odzież przestarzałą i specyficzną dla XIII wieku, co mija się z prawdą - większa część treści tej pracy poświęcona jest modzie wydzielonej, niewielkiej grupy społecznej - możnym.
Podszewka to dodatkowe koszty i dodatkowy nakład pracy przy krojeniu i szyciu. Po co komplikować sobie życie?
Generalnie można domyślać się elementów odzieży podszywanych już we wczesnym średniowieczu, np. w przypadku płaszczów, ze względu na inny kolor spodu płaszcza na miniaturze. Jednak podszewki w przypadku płaszczów musiały być raczej wełniane - płaszcz miał przede wszystkim zapewniać komfort termiczny a dobrze wyglądać tylko wówczas, jeśli właściciela było na to stać. Wówczas podszewka lniana, która miałaby zapobiegać "gryzieniu" wełny (co i tak jest nonsensem bo płaszcza nie zakłada się na gołą klatę, chyba że jest się jednym z 300 Spartan), traci sens. Sens natomiast ma podszewka wełniana - wówczas mamy płaszcz dwukrotnie grubszy, a więc raz - bardziej wodoodporny (dłużej przesiąka) i dwa - cieplejszy.
Z punktu widzenia praktyki, jednowarstwowa odzież lepiej się układa. Podszewka podwija się, gniecie, utrudnia dostęp powietrza do skóry. W niektórych ubiorach podszewka jest konieczna, np. w dublecie. Spośród znalezionych elementów odzieży podszewki występują sporadycznie. Dużym błędem jest podszywanie nogawic i kapturów - nogawice źle się układają a kaptury, podobnie jak płaszcze, z zasady mają grzać. Chyba że to obcisłe kaptury dworskie zapinane na cynowe guziki i wiązane pod pachami.
Podszywanie tunik także nie jest dobrym rozwiązaniem. Przeciętnego zjadacza chleba nurtuje zapewne pytanie czy taka tunika bez podszewki będzie gryzła (podobnie z resztą jak dopasowane do nóg nogawice). Otóż, nie będzie. Koszula jest do niej wystarczającą "podszewką". Podobnie jak długie do kolan gacie dla nogawic. Dodatkowo lepiej będzie przepuszczać powietrze niż tunika podszywana.
Domyślam się że ów wpis spotka się z krytyką z powodu pewnych niezgodności względem pracy Sary Thursfield, która uważana jest powszechnie za biblię średniowiecznego krawiectwa. Problem tkwi w tym że Thursfield większość swojej pracy poświęca modzie dworskiej. Zdarzają się przerysy chłopów czy mieszczan z miniatur/obrazów z epoki, ale większość instrukcji i technik przedstawia na przykładach dubletów, plisowanych robe, cottehardie... tuniki zaś odrzuca na drugi plan, jako odzież przestarzałą i specyficzną dla XIII wieku, co mija się z prawdą - większa część treści tej pracy poświęcona jest modzie wydzielonej, niewielkiej grupy społecznej - możnym.
Podszewka to dodatkowe koszty i dodatkowy nakład pracy przy krojeniu i szyciu. Po co komplikować sobie życie?
niedziela, 24 kwietnia 2011
Kapalinoznawstwo
Wywodzi się jeszcze z czasów hellenistycznych, używany w Bizancjum, największą popularnością cieszył się w pełnym i późnym średniowieczu. Dziś słowo o kapalinie - jednym z najtańszych hełmów swojej epoki.
Pod względem stopnia złożoności konstrukcji można wyróżnić 3 typy kapalinów. Nie uwzględniam tu kształtu, bo wówczas przyszłoby mi klasyfikować kredki, kapaliny z nosalem i inne osobliwości. Najmniej złożone są kapaliny z 1 kawałka blachy, specyficzne dla całego XIV i XVw. Najbardziej złożone są kapaliny z dzwonem żebrowym - z 4 ćwiartek złączonych żebrami lub 2 połówek złączonych 1 żebrem. Żebra mogą być proste, rozszerzające się przy rondzie lub wycinane. Typ specyficzny dla XIII i pierwszej połowy XIV wieku, choć w Skandynawii zachował się do początków XV wieku, co uzasadnia teorię wzmiankowaną już niejednokrotnie, a dotyczącą ówczesnego zacofania militarnego Skandynawów. Obecność złożonych kapalinów w Skandynawii później niż w połowie XIV wieku można uwzględnić przy realizacji spójności terytorialnej sprzętu ze znaleziskami z Wisby. Występuje też typ pośredni, w którym dzwon jest wykuty z 1 kawałka blachy a rondo jest do niego przynitowane - choć pojawiła się teoria o tym że występujących w ikonografii kropek nie należy interpretować jako nitów łączących dzwon z rondem, a otwory do wnitowania kosza/wyściółki (wówczas odznaczona linia to krawędź zgięcia ronda i dzwonu), są znaleziska potwierdzające teorię nitowania, np. hełm z Wilnsdorf (wydatowany przed 1233r) i (jeśli uznać to coś na górze dzwonem) - 2 kapaliny z Plemiąt z 1. połowy XIV w. Nie mniej jednak zdecydowaną większość znalezisk, które potwierdzają teorię adaptacji kropek z ikonografii stanowią hełmy wykute z 1 kawałka blachy. Wówczas szereg otworów wypełniały nity mocujące pas skóry, do którego przyszyty był pikowany kosz (rozwiązanie zachowało się w późniejszych saladach, które not abene wyewoluowały z kapalina). Możliwe jest także przymocowanie do wspomnianego pasa skóry lub otworów plecionki kolczej w postaci czepca podobnego do tych w łebkach, tym bardziej, że zachowały się takie bez hełmów. Nie mniej jednak najbardziej logicznym rozwiązaniem i pewnym ze źródłowego punktu widzenia jest kapalin wkładany na pełny kaptur kolczy, jak w XIII wieku. Takie kaptury znaleziono pod Wisby i prawdopodobnie to na nie zakładano kapaliny. Wiąże się to oczywiście z "odchudzeniem" pikowanego podszycia pod kaptur kolczy, aby obwód kapalina zmieścił głowę.
Poza tym kapaliny występowały w formie kredki, cebulki, z nosalem, z wizurami. Generalnie trudno jest sklasyfikować kapalin ze względu na różnorodność cech, dlatego niniejszy wpis jest jedynie próbą takiej klasyfikacji. Sporadycznie kapaliny malowano.
Ze źródeł pisanych dowiadujemy się o cenach kapalinów. W końcu XIV wieku kapalin w Krakowie kosztował 15 skojców (~125g) srebra, podobne ceny widnieją w rachunkach krzyżackich.
Kapaliny wyrabiano zarówno z żelaza jak i stali, choć bardziej powszechne było żelazo, stąd niemiecka nazwa kapalina Eisenhut. W spisie strzelińskim napisano o żelaznych kapalinach sensu stricto, przeciwstawiając je stalowym łebkom. Stąd wniosek jest prosty - kapaliny jako hełmy tanie i powszechne, wyrabiane były z gorszej jakości materiału. Na pewno gorszej niż przyłbice, które kosztowały 3-4 grzywny (600-800g) srebra, które przy takiej cenie musiały być wyrabiane ze stali. [ceny za Nadolskim, ostatnia dekada XIVw]
Bywało że kapaliny malowano. W XIII-wiecznej ikonografii (biblia Maciejowskiego) w zasadzie wszystkie kapaliny są malowane. Można uznać tą kwestię za będącą jeszcze w trakcie dyskusji, jako że malowania kapalinów nie potwierdzają zachowane egzemplarze. W ikonografii XIV-wiecznej tylko niektóre kapaliny są malowane innym kolorem niż reszta płytowych elementów opancerzenia, po czym można zgadywać że miniaturzysta chciał danego nosiciela kapalina wyróżnić, choć nie jest to pewne. W XV wieku malowano salady i zachowały się ich egzemplarze kryte farbą. Jednak nie jest to do końca wiarygodne źródło na malowanie kapalinów - nie jest powiedziane że akurat ten typ hełmów był malowany. Można więc traktować malowane kapaliny raczej jako ciekawostkę niż jako regułę. Poniżej wybrane przykłady z czternastowiecznej ikonografii.
Na koniec odsyłam do artykułu autorstwa legendarnego W.Wasiaka, który wcześniej wałkował temat kapalinów.
Pod względem stopnia złożoności konstrukcji można wyróżnić 3 typy kapalinów. Nie uwzględniam tu kształtu, bo wówczas przyszłoby mi klasyfikować kredki, kapaliny z nosalem i inne osobliwości. Najmniej złożone są kapaliny z 1 kawałka blachy, specyficzne dla całego XIV i XVw. Najbardziej złożone są kapaliny z dzwonem żebrowym - z 4 ćwiartek złączonych żebrami lub 2 połówek złączonych 1 żebrem. Żebra mogą być proste, rozszerzające się przy rondzie lub wycinane. Typ specyficzny dla XIII i pierwszej połowy XIV wieku, choć w Skandynawii zachował się do początków XV wieku, co uzasadnia teorię wzmiankowaną już niejednokrotnie, a dotyczącą ówczesnego zacofania militarnego Skandynawów. Obecność złożonych kapalinów w Skandynawii później niż w połowie XIV wieku można uwzględnić przy realizacji spójności terytorialnej sprzętu ze znaleziskami z Wisby. Występuje też typ pośredni, w którym dzwon jest wykuty z 1 kawałka blachy a rondo jest do niego przynitowane - choć pojawiła się teoria o tym że występujących w ikonografii kropek nie należy interpretować jako nitów łączących dzwon z rondem, a otwory do wnitowania kosza/wyściółki (wówczas odznaczona linia to krawędź zgięcia ronda i dzwonu), są znaleziska potwierdzające teorię nitowania, np. hełm z Wilnsdorf (wydatowany przed 1233r) i (jeśli uznać to coś na górze dzwonem) - 2 kapaliny z Plemiąt z 1. połowy XIV w. Nie mniej jednak zdecydowaną większość znalezisk, które potwierdzają teorię adaptacji kropek z ikonografii stanowią hełmy wykute z 1 kawałka blachy. Wówczas szereg otworów wypełniały nity mocujące pas skóry, do którego przyszyty był pikowany kosz (rozwiązanie zachowało się w późniejszych saladach, które not abene wyewoluowały z kapalina). Możliwe jest także przymocowanie do wspomnianego pasa skóry lub otworów plecionki kolczej w postaci czepca podobnego do tych w łebkach, tym bardziej, że zachowały się takie bez hełmów. Nie mniej jednak najbardziej logicznym rozwiązaniem i pewnym ze źródłowego punktu widzenia jest kapalin wkładany na pełny kaptur kolczy, jak w XIII wieku. Takie kaptury znaleziono pod Wisby i prawdopodobnie to na nie zakładano kapaliny. Wiąże się to oczywiście z "odchudzeniem" pikowanego podszycia pod kaptur kolczy, aby obwód kapalina zmieścił głowę.
Poza tym kapaliny występowały w formie kredki, cebulki, z nosalem, z wizurami. Generalnie trudno jest sklasyfikować kapalin ze względu na różnorodność cech, dlatego niniejszy wpis jest jedynie próbą takiej klasyfikacji. Sporadycznie kapaliny malowano.
Ze źródeł pisanych dowiadujemy się o cenach kapalinów. W końcu XIV wieku kapalin w Krakowie kosztował 15 skojców (~125g) srebra, podobne ceny widnieją w rachunkach krzyżackich.
Kapaliny wyrabiano zarówno z żelaza jak i stali, choć bardziej powszechne było żelazo, stąd niemiecka nazwa kapalina Eisenhut. W spisie strzelińskim napisano o żelaznych kapalinach sensu stricto, przeciwstawiając je stalowym łebkom. Stąd wniosek jest prosty - kapaliny jako hełmy tanie i powszechne, wyrabiane były z gorszej jakości materiału. Na pewno gorszej niż przyłbice, które kosztowały 3-4 grzywny (600-800g) srebra, które przy takiej cenie musiały być wyrabiane ze stali. [ceny za Nadolskim, ostatnia dekada XIVw]
Bywało że kapaliny malowano. W XIII-wiecznej ikonografii (biblia Maciejowskiego) w zasadzie wszystkie kapaliny są malowane. Można uznać tą kwestię za będącą jeszcze w trakcie dyskusji, jako że malowania kapalinów nie potwierdzają zachowane egzemplarze. W ikonografii XIV-wiecznej tylko niektóre kapaliny są malowane innym kolorem niż reszta płytowych elementów opancerzenia, po czym można zgadywać że miniaturzysta chciał danego nosiciela kapalina wyróżnić, choć nie jest to pewne. W XV wieku malowano salady i zachowały się ich egzemplarze kryte farbą. Jednak nie jest to do końca wiarygodne źródło na malowanie kapalinów - nie jest powiedziane że akurat ten typ hełmów był malowany. Można więc traktować malowane kapaliny raczej jako ciekawostkę niż jako regułę. Poniżej wybrane przykłady z czternastowiecznej ikonografii.
Na koniec odsyłam do artykułu autorstwa legendarnego W.Wasiaka, który wcześniej wałkował temat kapalinów.
Tagi:
drab,
drabant,
hełm,
kapalin,
lekka piechota,
straż miejska
Subskrybuj:
Posty (Atom)



